nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

Ostatnio, tydzień przed świętami Control w schludnym multipleksie. Film na szczęście czarno-biały, rozwijający się w rytmie piosenek Joy Division. W ogólniaku ani później moi idole nigdy nie rekrutowali się spośród muzyków rockowych. Ian Curtis w moim życiu jako ktoś ważny, pokrewny, długo pozostawał nierozpoznany. Dopiero dziś jakoś splatam go z własnymi latami chmurnymi, durnymi. Ian, na tle ponurych bloków Macclesfield. Pokój Iana, juwenilia na biurku. Bufonowaty nimb nastoletniego artysty. Ian recytujący wiersze. Ian wiążący swój los z Debbie. „Na zawsze”. Ale i Ian wykonujący nudną pracę biurową. Ian gapiący się w telewizor. Ian na zdjęciu z córką. Także i  Ian nie chcący dojrzeć. Ian nie chcący wybrać miedzy Debbie a Annik. To przecież ktoś będący jedynie potencjalnością jeszcze, nie skończony. Chłopak, nie mężczyzna. Być może można go dołączyć do długiej listy nieodpowiedzialnych drani, którzy przyjmując minę cierpiętniczą czerpią soki z otoczenia. Którzy usprawiedliwiają wszystko talentem, celami „wyższymi”. W całej zwykłości, wręcz przeciętności Iana Curtisa to ciężka choroba nadaje mu zupełnie inny, windujący go spośród pajacujących kumpli wyraz. Ian żyje w ciągłym lęku, staje wobec bezsilności medycyny. Ma dwadzieścia trzy lata, ale śmierć już chodzi za nim krok w krok. Jak przygnębiającą granicą jest nieuleczalność. Wszystko, co istnieje po ogłoszeniu nieuleczalności jest już inne. „Od jednego ataku?!” – to najważniejsze słowa, które wypowiada Ian w całym filmie. Curtis to ktoś, kto różnymi gestami, decyzjami próbuje sobie udowodnić, że ma kontrolę nad swoim życiem. W tę logikę wpisuje się też samobójstwo. Ale wszystko mu się wymyka, kariera muzyczna, związki z kobietami. Jego dylematy, rozterki są jeszcze problemami niedojrzałego faceta, ale los prawdziwie dramatyczny.     

Jeśli jakiś polszczyzna odbija wieczność, to ta szesnastowieczna, która się starzeje pięknie w świetle świętych tekstów. Piękna pieśń pasyjna „Krzyżu święty, nade wszystko….” odkąd ją usłyszałem po raz pierwszy zawsze przewierca mnie na wylot. Krzyż jako żywe drzewo, jego ramiona jak gałązki… Obraz poetycki, nie powiem, że genialny, bo genialność idzie od dołu, tutaj piękno przychodzi z góry, więc właściwsze słowo to „natchniony”. Stwarza zupełnie nową rzeczywistość, ukazuje coś co słowa przekracza, co w słowach widzimy jedynie po części, niejasno.

Frapowało mnie od jakiegoś czasu, kto napisał tę pieśń i to co znalazłem, przekroczyło wszelkie oczekiwania. Tekst polski pochodził oczywiście z XVI w., ale był jedynie tłumaczeniem starszej pieśni łacińskiej. Napisał ją Wenancjusz Fortunat w… VI w. Pomimo że od jej napisania minęło 1500 lat, wiadomo, co było inspiracją – przybycie relikwii drzewa Krzyża świętego do Poitiers. Sam Wenancjusz Fortunat uważany jest w Kościele za patrona poetów. Stworzył podstawy języka poetyckiego, który wyraża stany mistyczne. Ile razy była przez te kilkanaście stuleci śpiewana? Ile pokoleń ją śpiewało? Ile narodów? A przecież ten  tekst wydaje się stać poza czasem. I będzie stać, dopóki rozlegać się będzie w kościołach modlitwa.



Dworzec w Pelplinie nie zapowiada niczego. Jest syfiasto: smród, bazgroły, brud. Pociągi przelatują do Laskowic i z powrotem, osobówka stoi chwilę i zaraz rusza. Kiedy jednak wejdzie się w głąb miasteczka dochodzi się do jednej z najpiękniejszych katedr w Polsce. Olśniewająca to można powiedzieć o tym arcydziele gotyku. Wystrój z czasów renesansu  i baroku powala na kolana. W czasie porannej mszy katedra była pełna ludzi. Myślę, że zmieściłoby się w niej całe miasteczko (cały Pelplin liczy zaledwie 8 tysięcy mieszkańców). Po mszy, na placu rozłożył się niewielki jarmark.

