nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

Wycieczka zaczęła się tam, gdzie skończyła. W pizzerii Arkadia w Kielcach. To tam padła idea, żeby jechać w Beskid Mały. Wejść na Czupel i zdobyć kolejny (trzynasty) szczyt do korony gór polskich. Zatem plecak stał przez dwa tygodnie w kącie pokoju właściwie nierozpakowany. Na butach zaschło błoto z Gór Świętokrzyskich. Sterane salomony wydeptywały moją tropę od 1999 roku – ponad 6 tysięcy kilometrów we wszystkich ważniejszych wyprawach.  Kiedy przejdą na zasłużoną emeryturę powieszę je sobie na ścianie, niczym narty w schronisku. Tym razem wziąłem ze sobą wyświechtane bojówki. Nogawki postrzępione, jakbym chciał się zaciągnąć na okręt Jacka Sparrow. Konglomerat szwów, grubymi nićmi szytych, we wszystkich odcieniach zieleni. Dziura na dziurze, łata na łacie. Nad ranem w pociągu Bart stwierdził, że przez całą noc nikt nie siadał po mojej stronie. Po stronie Barta dziadeczek w dresach, po stronie Barta kobieta z dzieckiem. Po stronie Barta, Bart zwinięty w kącie. Po mojej stronie moje śpiące zwłoki. To na pewno przez te cholerne spodnie! – pieklił się niewyspany Bart – wyglądasz jak kloszard! I jeszcze te syfiaste buty!

Wysiedliśmy w Wilkowicach. Wejście na Magurkę Wilkowicką. Widoki na masyw Skrzycznego. Z tej strony wyglądał imponująco. A i nasz Beskid, chociaż z nazwy Mały, przysparzał mozołu. Popas w schronisku. Marsz grzbietem i już Czupel. Wycinka drzew, przygnębiający widok na płaty umarłego lasu. Waliliśmy więc dalej – w dolinę Soły.

wiosna w dolinie Soły

Uderzyła w nas wiosna. Łąka powyżej Czernichowa – kwitnące drzewa owocowe, (ślad po zdziczałych sadach?) i subtelna zieleń Beskidu po drugiej stronie doliny. Przeszliśmy przez zaporę i drapaliśmy się na powrót na grzbiet. Zmrok się zbliżał – za przełęczą Kocierską szukaliśmy miejscówki na biwak. Wtedy spotkał nas niecodzienny widok. Oto na leśnej drodze, w rozjechanej kałuży utkwił sympatyczny kaszlak.

kaszlak rulez - industrial in beskid

Porzucony przez załogę, stał tam, chyba niedługo, bo nie zdążyła go jeszcze pokryć rdza. Próby uruchomienia dzielnego malucha nie zakończyły się oczywiście powodzeniem. Miejscówkę znaleźliśmy – łąkę poza zasięgiem cywilizacji, łąkę pod taką ilością gwiazd, jaką rzadko kiedy widuje się w życiu, łąkę, na której hasa zielona dusza i raduje się patrzeniem w kosmos.      

Wstaliśmy o piątej. W żyłach płynęła chyba jeszcze wczorajsza wiśniówka, bo uchachani ruszyliśmy na szlak. Przecięliśmy Łamaną Skałę i chwila nas zatrzymała na Leskowcu – królowa Beskidów – Babia błyszczała śniegiem, po prawej towarzyszyła jej śnieżna kopuła Pilska. Była dziewiąta – a my już w schronisku. Leniwy popas. Groń Jana Pawła II.

Babia - kwiecień 2008

 gron Jana Pawła II - dokąd teraz?

Przy tej okazji warto wspomnieć o kapliczkach. Maleńkich jak domki dla ptaków kapliczkach rozwieszonych na szczytach Małego Beskidu, gdzie możesz zmówić Ojcze Nasz albo zdrowaśkę. Przystanąć na modlitewną pauzę albo spację. Cztery godziny później, w Wadowicach było już tłumnie i masowo. Wycieczki Polaków i Włochów. Szuranie kapci w domu Jana Pawła II. Masy pod chrzcielnicą w bazylice mniejszej. Ale też i msza, którą było słychać na całym rynku, pod fontannami i piwnych ogródkach.

Byliśmy na zewnątrz, choć poniekąd w środku. Umasowiliśmy się na chwilę i zjedliśmy po kremówce. Potem okazało się, że nasz turystyczny bilet nie jest kompabitylny z pociągiem papieskim. Dziwny ten twór krąży między Wadowicami a Krakowem. W środku na ekranach jakieś chaotyczne ścinki z pontyfikatu. Głos Jana Pawła – to silny z 79, to gasnący z 02. Kimnąłem się na chwilę i obudziłem w środku objawień św. Faustyny. Było wysiadać w Krakówku i jeść żurek w dworcowym barze. Przed niespełna godziną wszedłem do domu. Jest 6:42. Za chwilę śniadanko, prysznic i do pracy.  

