nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Kiedy chodziłem ostatnio górach chodził za mną Czarno-biały film, młode widma: Niemczyka, Karewicza, Łomnickiego, Kęstowicza, Kłosowskiego, Fogla… Góry zasypane śniegiem, rzężenie silników. Ekranizacja Ostatmiego do raju Hłaski – Baza ludzi umarłych. Jest tam scena, która zawsze ściskała mnie za gardło. Oczywiście ta w kościele – gdzie Zabawa, Orsaczek i Warszawiak przywożą zwłoki Apostoła. Zabawa karze grać Orsaczkowi na organach. Ale Orsaczek nie umie zagrać Requiem. I tak wybrzmiewa porażająco z wysokości kościelnych organów Bal na Gnojnej:

Harmonia z cicha na trzy czwarte rżnie
Ferajna tańczy, ja nie tańczę…

Niskie zostaje wywyższone. Gnojna wstępuje na niebiosa.

Pewnie to było tak, notatka w zeszycie z historii w ogólniaku. 45 minut o powstaniu styczniowym. W ostatnim punkcie upadek, w upadku ksiądz Brzóska (kwiecień 1865). I tyle. Potem zniknął na wiele lat aż zachciało mi się wypełnić jego nazwisko treścią. Dotrzeć do człowieka. Droga do Księdza Brzóski wiodła przez internetowe Podlasie, żarówaiste witryny zrobione we Frontpage. Wyłonił się z nich ksiądz-fighter, ryzykant, fanatyczny patriota, człowiek wielkiej odwagi.

  Ks. Brzóska

Księdza Brzóskę zamknęli jeszcze zanim powstanie się zaczęło. Krewki, młody wikary wygłosił bowiem brawurowe kazanie, wytykając palcami obecnych w kościele oficerów rosyjskich. Za podżeganie przeciwko władzom zaborczym dostał kilka lat twierdzy. Karę odbywał w Zamościu. Nie odbył jednak całego wyroku, został stamtąd wypuszczony wskutek licznych próśb. Nie była to dla władz dobra decyzja, gdyż wolny ksiądz Brzóska natychmiast włączył się w spiskowe działania mające na celu wybuch insurekcji. Korzystając z autorytetu, jakim cieszył się jako kapłan, zebrał kilkuset chłopa i napadł na garnizon rosyjski w Łukowie. W potyczce zginęło kilku żołnierzy, Ks. Brzóska po chwilowym powodzeniu musiał się jednak wycofać. Wstąpił do działających w okolicy oddziałów, brał udział w wielu starciach z karabinem w ręku. Ranny w jednym z nich, leczył się w Łukowie, gdzie dotarł do niego delegat Rządu Tymczasowego, Ks. Brzóska otrzymał stopień generała i został mianowany naczelnym kapelanem powstańców. Odprawiał msze, spowiadał, a w miedzyczasie dowodził niczym Kmicic 150-osobowym oddziałem kawalerii. W sierpniu 1863 brał udział w przegranej bitwie pod Fajsławicami, gdzie powstańcy ulegli przeważającym siłom wroga. Nie zraził się jednak, sformował w następnych miesiącach nowy oddział liczący 1000 żołnierzy i sam objął komendę. Kiedy i te wojsko zostało rozbite, z garstką najwierniejszych skrył się w niedostępnych lasach, skąd nękał Rosjan. Wymykał się obławom, znikał, uderzał. Kiedy najwierniejsi się wykrwawili, wraz ze swoim adiutantem Wilczyńskim ukrywał się na Podlasiu, w umyślnie sporządzonej kryjówce – tajnym dodatkowym pomieszczeniu w zabudowaniach gospodarskich. Zamaskowanym wyjściem opuszczał je tylko nocami. Właśnie jedna z takich wypraw zakończyła się tragicznie. Ostatni powstańcy w kwietniu 1865 r. udali się do sąsiedniej parafii, aby się wyspowiadać. Na drogach roiło się od straży i szpicli. Ktoś doniósł o obecności dwóch obcych na plebanii. Spowiednika, ks. Lewandowskiego wzięto na tortury, nie chciał wydać kryjówki ks. Brzóski, więc go powieszono. W końcu patrole kozackie otoczyły wieś, gdzie kryli się bohaterowie, ks. Brzóska zdązył jeszcze zniszczyć papiery. Już się wymykali, ale został postrzelony, Wilczyński, który zabił podobno tego dnia kilku kozaków, widząc przyjaciela w rękach wroga, poddał się. Obu powieszono publicznie na oczach 10 tysięcy ludzi. Ciała zrzucono do prymitywnego pudła, ks. Brzóska był zbyt wysoki by zmieścić się w prowizorycznej trumnie.  Odrąbano więc mu nogi a pudło zakopano gdzieś w fosie twierdzy w Brześciu. Ksiądz Brzóska


