nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2007

Obłęd. Wstukuję w googla hasło „dostojewszczyzna”. Czytam, czytam i deja vu! Gdzieś to kiedyś już czytałem.  To mój własny artykuł sprzed 2 lat.Na pierwszym miejscu w wyszukiwarce. Dobry Boże! Czyli google mi dzisiaj nie pomoże. Utarł się termin „dostojewszczyzna” na określenie środowiska ludzi
bliskich obłędu, targanych szaleńczymi i dziwacznymi namiętnościami.
– pisze tamten nowaczewski. Łatwo jemu. durniowi. tak pisać. A inny nowaczewski, ten z „Frondy” nr 34 (Rok 2004) zabiera głos w balsamicznej bibliotece:  Nasza splugawiona rzeczywistość jest wylęgarnią nieciekawych person w typie bohatera Notatek. Bo każdy z nas może być w mniejszym lub większym stopniu człowiekiem z podziemia (…) Dostojewski nie żył w czasach tak ekshibicjonistycznych jak nasze, nie czytał kolorowych szmatławców, nie surfował po internecie, ale jak nikt inny znał tajniki psychiki zbłąkanych indywiduów. (…) Ja ujrzałem w tej książce klęskę bożka rozumu i egoizmu, niszczącą bezsilność ludzkiej złości. I na koniec dodaje: Wiem tylko, że odważyłem się zostać głupcem. Mówią że głupi ma szczęście. Tym szczęściem jest miłość. No cóż mój głupiec dostał od swojego szczęścia po dupie. Założenia to miał pewnie nawet i słuszne, chęci szczere. Złość jednak przeżywa jak dawniej. Chciałbym teraz zakończyć jakąś błyskotliwą puentą, ale wiem dobrze, że nie mam żadnej błyskotliwej puenty. A Nadzieja jest. Mała, malutka. Tylko, za cholerę nie wiem, jak ma na imię. Może to Ty nią jesteś?

zawaliło się i nie ma przebacz.

ciszy ni pokoju. noc jest.

i neony. szum samochodów

za oknem. muzyka sfer rozbita.

punk jest dzisiaj rytmem. punk jest rytmem

She’s lost control again – she’s lost control

miałem swoją opowieść i wierzyłem w Słowo.

sam się teraz siebie pytam

kiedy zgubiłem drogę, sam się pytam.

She’s lost control again – she’s lost control

a biegłem przecież pełen wiary

pod czarnobiałym słońcem, kochałem

i biel jaśniała nade mną, czuła.

teraz w gitarach drzazgi, potłuczone szkło.

punk jest rytmem, w ciszy szemrze brud.

She’s lost control again – she’s lost control

nie ma nic. punk zasłania wszystko,

punk jest rytmem. i z walki i z deszczu

z pustki wszystko dzisiaj. zali to ty Ianie Curtis

wołasz mnie, zali to wy popaprańcy

dajecie koncert w Birmingham?
She’s lost control again – she’s lost control

punk jest dzisiaj rytmem.

wychodzi z ojca syn, wychodzi lęk

i kiedy w robotniczy dom

uderza bas, kiedy w robotniczy dom

uderza ten rytm, punk pruje powrozami żył

jest dzisiaj rytmem, który unosi nas

zaplata pętlę, odkręca gaz.
She’s lost control again – she’s lost control

dwadzieścia trzy lata i świata ból

bo jeszcze jest świat

pękający w szwach

w spojeniach złudzeń. jeszcze trwa

nieświadoma młodzieńcza twarz.

punk jest dzisiaj rytmem. punk jest dzisiaj.

 

dzisiaj, dzisiaj.


 

Żeby pozostać w temacie. O tym, jak dawniej grało się w piłkę na podwórkach dowiadywałem się z książek:)

Józef Hen, Bitwa o kozi dwór (1954), socrealistyczna opowieść o walce klasowej na podwórku. Nie zaglądam do piwnicy, więc mogę coś przekręcić. Lata trzydzieste. Dwie podwórkowe bandy toczą wojnę o boisko (wyraźny schemat z Chłopców z Placu Broni Molnara). Na ulicy Zytniej w Warszawie była bida straszna, dzieciaki nie miały własnej piłki, grały tzw. szmaciankami to znaczy czymś okrągłym wypchanym szmatami. Udaje się im spełnić marzenia zdobywając na śmietniku tzw. jajo – czyli prawdziwą starą steraną dmuchaną piłkę. Wówczas na boisko przybywa dream-team chłopców z dobrych domów tzw. paniczyków. W dwu meczach gromią obie podwórkowe bandy proletariackich dzieci. Banda I ma bowiem wspaniałego kapitana Mundka, ale dziurawą jak ser obronę, Banda II – ma na bramce Kubę Raszkę – miejscowego Zamorę, ale w ataku brak jej armat. Żeby więc pobić paniczyków jednoczą się i tworzą nową drużynę. Dopiero ta ekipa pokonuje po zaciętym meczu pomiot burżuazji. Mundek wbija kilka goli, Kuba Raszka odpiera całą kanonadę strzałów i broni rzut karny. Po latach puenta ni z gruchy, ni pietruchy: Mundek jest komunistą, wzorem proletariackiego piękna. Książka opowiada o latach trzydziestych, ale powstała oczywiście w czasach złotej węgierskiej jedenastki, która na chwałę komunistycznej ojczyzny gromiła kogo się dało.

