nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006

Serial. Leciał w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Później kilka razy go powtarzano. Po latach dowiedziałem się – bajkę zrobili Japończycy – Mitsubachi Māya no bōken (1975). Niektórzy lubią przypominać, że to pierwsze anime wyemitowane w Polsce. W rankingu najstraszniejszych bajek chyba tylko Buka z Muminków może konkurować z tym okrutnym światem owadów, gdzie mięsożerne kwiaty czyhały na nieostrożne pasikoniki, pająki roztaczały zdradliwe nici w trawie i przepoławiano dżdżownice.

Książka. Die Biene Maja und ihre Abenteuer (1912). U nas chyba nieco słabiej znana niż w Niemczech.

Autor Waldemar Bonsels (1881-1952). W wikipediach piszą niewiele ponad to, że był autorem książek dziecięcych, podróżniczych i religijnych. Co się działo z nim w latach światowych wojen i nazizmu? Tego nie wiem.

Wydanie. Wydawnictwo Ślask, ilustracje Tadeusz Biernota. Zwróciło moją uwagę, że żołnierze pszczół noszą hełmy francuskie wz 15. Natomiast zbójeckie plemię szerszeni – jakżeby inaczej – hełmy używane przez Wermacht.

maja.JPG

Czas. Rok przed wydaniem Pszczółki Mai Nobla dostał Maurice Maeterlinck, autor słynnego Życia pszczół. Przypadek? Za dwa lata, po śmierci arcyksięcia Ferdynanda, Niemcy ruszą na Paryż. Jak w tym czasie dzieci będą odczytywać książkę Bonselsa, gdzie patriotyzm, wierność swojemu narodowi i królowej, to wartości najwyższe? Pszczółka Maja jest książką zbyt mądrą, żeby podżegać do nienawiści i zabijania. Owszem – są wrogowie, ale mają czasami ludzką (?) twarz:

-Zawsze słyszałam tylko, że szerszenie są złe i okrutne, ale pan zły nie jest. Nie mogę uwierzyć, by pan mógł być zły!
Wojownik spokojnie spojrzał na Maję:
-Wszędzie są źli i dobrzy – rzekł poważnie. –Ale jesteśmy waszymi wrogami, nie zapominaj o tym. I zawsze tak będzie.
-Czyż nieprzyjaciel zawsze musi być zły? – spytała Maja –Gdy pan tak stał przed chwilą zapatrzony w noc. musiałam zapomnieć, że pan jest twardy i wrogo do mnie usposobiony. Zdawało mi się, że pan smutny, a ja zawsze mniemałam, że istoty smutne nie mogą być złe.

Waldemar Bonsels, Pszczółka Maja i jej przygody, tłum. Maria Kreczowska, wyd.III, Katowice 1986, s. 93.

Indywidualiści-szerszenie będą musiały przegrać starcie z ofiarnym, doskonale zorganizowanym rodem pszczół. Ul się obroni, choć padną setki pszczelich trupów. Maja rozmawiając z umierającym szerszeniem po raz pierwszy zda sobie sprawę z tego, co to znaczy, że ktoś „musi umrzeć”. Jest w jeszcze w tej książce miłość i śmierć. A w kreskówce? Co by powiedzieli rodzice, gdyby jednak rosiczka pożarła pasikonika Filipa? I gdyby Gucio poległ na wojnie śmiertelnie pchnięty żądłem szerszenia?

Dedykowane B.

-A do czego jest ten najwyższy guzik?
-Najwyższy jest od ósmego piętra – odparł dyrektor.
-Od ósmego piętra, to jest od ósmego piętra – powiedział Ferdynand. – Ale od czego jest ten guzik, który jest nad nim?
-Tam nie ma żadnego guzika nad nim – powiedział dyrektor, który ciągle jeszcze miał zamknięte oczy.
-Jak to nie ma, kiedy jest – mruknął Ferdynand – Niech pan zobaczy.
(…)
Jednocześnie nacisnęli guzik i wtedy zebrani w hallu goście zobaczyli nagle ze zgrozą, że winda jedzie w kierunku ósmego piętra, nie zatrzymuje się na nim, ale je mija, mija potem strych, który znajduje się nad ósmym piętrem, i przez dach, który ni stąd ni zowąd przed nią się otwiera, ulatuje w kierunku bladoniebieskiego, pokrytego lekkimi obłoczkami nieba.

