nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2007

Dedykowane Ślubnej

Nigdy nie uwierzę że Kevin Costner jest Robin Hoodem. Robin jest szczupły i ma włosy do ramion. Takim mi się ukazał po raz pierwszy w jakieś niedzielne popołudnie na ekranie czarnobiałego telewizora. I taki już zostanie. Już nie zmieni się rozdzielczość.

Olbrzymie hasło w polskiej wikipedii świadczy, że Robin of Sherwood ma licznych fanów. Plakaty z Michelem Praedem drukowane w „Świecie Młodych” chciały mieć zarówno zabujane w Robinie dziewczęta, jak i chłopacy, którym imponował swoimi umiejętnościami walki. Ale fenomen tego filmu polegał chyba na licznych wyrazistych postaciach drugiego planu. Drużyna Robina: wiotka Marion, ponury i brutalny Will Scarlet, Mały John – zwalista góra futra, braciszek Tuck – uśmiechnięta klucha potrafiąca walnąć w razie potrzeby, bezszelestny saracen Nazir walczący dwoma mieczami. Tylko ofiarę Mucha przypomniałem sobie dopiero z internetu. A i ciemne charaktery – przebiegły Szeryf Nothingam i tępy dowódca straży Guy z Gisburne to krwiste postaci. Niedawno przeczytałem, że Robert Addie grający Gisburne’a zmarł kilka lat temu na raka. Poczułem się dziwnie, jakby nagle śmierć niepostrzeżenie wkroczyła do dzieciństwa. Zdmuchnęła świeczkę i dalszy ciąg, który przecież gdzieś jest.

legend.gif

Sherwood. Ślubnej ten las przypominał nasz, oliwski, za blokami Niedźwiednika. Gęstwina liści, w której zawsze panował półmrok, gromadziły się niesprecyzowane duchy, cienie i głosy. Kiedy słuchała Clannad jej okna oddychały głębią wiosny. Maj rozpościerał polany, na których tańczyli Robin i Marion.

Jeśli podoba Ci się ten blog możesz na niego zagłosować w konkursie organizowanym przez „wiadomości24″.
Patrz: wiadomości24

Poległym żołnierzom-miniaturkom na wszystkich polach bitew, dywanach, piaskownicach – chwała.
Poległym Indianom, zastrzelonym kowbojom, rycerzom strąconym z konia – chwała.
Chwała husarii. I wszystkim szarżom. Formacjom na lądzie i morzu. I powietrzu.
A były to czasy, kiedy żołnierze ołowiani mieszkali w baśniach Andersena. Na ilustracjach Szancera prezentowali dumnie barwne mundury.

(…)
Wyzwolenie niosły żołnierzyki, między

transzejami szpulek, bunkrem cukiernicy
miały w końcu ożyć, nie ożyły, liczysz
nadal, przyznaj, że kiedyś tam (nocą!)

wylezą z pawlacza, w drzwiczki załomocą,
przy wiaderku z węglem na apel się stawią,
ruszą tyralierą, to życie naprawią

(Dariusz Suska, Potok pełen mydlin, gdzie się wylewało [w:] Wszyscy nasi drodzy zakopani, Warszawa-Wołowiec 2000).

Broniewski wielkim poetą był. Trzeba krwi!

Bawiliśmy się za ileś sztonów przy elektronicznych maszynkach z historyjkami rakietowymi, z Tarzanem, z dziadem rzucającym worki. Trzeba umieć grać na przyciskach. Wtedy żywa akcja, zestrzelenia, zderzenia. Między innymi karoseria samochodowa, siada się w nią i rusza, na ekranie – tenże samochód w miniaturze jedzie schematem ulicy, jakby widokiem z góry, jadą inne, z tyłu i z przeciwka. Trzeba tak sprytnie kręcić kierownicą, żeby unikać zderzenia, wymijać. Inaczej zderzenie – prysk – i słychać od razu karetkę pogotowia.

Miron Białoszewski, AAAmeryka [w:] Małe i większe prozy, Warszawa 2000, s. 245.

Kto wie czy nie pierwszy ślad kontaktu znanego polskiego pisarza z grami elektronicznymi. Białoszewski podróż do Stanów odbył w listopadzie 1982 i natknął się na popularne wówczas automaty do gier. W co grał? „Historyjki rakietowe”. „Zestrzelenia”. „Zderzenia”. Space Invaders? Galaxian? Asteroids? A może jakieś mutacje wymienionych. Słownictwo używane w odniesieniu do pierwszych gier ujmuje swoją prostotą w formułowaniu definicji. „Dziad rzucający worki” i nic więcej. Fenomenologia pikselozy. Złoty wiek Barbariana.


  • RSS