nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Topos nr 100

W setnym „Toposie” zestaw 7 moich wierszy. W dziale recenzji omawiam zaś Pseudo Jarosława Jakubowskiego.

Dlaczego w polskiej drużynie najlepszą formacją jest bramkarz? Bramkarz wpisuje się w logikę naszej narodowej historii. Kto przerzucił tego bohatera w tak niebezpieczne miejsce, jakim jest polskie pole karne? Od samego początku sytuacja jest beznadziejna. Piłki latają wokół jak kule. Wrogowie przekraczają nasze granice jak chcą. Niemcy, Austriacy, pułki Przemienienia Pańskiego, któż zliczy kolory ich sztandarów? Przez dziewięćdziesiąt minut trzeba być gotowym na walkę z wrogiem. Jeden na jednego, oko w oko, ząb za ząb.  Polski bramkarz potrafi zatrzymać niejedną nawałę. Za nim już tylko światło bramki. Za nim nicość, rozpacz i gorycz. Z nim armia cieni, przeciw kompleksy kolegów, piekiełko działaczy, frustracja kibiców. Z polskiej drużyny, kto się ostanie, gdy sukcesów brak, gdy po najlepszych eliminacjach stać nas już tylko na to, żeby wracać do domu? Boruc. Tam gdzie rozgrywa się boiskowa tragedia, on jest głównym aktorem. Grywał w największych tragediach ostanich euro i mundiali. W koszulce z papieżem rzucał wyzwanie wrogom z Glasgow. I w ogóle przed całą Europą bronił się na pohybel potwarzom, szmatławcom, Bildom i bilbordom w polskimi złodziejami. Zwyciężał w wielu bitwach i potyczkach, by kapitulować w ostatnich minutach, kiedy już świtał remis albo zwycięstwo. Kiedy już odetchnąć mieliśmy z ulgą. I przechować nadzieje do następnej chaotycznej batalii, zamieszania w szykach obronnych. A tutaj znów, honor i pietruszka, reduta Ordona i z oblężonych bramek raporty. Zbyt fajtłapowatym by strzelać gole, więc los przydzielił mi smutną rolę kronikarza.
6 minuta . – strzał Andreasa Ivanschitza spoza pola karnego bramkę mija
10 minuta – uderzenie Ivanschitza z wolnego Boruc powstrzymuje
11. minuta Martin Harnik oko w oko z Borucem, strzela lecz pudłuje
14. minuta – Harnik z kilku metrów, lecz Boruc światło bramki własnym ciałem jak Rejtan zasłania
16. minuta = No pasaran! Boruc odpiera atak Christopha Leitgeba
90+2 – minuta Polska zdradzona przez kaloszy z Albionu.  Boruc rozstrzelany. Egzekutorem Vastic.

Halo, halo – tu polskie radio. podajemy ostatni komunikat. Odziały austriackie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienie przesyłamy kibicom na Helu i gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła. Niech żyje Polska!

             Dzisiaj dwie małe podróże. Właściwie podróż zaczyna się tam, gdzie rozpoczyna się ruch wyobraźni. Wszystkie kąty świata są niepowtarzalne, wszystko dzieje się tylko raz i olśnienia nie dają się powtórzyć. Liczą się nie tylko krajobrazy, zapachy i smaki, ale i nasi towarzysze oraz  ludzie spotkani po drodze. To oni wypełniają „opisy przyrody” treścią, wnoszą w nie fabułę, mięsistość dialogów.

 

Wypluci z tłumu wraz z Dawido, znaleźliśmy się na uśpionej o tej porze Alei Wojska Polskiego. Ile razy ta ulica oglądała nasze studenckie powroty? O pierwszej cisza ogarnia kurczące się działki. Jarzą się pojedyncze okna bloków. Ze swych kryjówek wychodzą jeże i przebiegają przez chodniki skąpane w świetle latarni. Samochody są ciche jakby otaczała nas próżnia. Za Topolówką – Gaj Gutenberga, stary bukowy las oświecony przez pełnię księżyca. W niesamowitej grze cieni było dziewiętnastowiecznie i gotycko. Napawaliśmy się tym lasem księżycowym i mieliśmy tej nocy swój sturm und drang. Za lasem leży stary poligon, po którym już nie ma śladu prócz resztek pochyłych betonowych ogrodzeń. Dwadzieścia lat temu  zbliżanie się do drutów kolczastych otaczających to miejsce było dla mnie wędrówką pod granicę mistyczną. Parę lat temu płot zniknął i mogłem w końcu zwiedzić czarną plamę na mapie swojego dziecinnego świata. Schodziliśmy w dolinę kwitnących żarnowców; rzekłbyś Beskid – kilometr od Wrzeszcza, resztki krainy Weisera, którą chroniły długo zasieki polskiej armii. Po betonowych schodach dostaliśmy się w miejsce nieczynnej wartowni. U stóp leżała cała okolica. Czegoż chcieć więcej?

 

Albo ta jazda przez Kaszuby. Zupełnie inaczej wyglądają zza czystych wielkich szyb. Pejzaże nie pokrywają się zaciekami i kurzem. Było tak barwnie w tej ekstazie maja, że przecierałem oczy ze zdumienia. A przecież byłem tu już tyle razy… Gdzieś w środku Borów Tucholskich byliśmy podejmowani z Bartem przez Bosmana. Bosman w głuszy wybudował niewielki domek, który wypełniony jest myśliwskimi trofeami. Na półce stoją grube tomiska o drugiej wojnie światowej. Obok kolekcja winylowych płyt. Drobiazgi czynią te wnętrze swojskim, twardo osadzają w upływającym czasie. Bosman jest mocnym facetem, przy którym mimo woli prostują się plecy. Gdyby wydał ci jakiś polecenie wykonałbyś je natychmiast. Jest stworzony do dowodzenia. Gdyby najechał nas jakiś okupant, Bosman niechybnie stanąłby na czele partyzanckiego kommando. Między oglądaniem historycznych pamiątek a jazdą na starym motocyklu Bosman snuje opowieści o zdobywaniu gór. Sięga po wszystkie groźne alpejskie nazwy, jeżące się do wysokości czterech tysięcy metrów. Sypia pod namiotem przy temperaturze minus 20. Ale zaraz potem uświadamia nam, że przygoda leży tuż za progiem jego przypominające górskie schronisko chatki. Gdy mówi o trasie przez Bory, która omija wsie i szosy, sosnowy las zamienia się w Amazonię. Bosman zaś przeistacza się w bohatera „Tomków”. Z nim śmiało można się przenieść do krainy kangurów, na tropy Yeti albo na „tajemniczą wyprawę”. Bo Bosman  robi to wszystko, o czym nieśmiało marzymy czytając Eldredge’a. Nie musi znać Dzikiego serca, bo zawsze słuchał jego głosu. Często zwyciężał, choć nie był niezwyciężony. Jednak bez względu na wszystko walczył. Bo bez walki nie ma zwycięstwa.


  • RSS