Ludwik Jerzy Kern, Ferdynand Wspaniały, Warszawa 1976, wyd. VI, s. 36-37.

Nie pamiętam wiele z cytowanej wyżej książki Ludwika Jerzego Kerna poza tym, że bohaterem jest – Ferdynand Wspaniały – chodzący w pozycji wyprostowanej pies, ale tę scenę z windą stawiam obok najlepszych fragmentów arcydzieł literatury dziecięcej. Książka do dziś zresztą wznawiana ma się widać dobrze. Jest bardziej żywotna niż większość „dzieł” z epoki Gomułki (pierwsze wydanie ukazało się w 1963).

Kiedy dyrektor hotelu pyta Ferdynanda Wspaniałego o jakieś życzenie, dystyngowany pies wyraża chęć przejechania się hotelową windą: Ja bardzo lubię podróżować. Podróżowałem już wzdłuż i podróżowałem wszerz, a nie podróżowałem jeszcze z góry na dół i z dołu do góry. Potem następuje przytoczona już scena – dyrektor i Ferdynand odlatują w niebo. Ilustracja Kazimierza Mikulskiego z windą wznoszącą się w przestworza utrwala ten niesamowity moment.

ferdynand.JPG

Jeśli mieszka się w czteropiętrowym klocku wejście do wnętrza wieżowca jest przejściem do innego wymiaru. Swego czasu moja babcia miała mieszkanie na jedenastym piętrze i każde odwiedziny u niej były ekscytującą wyprawą. W końcu można było dotrzeć aż na dwa sposoby – windą i schodami. Do dziś smród wszystkich blokowych klatek schodowych ma dla mnie walory sentymentalne. Wieżowiec znajdował się w Sopocie – mieście pełnym zieleni, tajemniczych wieżyczek i uliczek, niedaleko morza i że z jedenastego piętra roztaczał się imponujący widok na miasto. Biorąc to pod uwagę, ortodoksi starego Sopotu wybaczą chyba małemu chłopcu, że zachwycał się jedenastopiętrowym szkaradztwem z wielkiej płyty.

Dla tych, którzy mieszkali w wieżowcu winda była czymś oswojonym. Ale, okazuje się, że i dla nich zwykła przejażdżka w górę i w dół niosła niebezpieczeństwa. Mój przyjaciel B. miewał następujący sen – wsiada do swojej blokowej windy, po czym nie zatrzymuje się ona na siódmym piętrze, mija ósme, dziewiąte, dziesiąte i… staje dopiero na czternastym. Kiedy B. udaje się wysiąść okazuje się, że piętro czternaste (nieistniejące w realu , gdzie wieżowiec ma jedenaście poziomów) w niczym nie przypomina wszystkich poniższych – nie pasuje do schematu bloku, inaczej jest zaprojektowana klatka, schody prowadzą w niewiadomych kierunkach. Zamiast oswojonej przestrzeni B. natyka się ziejący grozą labirynt.

Każdy blok ma swój ciemny niezapisany obszar.

W dzieciństwie ludzie wydają się ustaleni. W młodszości ludzie się przesuwają, ale przedmioty wydają się ustalone. Ustalone cywilizacje, kultury. Z wiekiem i to się rozlatuje. I bez podróży międzygwiezdnej mamy przeżycia coraz szybciej kawałkowanego czasu. W miarę upływu lat widzimy, że pół wieku to jest nic, potem, że i pięć razy tyle to byłoby nic.

Miron Białoszewski, Rozkurz, Warszawa 1998, s. 148.

