nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008

Jak robi Bałtyk – Blubb, pifff, pschpsch…
Po polsku, po niemiecku – Plupp, piff pszcz

pisał Grass, którego dwa s na końcu nazwiska
zmieniły się niedawno w dwie esesmańskie błyskawice.  W tym roku coraz głębiej  wchodziłem w to plupp, piff, pszcz. Blubb,
pifff, pschpsch…
wypełniło moje myśli. Kazało pływać. Łapać
letnie słońce, obrastać w  opaleniznę,
przenikać wiatrem, wodą. . Zczerstwieć. Odkąd zobaczyłem torpedownię myślałem
jak fantastycznie byłoby tam popłynąć. Jednym wystarcza sama myśl, inni starają
się myśl spełnić. Ostatnimi czasu ci drudzy biorą we mnie górę. Ostatecznie
człowiek składa się z tego, co robi lub zrobił, 
w mniejszym stopniu z tego, co myśli lub marzy. Lepiej wypełniać się
konkretem niż mgłą.

Torpedownię zbudowało Luftwaffe. Obcy
nazistowski beton. Groza. Wilcze stada u-botów. Joachim Mahlke nurkował do wraku
polskiego minowca. Ja ruszyłem wpław do sterczącej trzysta metrów od brzegu w
stronę torpedowni-widma, Oczywiście lepiej było popłynąć z kimś. Echa śmiechów
i rozmów w czterech ścianach morza na pewno zapadłyby w pamięć. Ale rzecz w
tym, żeby czasem podejmować wyzwania samotnie. Zawsze w filmach są sceny, kiedy
poszczególni bohaterowie zostają sami. Ktoś zapuszcza się w ciemny zakamarek Nostromo,
najlepiej w poszukiwaniu kota i natrafia na obcą ósmą formę życia albo jeden z żołnierzy Schwarzenneggera odłącza
się w dżungli od grupy i staje się plamą ciepła widoczną jak ognisko na tle
zimnych błękitów … Potem krzyk ofiary, ślady krwi, kilka dynamicznych kadrów
przerażenia…I zastanawiamy się kto będzie następny? 

Torpedownia przestała być mgłą, stała się
oślizgłą, zamuloną ścianą. Chlap, człap, chlap, człap – tak robiły moje trampki
w ścianach budynku. Meduzy były tu jedynym towarzystwem. Coś oddychało w
ukryciu. Ktoś tu był przed mną i zostawił przemokłą paczkę papierosów. Ktoś
inny obserwował mnie z motorówki jak znikam w szarym cielsku morskiego potwora.
A potem powrót. Powrót? Zwiagincew? Czy zostawiłem siebie za sobą? Przekroczyłem
jakąś granicę? Zmierzyłem się z lękiem, dotknąłem (dosłownie) tajemnicy? 

Usłyszał imć Nowaczewski o Marszu Śledzia. A jak usłyszał to od razu pomyślał o zamianie myśli w czyn. Trasę Marszu Śledzia widać z satelity. Na czarnej plamie Bałtyku między Helską Mierzeją a Kępą Pucką i cyplem Rewy świeci smuga płycizny. To łachy, mielizny rozcinające Zatokę Pucką na pół. Ich początek znajdziecie w Kuźnicy a koniec na kilometr przed Rewskim Cyplem. Onegdaj Radosław Tyślewicz, pierwszy śledź – pokonał tę trasę pieszo i wpław. Na środku mielizny tworzą coś na kształt niewielkiej wyspy. Tam Tyślewicz rozbiwszy biwak, koczował i do Gdyni ostrów przyłączył. Później wyspę odbiła Jastarnia. Ale szlaki zostały przetarte – na mieliznę zaczęli docierać piechurzy morscy, zwani śledziami. Takim śledziem zapragnął zostać imć Nowaczewski -  i trasę z Kużnicy do Rewy pokonać – w wodzie po pas, po kostki, po kolana, po szyję i bez gruntu – idąc albo płynąc. Rzeczy tej z grubsza dokonał, lecz na gorąco nie spisał. Jak pisać na gorąco, gdy człowiek staje się zimny?


Do drugiego brzegu 10 km

Teraz siedzi w domu na Morskiej popijając herbatę czytając co się właściwie działo podczas marszu kartkując gazety i obszerne hasło na wikipedii, które zwie się hipotermia. Tak, tak – teraz dopiero dociera do niego czego doświadczył. Minimum startowe imć Nowaczewski spełnił. Pływać umiał. Wymagana była kamizelka ratunkowa (którą zakupił), czepek w kolorze jaskrawym (w który się zaopatrzył), trampki na nogach (włożył), siła i humor (ćwiczył). Zainspirowany krzepiącą serią o Rockym Balboa, gdzie sukces jest wynikiem ciężkiej pracy – nasz bohater pracował nad kondycją, wytrzymałością. Codzień w pogodę i niepogodę pokonywał wielokrotnie dystans między bojami na gdyńskiej plaży. Po miesiącu był gotów do startu. A że imć Barta namówił także do tej śmiałej wyprawy  nie było odwrotu. Trza było do wody wejść, choć odległy o 10 km brzeg ledwo się majaczył na horyzoncie. W chwili gdy wielki śledź Tyślewicz ogłaszał cel dla 99 śmiałków, 99 lemingów lezących w wodę – idących w kupie, to wężykiem, wężykiem – lał deszcz.