28.12.2007

 

Schronisko na Wielkiej Raczy. Wszystko zostało na dole. Dzisiaj jestem tu, jutro gdzie indziej, za dwa dni znów w innym miejscu. Dźwigam na plecach nie tylko plecak, ale i swoją niewypowiedzianą historię. Jestem tu samotny jak Buka z muminków. Tutaj jednak nikt nikogo nie pyta o to niewypowiedziane. Rozmowy krążą wokół szczytów, śniegów, pogody. Zaczepiają się o rakiety śnieżne, o markę butów, trekkingowe kijki. Każdy zachowuje osobność, choć panuje atmosfera serdeczności.

Na zewnątrz ziąb. Zaopatrzenie na 1200 metrów dostarcza się saniami. W wyjeżdżonym śniegu koń zapada się na głębokość dwudziestu centymetrów, pot zamarza zaraz na jego grzbiecie.

  

29.12.2007

 

Przejście z Wielkiej Raczy na Przegibek. Zmaganie ze śniegiem. Kurcząca się telefoniczna karta, bo wciąż łapie mnie Słowacja. Mogłem w sumie przejść na słowacką stronę. Zniknąć. Słupy graniczne odtwarzają to, co jeszcze niedawno istniało. Kiedy miałem 10 lat podczas wakacji w górach pierwszy raz doszedłem do granicy. Granica ta była, jak sądzę dzisiaj, nie tylko barierą polityczną, ale granicą mistyczną. Zbliżałem się do granicy i myślałem: tutaj kawałek dalej jest już Czechosłowacja. A tam wszystko czechosłowackie. Miasta czechosłowackie, ludzie czechosłowaccy i czechosłowacki język i drzewa czechosłowackie i samochody z czechosłowackimi rejestracjami. Zastanawiałem się, co będzie jeśli przekroczę granicę. Co będzie jeśli naruszę narzucony porządek? W lesie siedzi żołnierz i natychmiast mnie zatrzyma, jako człowieka nieczechosłowackiego.

Dzisiaj granice były wymarłe. Nie istnieje Czechosłowacja. Jest Słowacja. Nie istnieje czechosłowacki, który okazał się dwoma różnymi językami. Czegoś przybyło i czegoś ubyło. Coś umownie stało się rzeczywistością i coś umownie rozwiązano. Słowa straciły moc. Życie się splata i rozplata.

  

30.12.2007

 

Ze schroniska na Przegibku start jeszcze przed świtem. Po drodze: marsz wzdłuż granicy, wejście na  Rycerzową, zejście do Soblówki, przebieżka Ujsoły, Złatną i popołudniowy szturm na Lipowską Halę. Rozmowa z czerstwym dziadeczkiem.

-O to są jeszcze w lesie ludzie! – przywitał mnie radośnie czerstwy dziadeczek.

Po jego zniknięciu już nikogo, nikogusieńsko. Zasypany szlak, coraz niższe slońce. Kiedy zrobiło się kompletnie ciemno przedzierałem się jeszcze przez świerkowy las. Schronisko znalazłem, kiedy na hali trafiłem na ślady skuterów śnieżnych.

31.12.2007

 

Hala Lipowska. Rano nie wiedziałem jeszcze, gdzie spędzę sylwestra. Rysował się nawet w głowie taki plan: zjechać pociągiem do Krakowa, bagaż zostawić w przechowalni i iść na rynek. Potem rano wsiąść do pociągu bylejakiego w kierunku gór i przekimać się. Na szczęście potoczyło się inaczej.
31 km pieszo z plecakiem. Zejście do Rajczy z chłopakami z Rudy Śląskiej. Ukrzydlające rozmowy o Sarmatach i husarii. A potem, z Milówki, kilkanaście km szosą do Istebnej, gdzie Szymon bawił się ze swoją ekipą i załatwił nocleg.