Próbowałem znaleźć w pamięci chwilę, kiedy po raz pierwszy poczułem upływ czasu. Czy było to wtedy, kiedy nauczyłem się czytać godziny, poznałem nazwy dni tygodnia i miesięcy? Pierwszy kalendarz, jaki pamiętam pochodził z roku 1984. Z rysunkami Lutczyna. To idiotyczne, ale kiedy myślę o roku 1984, to Orwell jest jedynie przypisem do pewnego kalendarza. W głowie tylko ten Lutczyn i Lutczyn.

Ostatnio dość często mówi się o komiksach, jako o sposobie propagowania wiedzy historycznej. Powstają albumy o Westerplatte, powstaniu warszawskim, „Solidarności”. Do jednego z komiksów wstęp napisał nawet Lech Wałęsa. A więc nobilitacja i pełna powaga. Pomysł na edukowanie nie nowy jeśli pamiętać średniowieczne Biblie Pauperum, ale ostatnio powraca w nowym atrakcyjnym wydaniu – staje się częścią polityki historycznej jeśli takowa istnieje. Swoim dzieciakom w przyszłości komiksy historyczne na pewno zakupię.

Tymczasem zajrzałem do piwnicy i wydobyłem komiksowe wydawnictwa Sportu i Turystyki z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, na których sam rozpoczynałem swoją edukację. Powitała mnie znajoma kreska Grzegorza Rosińskiego, który jeszcze przed powstaniem Thorgala, zapuszczał się w legendarną przeszłość. Trzy pierwsze albumy o Kraku i Wandzie, Królu Popielu oraz Piaście Kołodzieju przedstawiają najbardziej znany repertuar narodowych legend. Komiks o Popielu korzysta chyba z powieściowych opracowań tego tematu – Starej Baśni Kraszewskiego. Zapewne inspirował się tym komiksem Jerzy Hoffman kręcąc filmową wersję, niestety przeraźliwie nieudaną. W komiksie sprawdza się to lepiej. Coś z magii Thorgala jest już w tej legendarnej historii Polski.

Po wyjeździe Rosińskiego przejęli inni rysownicy m.in. Marek Szyszko. Powstały zeszyty o Mieszku I i Bolesławie Chrobrym, czasach Krzywosustego i Łokietka i na koniec – Kazimierzu Wielkim. Całość więc zamknęła piastowski – bezpieczny dla granic PRL okres naszej historii.

krzywousty.JPG

Czytając te komiksowe dzieje trudno się oprzeć wrażeniu, że głównym wątkiem, który przewija się przez cykl jest wojna z Niemcami. Zaczyna się już od Wandy, co Niemca Rytygiera nie chciała, później jest zbrodnicza Niemka Hilderyka, żona Popiela inspirująca otrucie stryjów o słowiańskich imionach Mieszko, Bolko, Leszek i Sobiesław. Już w czasach poświadczonych dokumentami Chrobry broni ojczyzny przed niemieckim najazdem (w komiksie nie ma żadnej wzmianki, ze sam ją zaczął zajmując ziemie aż po Miśnię, o czym czytałem później z szokiem u Jasienicy), osią konfliktu w zeszycie o Krzywoustym jest konflikt Bolesława z niemieckim służalcem Zbigniewem – fizys Zbigniewa nie pozostawia złudzeń, że jest to człek do cna podły, w sam raz na jednego z kompanionów schyłkowego Sarumana; wreszcie Władysław Łokietek walczy z Wacławem II, który „uznał zwierzchnictwo cesarza Niemiec”, a już jako władca Polski tłumi bunt wójta Alberta. Jak? W ostrych dymkach rozkazuje „Ukarać spiskowców! Niemców przepędzić z miasta.”. Zapytany „jak poznać Niemców wasza miłość?” odpowiada: „Każcie wszystkim mówić: soczewica, koło miele młyn, kto nie potrafi poprawnie wymówić tych słów – ten Niemiec”. Po czym następuje obrazek z dyndającymi się na szubienicy niemieckimi wisielcami. Jednym słowem – seria Sportu i Turystyki była skuteczną lekcją nacjonalizmu i antyniemieckich fobii.

