Panie Pułkowniku Wołodyjowski! Nieprzyjaciel w granicach, a ty się nie zrywasz, na koń nie siadasz. Co się z tobą stało żołnierzu?

Byłeś największym z czarnobiałych bohaterów mojego dzieciństwa. Byli wszak inni: Janek Kos, Kloss, Zorro, Robin Hood, później Batman, Rambo i Schwarzenegger w postaciach wielu, ale żaden z nich nie mógł się równać z tobą. Nikczemnej byłeś postury i nie miałeś szczęścia w miłości. Postać z ciebie pól-komiczna, dzielna i bardzo przez to smutna. Pewnie dla tych panien z fraucymeru byłeś mniej męski niż te rosłe oficery, Skrzetuscy i Ketlingi. A jednak to ty „siekłeś” w razie potrzeby największych junaków i mołojców, Bohuna, Kmicica. Oni nie musieli nic udowadniać, wystarczyło na nich spojrzeć. Ty zawsze miałeś gorzej. Byłeś rycerzem ciemiężonych i bitych, niczym sarmacki Dawid w obliczu brutalnej siły. W małości twojej można było się odnaleźć. Podobnie jak w twoim późnym szczęściu.

Bo mięśnie wiotczeją, cyniczni przystojniacy zamieniają się w obleśnych satyrów. Tylko wielkość ducha stale rośnie.