zajac

Koła Gospodyń wiejskich z całego Kociewia prezentowały swoje pyszności, baby drożdżowe, ciasta; snuliśmy się z Bartem leniwie między stoiskami. Przyglądaliśmy się fantazyjnym palmom. Wrzuciliśmy „na rozruch”  kilka kromek chleba ze smalcem i ogóreczkiem oraz pyszne pierogi z kapustą. Obok miejscowa szkoła czekała na początek procesji. Chłopcy i dziewczęta dzierżyli trzymetrowe palmy, prawdziwą feerię barw w czystości poranka. Niektórzy z chłopaków w mieli eleganckie bordowe czapki z daszkiem. Obeszliśmy dookoła niewielką kaplicę cmentarną. Pomimo iż groby pochodziły z dziewiętnastego i początków dwudziestego wieku cmentarz był prawie w całości. Nazwiska prawie wyłącznie polskie. Rozśmieszył nas napis na jednym z nagrobków zmarłego „kapitalisty”.

kapitalista

W kaplicy biskup Szlaga odprawiał nabożeństwo. Przed kaplicą kilkunastu kleryków, śpiewało czysto, czyściuteńko Krzyżu święty nade wszystko… Który to był rok? 2008? 1908? Wsiąkaliśmy w starą kulturę materialną. Rozmowy obrastały mchem. Niebieski szlak do Gniewa po 22 kilometrach marszu zakończył się widokiem na miasteczko.

Gniew

Ile tam było brył, rogów, załomów, dachów, daszków, filarów, cegieł, obkruszonych tynków, bruków, kocich łbów, furtek, rdzy, zielska, szop, komórek, dachów z papy, ułomków krzyżactwa na wzgórzu zamkowym. Popołudniowe światło przesuwało się nad bryłami miasteczka, nad Wisłą i okolicznymi wzgórzami. Rozleniwieniu zalegliśmy w jednej z dwóch pizzerii przy rynku, wszamaliśmy dwie wspaniałe pizze i sączyliśmy browary. Tak zeszły trzy godziny w klimatycznej sali, gdzie w rogu zaległo żelastwo białych broni. Odjeżdżaliśmy w ciemnościach już busem do Tczewa. To był dzień, to jest dzień, niedziela palmowa 16 marca 2008, który spisuję , niech sobie tu wisi na necie, żebym kiedyś tu mógł wrócić. W głąb spojrzeć.

Jak się pisało wiersze o C64, to kocha się te piski i pikania. Nic dziwnego, że ostatnio słucham zespołu Pornophonique z Darmdstadt. Już same tytuły mówią same za siebie „Sad robot”, „Two lemings in love”, „Space invaders”., „Game over”. Muzyka z ośmiobitowców połączona z wokalem. Miodzio!


Pornophonique

Album Patrz:

Zły

5 komentarzy

Powieść kryminalna, romans brukowy? Ależ tak, i gorzej nawet: romans z bruku zrujnowanego, z ruin i rozdołów. A jednak to lśni, tryska, śpiewa… (…) Przerzucając strony Tyrmanda jakbym szedł przedwojennymi ulicami, Kruczą czy też Hożą, lub może Żelazną, szlakiem naszej historii mordobitnej. I już wtedy wiedziałem, że Tyrmand jest nieunikniony!


Witold Gombrowicz, Dziennik 1957-1961, s. 106-107. 

Zły Tyrmanda

Wyobraźcie sobie miasto ze ścian i bram ułomków, jak rozkopany plac, na którym wyrasta cień wielkiej wieży. I postacie nakreślone taką kreską, jakby zeszły z obrazu Czerwony autobus Linkego o którym śpiewał onegdaj Kaczmarski. I mściciela jak Batman czuwającego nad tym socrealistycznym Gotham.  Wyjdzie wam właśnie Zły Tyrmanda.  Pogardliwie traktowała krytyka tę książkę, a przecież jeszcze po 50 latach połowę wątków z niej zerżnęli scenarzyści serialu Ekstradycja, z nazwiskiem ”Halski” włącznie, organizuje się gry uliczne nawiązujące do akcji powieści. Kiedy czytałem ją przedt trzema laty (za późno, zdecydowanie za późno! Odnajdowałem dziecinną radość lektury. To coś więcej niż zwykły kryminał, bo urok Złego tkwi w szczegółach. Wtedy – w 1954 roku Tyrmand odmalowywał współczesność, dzisiaj ta siermiężna epoka ma w sobie posmak swojskiej egzotyki. To mistrzowski komiks narysowany samym słowem. Wszystkie miejsca są prawdziwe, co możecie naocznie sprawdzić tutaj. Tyrmand kocha się w Warszawie na zabój. To czytając Złego widać, słychać i czuć.    


  • RSS