nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

śmierć Herberta 

geometria gór nadal niezmienna.
skończyła się burza, światło pisze wieczór,
a lato trwa, choć szron drąży oko pod powieką. 

Książę Poetów, gdzie jest twoja armia, czy
już padło Termopile? przyszedłem bez
 
słowa, ale też chcę się bić i maszerować  

świetlistą ścieżką, mogę być na przykład
ołowianym żołnierzykiem bez jednej nogi,
tropicielem szczurów w pobliskich kanałach.

(2002) 

Arkady Fiedler napisał kiedyś książkę „Spotkałem szczęśliwych Indian”. Tytuł tej notki powinien brzmieć „Spotkałem ludzi serdecznych”. Wsiadłem, pojechałem, przejechałem osobówką 256 km, wysiadłem w Łobzie. Przywitał mnie zdezelowany peron i Erich, uśmiechający się spod daszka zielonej czapki. Dwa rozkoszne leniwe dni spędziłem na Pojezierzu Drawskim wcinając karkówkę i kiełbasy z grilla, pijąc krupnik, piwo, snując się po uliczkach Drawska, po jego parkach, zaglądając do tutejszego pubu o zmienno-płynnej nazwie, ale twardo osadzonego w miejscu wiadomym. Moi przewodnicy, wprowadzali mnie w miejscowy mikrokosmos. Słuchałem więc opowieści o gryfie, którego usunięciu znad drzwi urzędu zapobiegł miejscowy nauczyciel; o problemach z gitarzystą miejscowego sytuacyjnego zespołu rockowego, o możliwościach otwarcia galerii. Oglądałem kamień papieski, gdzie Karol Wojtyła wysiadł z kajaka w roku pańskim 1955 i nikt nie wiedział jeszcze, że nie będzie potrzebował czołgów by runęło Imperium. Były zresztą i czołgi. Dwa T 34 czuwały niewzruszone nad bezpieczeństwem miasteczka,  masywna wieża gotyckiego kościoła górowała nad niewysoką zabudową. Co więcej?  W ramach programu Orlik wyrastało nowe boisko; scena w parku czekała na Bayer Full albo inne gwiazdy. Kiedy nad miasteczko schodziła ciemna noc myślałem o pojedynczych zapalonych oknach, uchylonych lufcikach przez które wślizgiwało się czyste stygnące powietrze. Przemierzaliśmy  polne- stepowe drogi w księżycowym świetle.

 

A czas płynął powoli, powoli… W południe pojechaliśmy na poligon, jeden z największych w Europie.  Towarzyszył nam szum drzew i ciche pluski  jeziora pod zapomnianym pomostem osranym przez mewy. W kantynie odbywał się kilkanaście lat temu obiad drawski, spadały głowy ministrów. Teraz w okolicy gości NATO, w którym już od dawna jesteśmy.  Pociąg nadal jeździ do Szczecinka, bo z trasy tej korzysta U.S Army udająca się na manewry. W środku lasu stoi olbrzymi amfiteatr, chyba z dwoma tysiącami zarośniętych perzem i innym trawskiem miejsc. Gigantyczna scena mogłaby pomieścić Chór Aleksandrowa. Ale trwa tu tylko rozpalony przez słońce beton. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych w to odludzie tłum dotarł na Republikę, na Chłopców z Placu Broni. Jeszcze Jan Pietrzak opowiadał zmurszałe prl-owskie kawały a później zapadła tu cisza, przejmująca do szpiku martwota i zapomnienie.

Pierwsze wspomnienie Gdyni – ul. 10 Lutego i trolejbusy. Małe dzieci zwracają uwagę na rzeczy mało istotne – na kolory tramwajów, autobusów, szerokość szyn. Po tym poznają, że są w innym mieście. Inne miasto, to inny kod. Wyczuwałem w Gdyni inny kod. Trolejbusy, trolejbusy! Jak to by było jechać trolejbusem? Gdynia miała poza tym w sobie coś egzotycznego. Nie wiem czemu kojarzyła mi się z miastami, które oglądałem w komiksach o Koziołku Matołku. Może dlatego, że można było tu spotkać prawdziwego Murzyna? (-Mamo Murzyn! -Nie pokazuj palcem!). Gdynia była portem, z którego mój dziadek wypływał w rejs i tu z rejsu powracał. Miasto otwarte było na zatokę – po Skwerze Kościuszki hulała morska bryza. Akwarium Morskie – z żółwiami i rekinami, smukła sylwetka Daru Pomorza – to wszystko składało się na aurę Gdyni. Moc dziecinnych oszołomień. Tutaj nawet Peweksy i sklepy Baltony, z nieodłącznym marynarzem w szyldzie wydawały się jakby trochę lepsze, jakby padało tutaj więcej słońca a może łatwiej było poddawać się marzeniom na tutejszych przewiewnych ulicach? I tylko morze, w tych przyblakłych latach osiemdziesiątych było syfiaste i odrażające a plaże opustoszałe. Ekologiczna klęska unosiła się nad moim dzieciństwem. Bałtyk był kresem, śmiercią, wyrzucającą na brzeg czarne zwłoki glonów. Bałem się wyprysków, zdechłych meduz. Muszle zbierane na plaży miały woń piaskowej zgnilizny. Mieszkałem nad morzem, ale morza jakby nie było. Było nieprzekraczalną barierą – zupełnie jakbym żył w świecie dysku i ten brzeg mojego świata był ostateczną krawędzią, za którą zaczynała się otchłań.

 

Dzisiaj w samym centrum Gdyni jest znów czynne kąpielisko. Wieczorem, biegnę półtora kilometra przez centrum miasta na plażę spowity w ręcznik. I jest jak w opowieściach drugiego dziadka, który kąpał się w tutejszym basenie portowym, w latach trzydziestych, z których w Muzeum Miasta Gdyni ogląda się zabawne plażowe kroniki. Kilka szybkich oddechów w biegu do wody, euforia bryzgów i morze nie stawia oporu, pozwala płynąć swobodnie w kierunku panoramy miasta. Zachód słońca zamienia wieczór w landszaft.  Bo krótkie chwile szczęścia to właśnie landszaft, piękno banalne w swojej prostocie. Tak banalne, że trudno w nie uwierzyć. 

Znowu jest czas, żeby czytać coś dla przyjemności. Pierwsze więc, co przeczytałem – to po raz enty Moskwę-Pietuszki. Tym razem jednak czytałem poemat Wieniczki w trójmiejskiej elektryczce. Odpowiedni klimat: noc gdzieś między Gdynią Główną a Grabówkiem. Stukot kół pociągu. Trzaskające drzwi. Kiedyś zaśmiewałem się przy tej książce, wyławiając z niej alkoholowe wykresy ciula zmaltretowanego Aleksandra Blindajewa, członka KPZR od 1936 albo przepis na Balsam Kanański, Ducha Genewy, czy niezapomnianą Łzę Komsomołki. To głównie zapamiętałem jako studenciak. Teraz uderzyła mnie przerażająca smuta wydzierająca z poematu. Skonstatowałem także, że jestem tylko dwa lata młodszy od  Wieniczki. (Napisał Moskwę-Pietuszki mając 31 lat). Poczułem, że swędzi mnie twarz. Gięła się, starzała, nabierała innego wyrazu. Obudziłem się znowu na ostatniej stronie Moskwy-Pietuszek jako ktoś inny. Bez możliwości powrotu.  

 


  • RSS