nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

Rosłem w cieniu klęski. Oglądanie piłki kojarzy mi się ze łzami, które jako gówniarz łykałem w kącie po kolejnych pogromach, jakich doznawali Biało-Czerwoni. Kiedy świadomie zaczynałem oglądać piłkę nożną właśnie odpadaliśmy z mundialu w Meksyku. Mecz z Brazylią i 0:4, nazwisko Brazylijczyka Careca. A potem eliminacje do mundialu w Italii, bramkę Tarasiewicza i przegraną ze Szwedami na stadionie Rasunda po golu w 92 minucie. Och, och. Kto zliczy klęski, jakich doznała kadra w meczach o punkty za kadencji trenerów Łazarka, Strejlaua, Apostela, Piechniczka, Wójcika i kogo tam jeszcze. Bramka Furtoka ręką w meczu z San Marino, kolejni angielscy kaci naszej drużyny: Lineker, Shearer, Scholes. 0:2 ze Szwecją w Sztokholmie, kiedy do udziału w barażach wystarczał remis. Ciągła gadanina o przełomowym meczu na Wembley, który odbył się kilka lat przed moim urodzeniem. Opowieści o sukcesach polskiej piłki zlewały mi się z Sienkiewiczowskimi powieściami „ku pokrzepieniu serc”. Lubański, Lato, Deyna, Szarmach, Boniek to były duchy z przeszłości, taka husaria, która kiedyś gromiła, miażdżyła, ale po której śladu nie zostało w naszej pogrążającej się w beznadziei lat osiemdziesiątych ojczyźnie. I lata dziewięćdziesiąte to dalszy ciąg upokorzeń – 1:4 ze Słowacją w Bratysławie. „Wielki Roman”, jego nagi tors i zdumienie w oczach, gdy sędzia pokazuje mu czerwony kartonik. A potem Świerczewski i blazeńskie ukłony. I kolejna czerwona. Gwiazdy olimpiady, które zgasły w reprezentacji. Niemoc Brzęczka, kilogramy Stańka… Chwilowi bohaterowie: Wożniak, Citko, Juskowiak.
Wymęczone jednobramkowe zwycięstwa, żenujące remisy, chwilowe wzloty ze spadającą w piłkarską przepaść Bułgarią. Miejsce w rankingu FIFA w siódmej dziesiątce. Baty od Gruzji i Łotwy. Choć to może już w XXI wieku. Na tym tle zaczynają się pojawiać jakieś sukcesy – przyspieszone obywatelstwo Olisadebe i eliminacje do MŚ 2002, które przeszliśmy jak burza. Przeszliśmy i potem 1:4 z Białorusią, a już na mundialu bezradność wobec Korei, nędza w meczu z Portugalią. Bliźniacze mundiale, kiedy wygrywaliśmy dopiero wtedy, gdy nic już nie było do wygrania. Chciałbym wierzyć, że czarne sny się skończyły. Zwycięstwo nad piekielnie silną Portugalią w Chorzowie świeci w tej ciemnej narracji, jak nowy cud nad Wisłą, jak ofensywa znad Wieprza. Strzał Krzynówka w Lizbonie śni mi się po nocach. Ebi Smolarek (jasnowidz?) czyta myśli belgijskiego obrońcy i zaraz znajdzie się na drodze bezpańskiej piłki…

Jesteśmy w EURO.

Gdańszczanie zazwyczaj lekceważą Gdynię. Zawsze uważałem to za śmieszne. Zupełnie, jakbyśmy to my (nie Niemcy) zbudowali te stare dzielnice, jak Oliwa i Wrzeszcz. W Gdańsku historie rodzinne zaczynają się nie wcześniej niż w 1945 r. O swoich dziadkach myślę jako o Wilniukach, Kociewiakach, Kaszubach, nigdy jako o gdańszczanach. Pokolenie moich rodziców i ich literatura uczyniła Gdańsk bardziej przyjaznym do mieszkania, mury nasiąkły życiem. Czytałem te książki, fascynowałem się nimi, odcisnęły się na mojej wyobraźni. Szukając głębiej swoich korzeni, paradoksalnie jednak trafiam do młodszej Gdyni. To tu pradziadek pracował przed wojną w Kadrze Floty i został ranny podczas walk w 1939 r., to tutaj, na poczcie przy ul. 10 Lutego urodziła się moja babcia, to tu w latach trzydziestych z okna bloku na Oksywiu mój dziadek widział kondukt pogrzebowy gen. Dreszera i maszerującego w nim Goeringa. Gdynia to cały wiek XX. To historia dająca się jeszcze objąć rodzinną opowieścią. Gdynia jest dla mnie ważna jak Wilno.

Dlatego na paradę niepodległości pojechałem właśnie tam. W Gdańsku miałbym poczucie szopki. Patrząc na obwieszony flagami Gdańsk nie sposób nie pamiętać, że kiedyś to miasto ubierało się w sztandary nazistowskie. W okresie międzywojennym fetowało ono nie Piłsudskiego i Hallera, ale fuhrera i III Rzeszę. Gdynia zawsze była polska. To tutaj biło jedno z serc II Rzeczpospolitej. Można tutaj być po prostu dumnym z Polaków, którzy zbudowali coś „od zera”. Idealne miejsce, żeby świętować niepodległość. Bo bez niepodległości Gdyni zwyczajnie by nie było.

Listopad

8 komentarzy

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
(…)
Bądź wierny. Idź.
(Zbigniew Herbert, Przesłanie pana Cogito)


Nie mam momentu, od którego mógłbym zacząć odliczać.
Trwam w zawieszeniu, życiu-nie-życiu.
Obchodzi mnie tak mało. Bo dzieją się sprawy nieważne.
Cele, które mam są za małe, żeby dały szczęście.
Braku swojej miłości się nie zauważa, tylko jej zbytek.
Tyle było trzeba, aby zrozumieć, że miłość jest wysiłkiem
nie bezwładem? Wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy
widzieli sprawy takimi, jakimi są. W każdym punkcie życia.
Grób jak pocisk, rzucony w samo serce blizny.
-Chodźmy już. -Iść? Żeby wypłoszyć myśl,
że to wszystko jest bez sensu? Ta wojna, która się toczy
nie przypomina wrześniowego Bliztkriegu.
To raczej ciągnące się przez cały rok powstanie styczniowe.
Biegam po puszczy z przestarzałą flintą i strzelam do wiatraków.
Ginę, powstaję, uciekam, mylę tropy, ale to nic nie zmienia.
Mnich, którego pytałem jak to długo trwać może
powiedział mi: „aż nie wytrzymasz”. Jest tyle małych słów,
tyle małych furtek, w których można się zapomnieć,
otrzepać popioły. Umarłem i znów się odrodziłem.
Ale ze mną nie umarł ani nie odrodził się świat.


  • RSS