Jakieś osiem lat temu, przestąpiłem progi hotelu Mariott i wsiadłem do windy. Zadziwiło mnie, że winda ma tylko dwa przyciski a pięter hotelu jest chyba ze czterdzieści. Pomyślałem sobie, że czuję się jak Wuj Matt w podróży. I tak Wuj Matt przybył z głębin lat osiemdziesiątych. Przypomniałem sobie jak siadałem przed czarno-białym telewizorem Neptun, aby na programie drugim oglądać Fraglesów, He-mana i władców wszechświata. Głowę moją wypełnia śmietnik zasłyszanych i przeczytanych zdań. „Nie nabity łuk raz do roku sam strzela”, „Na potęgę posępnego czerepu”, „Na plasterki”, „Mamo, mamo! Złapałem fraglesa!”„Choć położon jest w grób cichy, dalej robi śmichy-chichy”. „Ma się rozumieć” gdzieś między tymi zdaniami musi wędrować Wuj Matt. Wuj Matt jest starym fraglesem, który wysyła siostrzeńcowi Gobo pocztówki z pozaprzestrzeni. W każdym odcinku Gobo udaje się do dziury w ścianie, której strzeże fajtłapowaty pies Sprokett. W śmietniku zawsze czeka na niego kartka od Wuja Matta z pozaprzestrzeni. Wuj, stary fragles, wąsata kukła wysokości czterdziestu centymetrów, podróżuje po świecie i zadziwiają go obce cywilizacye, czego daje wyraz w rozpisanych  na pocztówki memuarach. 

fraglesy

Przypomniawszy sobie wuja Matta, zarechotałem w głos, jadąc z piętra piątego przez dziesiąte. Co by było, gdyby ktoś z moich znajomych dostał kartkę z pozaprzestrzeni? Wyszedłszy z Mariotta udałem się do kiosku, gdzie zakupiłem pocztówkę z Pałacem Kultury. Jedynym adresem kumpla, który znałem na pamięć był adres Pułkownika Kiszczaka. Dlaczego moim kumplem jest pułkownik i do tego Kiszczak? Nieważne w tej chwili. W każdym razie od tego momentu stał się siostrzeńcem Gobo. Internet już działał i trochę znajomych w Polsce miałem. Gdziekolwiek jeździli, przysyłali mi nad morze pocztówki, które wypełniałem koślawym pismem, naklejałem znaczek i wsadzałem do kopert. Oni w Polsce te kartki wrzucali do skrzynki. Tym sposobem Wuj Matt podróżował. Z Katowic do Lublina, z Lublina do Puław, aby na drugi dzień znaleźć się w innym zakątku kraju. Imponował mobilnością. Mógł nawet jechać z prędkością 200 km/h widmowym pociągiem, który zbudujemy na EURO 2012 albo latać tanimi liniami lotniczymi. Cóż mógłby zdziałać dzisiaj mając do dyspozycji naszą-klasę? Strach pomyśleć.         

Dopiero ostatnio przyznałem się Kiszczakowi do spisku; wyszedłem z podziemia, aby zdekonspirować tajemniczą postać używającą pseudonimu Wuj Matt. Być może, odebrałem mu jedną z tajemnic jego życia. A może ocaliłem Wuja Matta od zapomnienia. Bo dowcip pokrył się kurzem, a my jesteśmy starsi o jeden krzyżyk. Wskrzeszony Wuj Matt posługuje się komórką i pod numer „kiszczak kom” wysyła mojemu przyjacielowi SMS-y. 
      

Tak. Wuj Matt jest wieczny. Wszyscy jesteśmy nieśmiertelni i mamy po dziesięć lat. W końcu jesteśmy z pozaprzestrzeni!


Punkt zero wyznaczmy sobie w sobotę o ósmej rano w Kielcach.  Migiem przez miasto, socrealistyczny deptak, plomby przedwojenne do pałacu biskupów krakowskich. Tam stuletni pomnik Kościuszki, sanktuarium Marszałka Piłsudskiego, wnętrza pałacu z freskami i imponującymi wiekowymi stropami. Schodzenie w przeszłość. Portrety sarmackich kobiałek i czerepów rubasznych. Zaraz potem sale z obrazami Malczewskiego, Wyspiańskiego, Mehoffera i innych narodowych malarzy. Ale czas było już lecieć. Żal. Trzeba było iść do „grzybka” skąd odjeżdżał autobus do zaplanowanej pipidówy. Grzybek podobny do statków obcych, które lądowały na ziemi w legendarnej UFO the enemy uknown. Sfiksowana muzyczka. .Rzeź floaterów w Kielcach. Albo sektoidy, snakemani  i inne pikselowe maszkary atakują. Sceneria blokowo-industrialna już gotowa. Czemu nie? 