Do tego nie brak tu drastycznych scen – na pierwszej stronie komiksu o Krzywoustym jest pokazane obcięcie głowy wraz z podpisem „Władysław Herman skłonny był do okrucieństw”, pobojowiska z rozdziawionymi trupimi gębami to norma, nie mówiąc już o wyłupieniu oczu Zbigniewowi (rozdzierający okrzyk ofiary: Boże, pomścij mnie!) Stosunkowo najsłabiej zapadł mi w pamięć komiks o Kazimierzu Wielkim, nudne czasy pokoju i rozwoju budownictwa ubarwiają jedynie liczne romanse lubieżnego władcy – z całego zeszytu zapamiętałem jedną kwestię króla, gdy odkrywa że jedna z jego żon (rzecz jasna Niemka – chodziło chyba o Adelajdę, córkę heskiego grafa) „jest łysa i ma świerzb”.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że opowieści o Puchatku, wydane w Polsce przed wojną, nie miały prawie żadnego powodzenia. Dopiero w czasie okupacji zrobiły u nas zawrotną karierę i do dziś utrzymują się na liście najpopularniejszych książek. Całe stronice weszły do mowy potocznej, nazwiskiem bohatera chcą ochrzcić ulicę, a towarzystwo przyjaciół pluszowego filozofa byłoby potężną organizacją.

Dzieje się tak dlatego, że książka jest odbierana zwłaszcza przez dorosłych jako s i e l a n k a, rodzaj zdawałoby się przecież wymarły.

Nad małym światem („małość” jest kategorią sielanki), od Zakątku Kłapouchego aż do Dobrego Miejsca Na Majówki, świeci nieprzerwanie pogodne słońce, a wszystkie zdarzenia, nawet te, które już w samej nazwie noszą zalążek dramatu – powódź, wyprawa do bieguna, polowanie na słonie – kończą się szczęśliwie.

Zbigniew Herbert, Węzeł Gordyjski oraz inne pisma rozproszone 1948-1998, Biblioteka Więzi, Warszawa 2001, s. 434.

Ten uroczy fragment napisał Zbigniew Herbert w 1956 roku po śmierci Alana Aleksandra Milne’a. Szukając źródeł popularności Puchatka w gatunku literatury antycznej, poeta tym samym wyzwolił Misia o Małym Rozumku z getta literatury dziecięcej i postawił obok Gilgamesza, Hektora, Rolanda. Niezwykłe powodzenie Puchatka na całym świecie od pół wieku nie słabnie, a nawet przybiera na sile. Co prawda za sprawą Disneya Puchatek, Prosiaczek, Kłapouchy i reszta stali się gadżetami popkultury, ale tym postaciom nie jest w stanie ona poważnie zaszkodzić. Nie trzeba być wielkim prorokiem aby stwierdzić, że Puchatek na trwałe zostanie w kulturze.

chatkapuchatka.jpeg

Zastanawiające jest w tym kontekście zadęcie innego naszego poety Juliana Przybosia, który strasznie się zżymał w swoich notatkach, że imieniem Kubusia chrzci się ulice. Po okropnej wojnie światowej, takie niepoważne historie? Widocznie Przyboś uznał, że kataklizm wojenny zwalnia go z poczucia humoru i odtąd ludzie mają żyć wyłącznie w takiej jak on (Przyboś) gorzkiej dorosłości. Tyle że po całej poważnej poezji Przybosia w pamięci ludzkiej zostało niewiele a ja wymieniam jego nazwisko tylko jako przypis w tekście o Puchatku.

Misia lubił także Czesław Miłosz, którego piękny tekst Krzyś opublikowany w Piesku Przydrożnym, w jakiś sposób potwierdza intencje Herberta. Choć w tej miniaturze Puchatek dostrzega istnienie groźnego czasu przybierającego postać studni a Krzyś, który w nią wpada, starzeje się i umiera, to spokój w Stumilowym Lesie nie pozostaje naruszony – Krzyś wraca do swojej dziecinnej postaci i wszystko kończy się dobrze.


  • RSS