Adam Bahdaj, Do przerwy 0:1 (1957), tym razem chyba rok 1946 (mistrzem Polski są czarne koszule-Polonia Warszawa). Książka spopularyzowana przez telewizyjny serial. Główny bohater – Paragon jest sierotą (rodziców stracił w powstaniu?), przeżywającym osobiste kłopoty (m.in. jest prześladowany przez chuligana Królewicza). A jednocześnie jest filarem podwórkowej drużyny (Syrenka Wola), trenowanej przez piłkarza Polonii. Syrenka bierze udział w turnieju dzikich drużyn. W I rundzie, którą Paragon ogląda z drzewa pokonuje Antylopę Mirów – 3:2,zwycięstwo zapewniają jej drybler Pająk (Leopold Plechowiak) – wcielenie cierpliwości, torującej drogę do sukcesów w futbolu oraz kapitan Mandżaro. W ćwierćfinale z Pogonią Praga Paragon gra cały mecz i popisuje się hattrickiem. W półfinale z konkurencyjnym Huraganem Wola, w której gra rzeczony chuligan Królewicz gra jedynie II połowę (po I Syrenka przegrywa 0:1, skąd tytuł książki), w drugiej Paragon wykłada wspaniałą piłkę Ignasiowi Paradowskiemu i jest wyrównanie. Potem już druga brama Paragona i Syrenka dochodzi do finału. Wszelako po tych ciężkich zmaganiach, Paragon pobity znajduje się w szpitalu i finał rozgrywa się już poza jego oczami. Syrenka po dogrywce wygrywa 4:2 z Ambrozjaną Praga (ta finezyjna nazwa to pierwotne miano mediolańskiego Interu), znów Ignaś Paradowski i hattrick Mandżaro. Podobnie jak u Hena bida aż trzeszczy. Widać, że Bahdaj jest kibicem czarnych koszul i nie lubi CWKS. Książka napisana w roku pamiętnej wiktorii nad ZSRR pod przewodem Gerarda Cieślika.

Aha! Syrenka gra systemem 3-2-5 (trzech obrońców, dwóch pomocników, w napadzie pięciu graczy – dwaj skrzydłowi, dwaj łącznicy i kapitan Mandżaro w środku). Na bramce miejscowe wcielenie Nemeczka mikrus Perełka.

Więcej książek młodzieżowych o piłce nie pamiętam. Jak ktoś pamięta, niech da znać.

„..Zamora wsparty o szczyt Pirenejów
piękniejszy niż Don Juan obciśnięty w swetrze
śledzi kulę świetlistą prującą powietrze”

Kazimierz Wierzyński

Z dziką radością zagłębiam się w historię futbolu. Lata trzydzieste. Czas szalejących ideologii, mistrzami świata są Włosi,Mussolini wykorzystuje magię stadionów. Zasady gry są twarde, sędziowie stronniczy, mecze to wojny,po których trzeba wymieniać połowę składu. Nie można dokonywać zmian podczas spotkania, więc jeśli kogoś zniosą z boiska, ktoś złamie nogę, dostanie wstrząsu mózgu, drużyna jest osłabiona, musi radzić sobie w dziesiatkę, dziewiątkę, ósemkę. Trwa wymiana ciosów. Jeśli zmasakrują bramkarza, gracz z pola musić podjąć rzuconą rękawicę i stanąć miedzy słupkami. Trzeba być twardzielem jak legendarny goldkiper Hiszpanii, Ricardo Zamora. W pamiętnym spotkaniu, kiedy po raz pierwszy Anglia zeszła z boiska pokonana przez zespół spoza Wysp, Zamora bronił narodowej bramki choć miał złamany mostek. No i imponujący debiut Polski w MŚ. Odpadliśmy w I rundzie, ale po jakiej walce! Wbiliśmy Brazylii 5 goli (!) Cztery bramki Ernesta Wilimowskiego. Fenomenalny napastnik! – 21 trafień w 22 meczach reprezentacji. I pewnie strzeliłby ich więcej, gdyby nie wybuchła wojna, która wykreśliła go z pamięci za grę w brunatnych barwach Rzeszy.

Wilimowski.jpg


  • RSS