nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2007

Wszystkie szkoły, do których chodziłem nosiły imię Bohaterów Westerplatte. 1 września zawsze przypominano nam o początku wojny. Były wyjścia szkolne na Westerplatte, częściej na cmentarz Obrońców Poczty Polskiej na gdańskiej Zaspie. Uczyłem się na pamięć wiersza Bagnet na broń Broniewskiego. Do dziś, kiedy go recytuję ciarki mi przechodzą po plecach. Wiadomo, że nie będę walczył „na bagnety”, Broniewski brzmi dość pretensjonalnie – no chyba, że jest podlany wódką i spożyty w towarzystwie dobrych kompanionów. Na trzeźwo wybieram inny wiersz – 1 września 1939 Josifa Brodskiego. „Weź kieliszki z kredensu/i za ułanów wypijmy, pierwszych na liście poległych/jak w dzienniku szkolnym…” Jest w nim melancholia i autentyczny podziw dla ułanów, ty cenniejszy, że wyrażony przez Rosjanina, mieszkańca wrogiego małej Polsce imperium. W oryginale brzmi bardziej miękko, wręcz czuć w spojeniach między słowami jak twarde germańskie tanki zgniatają ułanów niczym cynfolię:

День назывался „первым сентября”.
Детишки шли, поскольку — осень, в школу.
А немцы открывали полосатый
шлагбаум поляков. И с гуденьем танки,
как ногтем — шоколадную фольгу,
разгладили улан.
Достань стаканы
и выпьем водки за улан, стоящих
на первом месте в списке мертвецов,
как в классном списке. (…)

(Josif Brodski, 1 września 1939)

FirstToFight.jpg

Myślałem, że się poddałem, ale poddawanie nie leży w mojej naturze. Zaczynam od nowa. A zacząć najlepiej od rzeczy najłatwiejszych tj. pisania. A zatem flaga na maszt. Poland first to fight!

Gdzieś w realu zaczynam od siebie tj. od zera.
Blog się we mnie wypalił.
Może kiedyś tu wrócę a może nie.

1939

13 komentarzy

Chyba umieram. Pomalutku.
Przychodzi zimno i gasi mnie zdanie po zdaniu.
Ostatnie rezerwy idą na front.

Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”.
Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba „utrzymać” i „obronić”, tak jak Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić – dla siebie i dla innych
.

Jan Paweł II, Gdańsk 12 czerwca 1987

Głos Pana zgina dęby, ogałaca lasy
(Psalm 29, tł. Biblia Tysiąclecia)

Śmierć Podbipięty spotkała mnie w naszej kuchni we Wrzeszczu. Ojciec piekł ciasto przed jakimiś imieninami a może tylko go pilnował? W każdym razie powstała luka czasowa, którą trzeba było jakoś wypełnić. Nie pamiętam czy ojciec czytał akurat Ogniem i mieczem i doszedł właśnie do pamiętnego rozdziału, czy może widząc, że plączę się pod nogami doznał natchnienia, żeby podzielić się ze mną to opowieścią. Nie wiem ile mogłem mieć lat. Pewnie nie więcej niż osiem. Musiał zresztą zacząć czytać ze środka od słów: Noc była ciepła, ale chmurna. Cztery czarne postacie posuwały się cicho i ostrożnie ku wschodniemu krańcowi wałów. Dialog wydobył je z ciemności – byli to znani mi z telewizji Wołodyjowski i Zagłoba oraz bliżej niezidentyfikowani Skrzetuski i Longinus. Jak się okazało to Pan Longin właśnie miał się stać bohaterem. Dlaczego musiał iść sam? Przez chwilę jeszcze przyjaciele patrzą jak zsuwa się z wału, przechodzi przez fosę i zagłębia się w ciemność.

Wejdź w tę ciemność z panem Longinem. Popatrz jak niebezpieczna jest droga: oto na horyzoncie majaczy las dębowy, ale wcześniej trzeba przejść przez cały kozacki obóz. Na dziesięć kroków nie widać ani człowieka ani drzewa. Pan Longin idzie powoli. Ostrożnie. Poczuj jak oblepia go mrok. Jak strach przechodzi ci po plecach, bo choć nie znałeś wcześniej pana Podbipięty już poczułeś się z nim jakoś związany, jakbyś był jednym z jego przyjaciół, niewidzialnym i bezsilnym duchem podążającym za nim krok w krok. Jakobyś przechodził przez kręgi piekieł. Wojna pozostawiła tu szańce i moc trupów. Ale każdy trup jest tu trupem z osobna. Przez każde słowo powieści ile się przewija obrazów! Tu sterczy martwa ręka, tam trupie otwierają się usta, oczy się wytrzeszczają. A przecież niektórzy martwi żyją jeszcze – słabe jakieś jęki, westchnienia czołgają się po pobojowisku. I akapit za akapitem stąpa Podbipięta, omijając kozackie dialogi, Zerwikapturem gasząc przerażone pytajniki.

Smierc_Podbipiety.jpg
Juliusz Kossak, Śmierć Podbipięty

Czym jest tęsknota? Nieobecnością tych, których kochamy. Odwaga czym? Przekroczeniem lęku. Nie jego brakiem – nie boją się tylko głupcy albo szaleńcy.
(Pan Longinus, jakkolwiek nieustraszony, poczuł jakby lekki dreszcz w krzyżach).
Dziś widzisz w Panu Podbipięcie dziecko schowane w ciele dorosłego mężczyzny. Dziecko, które opuszcza matkę, świat znany i bezpieczny i wchodzi w dorosłość. Wielu facetów jest w jakimś stopniu Panem Podbipiętą i nosi ukryte głęboko w sobie małego chłopca. Jakieś swoje marzenie o trzech ściętych głowach. A jak już się ono spełni okazuje się, że to nie takie proste. Że to dziecko w nich nieraz kopną i zranią, czasem zdradzą a nawet zabiją. Niektórzy tracą je wcześnie i stają się cyniczni. Inni przechowują w sobie przez długie lata. Na zewnątrz są silni, schowani w skorupie, w środku pozostają odsłonięci i bezbronni.

To nieokreślone miejsce, gdzie umiera chłopiec a rodzi się mężczyzna. Być gotowym dla bliskich na śmierć. Wziąć za nich odpowiedzialność. Ale to nie tylko umieranie za innych. To także śmierć rzeczywista. Umiera przecież nawet Podbipięta. Taki mocarz! Bo jest ten niezapomniany rozdział Ogniem i mieczem wielką lekcją śmierci, która dokonuje się w absolutnej samotności. Grad strzał spada na skronie, ramiona, tułów, nogi Pana Longina w rytm szeptanej litanii. A on daje pokaz rycerskiej ars moriendi.


  • RSS