 

Marsz po drodze dłużył się niemiłosiernie. Droga prawdopodobnie kiedyś była areną najcięższych etapów górskich Tour de Pologne. W każdej wsi mijałem maszkarony, diabły i inne stwory, chodzące po domach z dobrymi życzeniami. Kryłem się w mroku autobusowych wiat, nasłuchując podchmielonych głosów, łykałem resztki herbaty, przegryzając chleb suchą kiełbasą. Z przełęczy widok na szerokie doliny, światła rozrzucone w całej przestrzeni. Samochodowe smugi sunące po szosach. Niebo, niebo rozgwieżdżone. Kontury Beskidu. Tu jarzy się Zwardoń. Tam Koniaków. Tam Milówka. Tam gdzieś – mój cel Istebna.

01.01.2008
W Nowy Rok, kiedy wychodziłem z Istebnej na Baranią Górę, dostrzegłem tablicę informującą, że niedaleko znajduje się izba pamięci Jerzego Kukuczki. Jerzy Kukuczka. Ile połączeń w mózgu, zapomnianych ścieżek otwiera to nazwisko. Stronice „Świata Młodych” donoszące o jego kolejnych podbojach. Podsycał dopiero co rodzącą się fascynację górami. Mount Everest, K 2, Lhotse, Makalu, Nanga Parbat… Szedłem oblodzonym szlakiem na Baranią ite nazwy dźwięczały mi w głowie czysto jak mroźne powietrze…  

Na skrzyżowaniu szlaków spotkałem Bezimiennego ze Szczecina. Bezimienny marzył o klubie alpinistycznym i przygotowywał się do testu, który miał mu umożliwić wspinanie. Rozmawialiśmy kwadrans, pokazywał mi swoje raki, radził mi, nowicjuszowi, jaki sprzęt kupić. Nie wymieniliśmy się imionami. Pozostał Bezimiennym, zniknął za zakrętem drogi, schodził do Koniakowa. Prawdopodobnie był pierwszy w tym roku na Baraniej, ja, być może drugi…

Przypomniałem sobie 24 października 1989 roku, kiedy telewizja i gazety podały informację o śmierci Jerzego Kukuczki. Przypomniałem sobie, że istnieje  piękny wiersz Tadeusza Różewicza o Wandzie Rutkiewicz.   Nie pamiętałem słów.

02.01.2008

  

Gubiąc raz po raz szlak, strzepując śnieg z pni drzew i drogowskazów, by odnaleźć znaki, posuwałem się z Baraniej w kierunku Skrzycznego. Mgła ograniczała widoczność, chwilami do kilku metrów. Tej nocy przysypało, bądź przesypało ślady. Wszedłem na rozległą polanę i nie wiedziałem, gdzie dalej biegnie nitka szlaku. Brnąłem w śniegu po kolana. Nadeptywałem własne tropy jak Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem w poszukiwaniu śladów łasiczki. Czas się zapętlał jak w Czarodziejskiej Górze Tomasza Manna, gdzie Hans Castorp wyruszył na narciarską wycieczkę. Dzień się zawiesił. Może nadal tam jestem. 

03.01.2008
Klimczok. Przez ostatnie dni zbliżałem się do cywilizacji, a jakbym się oddalał. Schroniska opustoszały. Sylwester jakby dopiero miał nadejść, w pustych jadalniach oświetlonych lampkami z choinek. Nocleg w pokoju ośmioosobowym z łazienką, nikogusieńko. Siedziałem sam w sali na 60 osób, jadłem żurek i pierogi z kapustą. Zupełnie jakbym spóźnił się na film z własnym udziałem.  Przychodzi SMS: To jak w Lśnieniu!