Control w Kinie Moskwa
 

W pipidówie nie było  sklepu. Modelową polską drogą w stronę lasu, powstańczego lasu z 1863 r., w głąb puszczy jodłowej. Płaski grzbiet pasma jeleniowskiego. Drogi pełne błota, lustra kałuż a w nich odbicia naszych cieni. Nikogo nie spotkaliśmy. Parę saren na wskroś drogi. Gąszcze. Popas na Szczytniaku – posmak prawdziwie beskidzki. A gdy zobaczyliśmy Górę Jeleniowską stało się już całkiem górsko. Krótka acz żmudna wspinaczka i trzeba było się rozbijać, bo doganiała nas ciemność. Wokół dzikie uroczysko, głosy puchaczy w tle. Trzeba było wypić ćwiartkę, żeby się rozgrzać, wtrząchnąć szprota po rysku i kanapki z boczkiem, zrobione przez przemiłą panią ze sklepu w trzewiach UFO.


polskie drogi

Jeleniowska
           
W nocy dygot. O piątej smugi wschodu między chmurami. Wiatr na czubkach drzew. Piździało jak w Kieleckiem. Śniadanko i marsz do Starej Słupi w rytm stepowych melodii. Widoki na Pasmo Jeleniowskie. W końcu przejrzysta widoczność. Święty Krzyż zrobił mocne wrażenie. Deptaliśmy po piętach królom, którzy tędy pielgrzymowali do starego sanktuarium. Nawet szpetna wieża postawiona przez komunistów-kretynów  nie rozbijała poranno-niedzielnego sacrum.

Św Krzyż

W krużgankach zapach bigosu mieszał się z wonią kadzideł. Kościół wyglądał jak polsko-węgierski. Dziwna madziarska mowa za sprawą św. Emeryka rozgościła się w środkowej Polsce na tablicach i szarfach.  Krótka modlitwa i zejście do krypty. Tam zaskok -  pod szkłem leżało ciało kniazia Jaremy, złożone tu przed prawie czterema wiekami. Kiedy powaliła go zaraza na bezdrożach Ukrainy miał zaledwie 39 lat. Wzrostu raczej niewysokiego, choć ciało mogło się skurczyć. Żadnych ubytków w uzębieniu. Gdyby się śmiał pokazałby prawdziwie kozackie zęby. I tak znów sienkiewiczowska tropa. Wyobraźnia już na polach Zbaraża.

Kniaz Jarema

Ale trzeba było walić dalej. Za mało czasu by pieszo iść na Łysicę. Baśniowo uprzejmy aż nierzeczywisty kierowca PKS wysadził nas kilka km od Świętej Katarzyny i pokazał drogę na przystanek. Na unijnej wiacie komuś przeszkadzał rozkład jazdy. Wpadliśmy więc w dziurę czasową, z której wybawił nas starszy tubylec. Podał godzinę autobusu i poradził wypić browara. Trzasnęly puszki. I morale znów wzrosło. Za pół godziny lądowanie w Świętej Katarzynie. Na Łysicę piorunem. Popas na gołoborzach. Fotka z wysokością 612 i  powrót do Kielc. Pizzeria Arkadia – w której margerita i pyszna gulaszowa zupa. Tam nas zostawcie, przyjemnie zmęczonych, sączących browar, snujących plany nowych wypraw i górskich przewag. Nigdzie nie wracamy. To już jest koniec. Prócz tej chwili nie ma nic. 

Rozmowa z Wojciechem Borosem- trójmiejski program „Alternatywnie kultura” w okolicznościach ulicy Kurkowej.

Czy marzyłeś, żeby być Robinsonem? Dziwaczne. Marzyć o samotności? Żeby być samotną wyspą? Robinson wydaje mi się jednym z największych kłamstw literatury. Jego przypadki autorstwa Daniela Defoe zapraszają nas do nieprawdziwego czasu. Na przeczytanie Robinsona wystarczy kilka godzin. Mogą to być godziny przy jedzeniu, przy sraniu, przed snem. Wszędzie tam, wymiętolony, w szarym obowiązkowo papierze z biblioteki szkolnej Robinson walczy z żywiołami na Karaibach, hoduje kozy, prowadzi dysputy z Piętaszkiem. Przełknę bułę, właśnie minął kolejny miesiąc Robinsona na wyspie. Szaleńcze tempo! Gdybym mia ł rozegrać Robinsona w czasie rzeczywistym, w takim jakim rozgrywa się drugie śniadanie wyłbym szaleńczo: zabierzcie mnie, zabierzcie z tej przerażająco nudnej opowieści. Z Dwunastu lat Robinsona na wyspie Defoe uzbierał nie więcej niż dziesięć godzin. Dlatego to daje się czytać.  

Robinson

Robinson jest z oświeconego świata. Gdzie mu tam do średniowiecznych mnichów. Ich czas był zwróceniem ku wieczności. Wieczność była „teraz”. Więc „teraz” się spełniało miało sens. Czas Robinsona jest już tylko „od do”. Jest bezsensowny. Zadany jak niechciana kara. Ten czas Robinson może tylko zapewnić czynnościami, żeby przetrwać, dożyć „do”. A potem furda! Odpływamy! Długo i szczęśliwie żyjemy! Płodzimy! Bimbamy!
 Nigdy nie przeczytam już Robinsona. Takim masochistą nie jestem. Od iluś lat czas toczy się „od do”.Znowu jestem nie w „teraz”, ale „od do”. Miałem robić coś innego. Ale napisałem tę durną notkę.


  • RSS