nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

***

8 komentarzy

Hmm, hmm. Chyba jestem już starym pierdołą. Coraz częściej mówię „za naszych czasów”, „jak ja byłem na studiach”, „pod koniec lat dziewięćdziesiątych”. No więc będzie pierdołowata opowieść, bo ostatnio nie miałem czasu, żeby wychodzić z domu. Zatem w kwietniu 2000 r. jedziemy na harpagana. Czterech nas jedzie. Kiszczak, Phantom, Czajnik i ja. Skoro wprowadzam ksywki, to powinienem delikwentów przedstawić. Kiszczak jest z Brzeźna. Brzeźno to w jego opowieściach mityczna kraina, gdzie gra się chomikami w baseballa. Jednym słowem nie dla obcych. Jeśli twoje myślenie wyda się Kiszczakowi obce, na pewno powie: „jestem z Brzeźna”. Kiszczak nosi nazwisko jak jeden z PRL-owskich generałów a sam mianował się pułkownikiem. Swego czasu chodził w gestapowskim płaszczu. Nie sposób go nie rozpoznać, bo pokaźnej całości Kiszczaka dopełniają szczeciniasta broda i grube szkła. Imał się różnych prac i nabrał robociarskiego sznytu. Włóczy się po mieście i pewnie można go nazwać flaneurem, gdyby to miękkie francuskie słowo nie brzmiało głupio w zetknięciu z taką masą jak Kiszczak.  Obok Kiszczaka siedzi Phantom. Ksywa ta skrywa groźnego ubermenscha. Phantom jest nieduży, w sam raz jak na sprzedawcę kurczaków. W tym niedużym ciele, siedzi jednak cholerna siła i wytrzymałość, niewyczerpana zaciekłość bezwzględnego wojownika. Z Phantomem można bez obaw przesiedzieć pół nocy na dworcu w Olsztynie. Jego łysa glaca kryje umysł zimny jak lód. Przeciągając zgłoski Phantom wypowiada czasem aforyzmy typu „ból to tylko informacja”. Sam później je wciela w życie. Kiedyś ignorował taką informację i mało nie ucięto mu odmrożonych palców, gdy w grudniu wybrał się rowerem do Estonii. Jak się mówi o Phantomie to zawsze się wspomina, że obszedł dookoła Polskę. Co zrobił faktycznie w ciągu czterech miesięcy idąc wzdłuż granicy.  Trzecią postać znam najmniej. Właściwie rekonstruuję fakty. Czajnik, jak dowiedziałem się po latach, z rozmachem wydawał magazyn komiksowyi to  w czasach, gdy polskich komiksów nikt nie chciał wydawać. Sam chyba też coś rysował. Ale inną jego pasją są góry. Będzie się wspinał wyżej i wyżej. Zdobędzie Pik Lenina (7134). Zginie w lutym zeszłego roku na Matterhorn. Właściwie to Czajnik przywołał te wspomnienie. Twarz, którą widzę niewyraźnie. Postać, która znika gdzieś w chmurach. Kiedy media informowały o śmierci trzech alpinistów na Matterhornie nie wiedziałem, że właśnie zginął Czajnik. Dopiero po roku ktoś ze znajomych połączył fakty w całość i dowiedziałem się, że Sławek nie żyje. Z forów internetowych rekonstruowałem przebieg wydarzeń. I tak miała być beztroska opowieść o harpaganowych szaleństwach, a wyszło, jak wyszło. I już tak będzie zawsze.

Pamiętacie fragment Fado, gdzie Stasiuk pisze o mapie: Neue Verkerskarte von Osterreich Ungarn, Freytag und Bernt, Wien 1900? Stara mapa nieistniejącego cesarstwa, której rozłożenie jest jak święto. Tam właśnie Stasiuk pisze: Podróżować, znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie. 


Moja mapa nie jest skarbem z antykwariatu, jest mapą mojego życia. Rozpadła się na cztery części, poklejona jest wyschłą taśmą, brązowiejącą jak stary klej. To mapa samochodowa Polski w skali 1:500000. Została wydana z okazji dwudziestej trzeciej akcji autostopu. Okraszona jest hasłami oraz uwagami jakiegoś wujka dobrej rady, najlepiej o twarzy Stanisława Mikulskiego, który wcielał się w rolę Pana Tomasza w kultowym serialu o Panu Samochodziku. „Pamiętajcie: Bezpieczeństwo na drodze zależy od was samych! Zatrzymujcie samochody tylko w miejscach dozwolonych!” , „ZNACZKI ODBLASKOWE – polepszą Twoją widoczność na drodze! ZE ZNACZKIEM jesteś widoczny z odległości 125 m, a bez znaczka tylko z 20 m” ,„PRACĘ – WYPOCZYNEK – ROZRYWKĘ ZNAJDZIESZ W WAKACYJNYM OCHOTNICZYM HUFCU PRACY FEDERACJI ZSMP”. Mapa zachęca kierowcę i autostopowicza do wzięcia udziału w zorganizowanym dla nich zlocie-sejmiku w Żninie (2-3 sierpień 1980 rok). Kiedyś chyba pojadę do Żnina.

 

Ale mapa jest wyjątkowa z innego powodu. Nie jest przecież ani dokładna ani aktualna. Kiedyś ojciec i stryj podróżowali autostopem po Polsce. Także kiedy byłem mały przychodziły do domu pocztówki z różnych stron kraju. Przynosiły wieści o istnieniu Giewontu, Krynicy Zdroju, Mrągowa. To z tamtych czasów wywodzą się te wymięte arkusze. Otrzymałem mapę, aby zaznaczać kółkami miejsca, gdzie byłem. Minęły dwadzieścia trzy lata, a ja nadal je nanoszę długopisem. Po powrocie z każdej podróży kółko, może dwa, a nawet trzy, po dłuższych wyrypach kilkanaście. Tym sposobem tworzę fizjonomię swoich wycieczek po Polsce. Najbardziej zryte kółkami jest oczywiście Pomorze.  Brzeg morza od Rowów po Krynicę Morską.  Kaszuby, Bory Tucholskie. Cienka linia szlaku kopernikowskiego na Warmii. Dużo kółek w Sudetach – Karkonosze, Rudawy Janowickie, Ślęża, pasma wokół Kotliny Kłodzkiej.  W Karpatach – Beskid Śląski, Żywiecki, ostatnio też Mały. Tatry, Bieszczady, Gorce, Pieniny, Beskid Sądecki. Dużo jeszcze szczytów do zdobycia…. Zakreślone większe miasta w Polsce, które odwiedzałem z okazji wieczorów literackich i naukowych konferencji. Suwalszczyzna, Wolin, Jura, Góry Świętokrzyskie, Kampinos. Romańskie zabytki Wielkopolski. Nocne rajdy z Phantomem.  Niedawna „Operacja Schengen” albo  wycieczka z Tomkiem R. po Górnym Śląsku. Wszystko jest tu zapisane. Ale tyle jeszcze pustych miejsc. Piszę to dzisiaj i za jakiś czas tekst będzie kompletnie nieaktualny. Znowu gdzieś pojadę, dorysuję kilka kółek.

 

Czy w ogóle istnieje lepsza metafora podróży niż stara zniszczona mapa? – pyta Stasiuk. Chyba nie. Bo czy coś pozwala w tak łatwy sposób przeszłość odtworzyć, jak ta moja zabazgrana mapa, kryjąca w sobie mój osobisty kod, skompresowana do czterech niewielkich arkuszy?


  • RSS