***

8 komentarzy

(przyjaciołom i znajomym z drogi)

dwudziestego ósmego grudnia budzę się

w pospiesznym do Katowic, ażeby

wysiąść, spędzić dwie godziny na zimnym

dworcu, wsiąść w osobowy do Zwardonia,

aby następnie wysiąść na stacji Rycerka

i wsiąść w PKS do Rycerki Kolonia,

ażeby nie jechać już dalej, ale po to by

iść, iść wyżej i wyżej, ażeby podziwiać widoki

z Wielkiej Raczy i obudzić się w schronisku,

dwudziestego dziewiątego grudnia, podziwiać

widoki, iść przez śniegi i zaspy, zapadać się,

pocić, ażeby, ażeby dojść do schroniska

na Przegibku, tamże, obudzić się, trzydziestego

grudnia, przed świtem iść dalej i dalej,

przekraczać granice, przedzierać się przez śnieg

zapadać się, ale przy okazji, jakżeby inaczej

podziwiać widoki, z Wielkiej Rycerzowej,

zejść do Soblówki, przejść przez Ujsoły, do Złatnej,

ażeby Złatną opuścić niezwłocznie, ażeby iść,

drapać się na Lipowską Halę, ażeby spotkać się

ze zmrokiem i mgłą, nie podziwiać widoków,

ażeby obudzić się w schronisku, trzydziestego

pierwszego grudnia i nie wiedzieć, gdzie spędzę

sylwestra, zadzwonić do Szymona, do Istebnej,

zejść do Rajczy, wsiąść do osobowego do Katowic,

wysiąść w Milówce, ażeby dowiedzieć się o braku

PKS-ów z Milówki, przeto iść dalej pieszo

szosą, przez Koniaków, do Istebnej, ażeby

obudzić się w kwaterze prywatnej, pierwszego

stycznia, iść dalej, po lodzie, przez śnieg na Baranią

nie podziwiać widoków i zejść do schroniska

na Przysłopie, aby obudzić się tamże drugiego stycznia

i iść na Baranią, nie, nie podziwiać widoków,

iść dalej przez mgłę, śnieg, wiatrołomy, gubić się

i znajdować w trudnej sytuacji, ażeby wyjść z niej

obronną ręką panów z GOPR, którzy przecierają szlaki

na skuterach śnieżnych, ażeby, jakże inaczej,

obudzić się w schronisku na Skrzycznem, trzeciego stycznia

podziwiać widoki, przez Salmopol, udać się w kierunku

Klimczoka, ażeby, co za niespodzianka, podziwiać widoki,

obudzić się w schronisku, czwartego stycznia, ażeby iść

na Błatny i Szyndzielnię, zjechać kolejką linową,

w ciemnościach do świateł Bielska, ażeby wsiąść

w osobowy do Łodzi Kaliskiej, ale wysiąść w Katowicach,

odwiedzić Szymona, obudzić się w kawalerce na Giszowcu,

piątego stycznia, następnie zaś wsiąść w pociąg do Szczecina,

żeby wysiąść w Brzegu Radkom złożyć życzenia ślubne,

ażeby wsiąść w pospieszny do Przemyśla,

ale wysiąść, co za zbieg okoliczności, w Katowicach,

odwiedzić Szymona, ażeby obudzić się po dwóch

godzinach snu, szóstego stycznia i jechać na dworzec

w Katowicach, stamtąd zaś wsiąść w osobowy

do Tarnowskich Gór, spotkać się z Tomkiem, jeździć

po Górnym Śląsku, ażeby znaleźć się na koniec,

na dworcu w Bytomiu, stamtąd jechać, niechybnie

osobowym do Katowic, a z Katowic pospiesznym

do Kielc, z Kielc zaś pospiesznym do Kołobrzegu,

obudzić się w pociągu, siódmego stycznia,

wysiąść w Gdańsku-Wrzeszczu, w poczuciu,

że nie mam domu, nie mam do czego wracać,

dlatego kochani, tak kocham podróże, tak kocham

dni bez żadnej szczeliny, wypełnione szczelnie

drogą, na drogach są góry i miasta, wydeptuje się

opowieści, ale wszystkie drogi zbiegają się w spotkaniach,

dobrze, że jesteście.


Widok z Wlk. Raczy - grudzień 2007
Wlk Racza, grudzień 2007

Zdjęcie które przysłał mi Kazik, jeden z dobrych duchów spotkanych na trasie. Wielka Racza. 
 


  • RSS