Nawet w kutrze zimno
]

Potem przestało, ale złudną to było pociechą. Woda – temperatura 20 stopni. Niby ciepła, ale nie wtedy kiedy brodzi się w niej pięć godzin przy silnym wietrze. W głębi zatoki zimniejsza. Kawałek naturalnej głębi z dużą falą był już przedsmakiem tego, co miało nastąpić. Skupmy się na lemingu Nowaczewskim pokonującym ten odcinek. Najpewniej czuje się pływając żabką, przeto kraulowcy i nurkowie w płetwach zostawili go w tyle. Lecz gdy znów na grunt trafił – twarde długie giry zaprawione w marszach przez zaspy Beskidu wysuwają go na czoło. Imć Nowaczewski stawiając wielkie kroki jak bocian, prący do przodu, nie widzi, że peleton zaczyna się kruszyć. Donoszą gazety o maruderach, którzych WOPR-owcy okryć musieli swoimi kurtkami.  Tam już drżenie, tam zwątpienie. Pierwsze rezygnacje. Nasz bohater nie zna zwątpienia, teraz ma uśmiechniętą gębę ułana z sierpnia 1939 roku. Można nawet rzec, że jest jak tarnina. Tak, tarnina. Ta z wiersza Herberta:

 

Wbrew najgorszym przewidywaniom wróżbitów pogody

-         szeroki klin polarnego powietrza wbity nasadą w powietrze

wbrew instynktowi życia świętej strategii przetrwania

inne rośliny z namysłem zbierają siły do skoku

i na czarnych liniach frontu gromadzą pąki przed atakiem (…)

 

Tak, tak. Jest jak „piękni młodzi ochotnicy którzy giną w pierwszym dniu wojny w nowiutkich mundurach”. Jak skaut ze szkołnej wycieczki „zabrany przez lawinę”. Wbrew najgorszym przewidywaniom matki rodzonej, chrzestnej oraz świętej babci – mimo wszystko wlazł do tej wody i zawrócić nie zamierza. Dziwne pomysły mają ludzie…


Mielizny

Wyspa

Nie wiadomo czy to się dzieje naprawdę. Scena: sześć kutrów zacumowanych przy mieliźnie. Z lewej woda, z prawej woda, z przodu woda, z tyłu woda. U stóp woda – i teraz korowód lemingów w piankach i kapokach wygląda jak naród Izraela prowadzony przez Mojżesza w środek Morza Czerwonego. W tej przestrzeni imć Nowaczewski biegnie i wygląda teraz jak Szymon Piotr uskrzydlony wiarą na jeziorze Genazaret, Migawka aparatu Barta jest szybka i chwyta go w tym nierealnym kadrze.  Na wyspie odbywa się pasowanie. Łyk rumu i walnięcie płetwą w tyłek od prezydenta Gdyni, Wojciecha Szczurka zalicza każdy z uczestników. Imć Nowaczewski zbiera cios na dupę, ale rum już wypito. Szczęśliwy t-shirt, w którym przeszedł kiedyś harpagana jest mokrą szmatą. Wiatr dmucha. Włoski na rękach stają gęsięgo. Usta w lekko sinawej obwódce, ale oczy jarzą się jeszcze optymizmem, niezłomną wolą zwycięstwa. Choć pojawia się myśl, nieśmiała, bo zagłuszana, ale natarczywie wracająca – większość ekipy ma pianki, tylko kilku golców w samych slipach i kapokach. Wśród nich romantyk imć wiecie jaki.

Pasowanie na śledzia


Śledź bez pianki
 

Nagi tors jest dobry do fotografii, ale nie do Marszu Śledzia. Już kondukt lemingów na powrót w wodę się zanurza. Po jakimś czasie staje na skraju głębiny. Kutry podpływają i rzucają długie liny. Część piankowców wsiada na łajby i opala swoje brzuchy. Większość jednak jeszcze w wodzie, czepia się lin i wlecze się w wodzie za kutrem. Wlecze się – to nie oddaje dynamizmu akwenu.

 

„Echo Miasta” (tytuł artykułu:  Sztormowe śledzie) donosi: Zaczyna jeszcze ostrzej wiać. Sześć stopni w skali Beauforta. W porywach więcej  Fala zalewa twarze. Trzymanie się lin zgrabiałymi z zimna rękoma jest coraz trudniejsze. Woda zalewa też holownicze łódki. Wleźcie na tę łódkę wyjrzyjcie za rufę, na linie dziesięciu ludzi, trzeci od końca – pomarańczowy kapok – to nasza zmarznięta tarnina. Oczywiście nie orientuje się w sytuacji, bezładnie stłamszona przez żywioł. Nie ma mowy o surfowaniu na powierzchni – kapok choć dobry (z kołnierzem!) nie będzie łagodnie unosił się na grzbietach fal. Fale są krótkie, wysokie na ponad metra i wściekłe. Piana raz po raz wali w ryja. Woda wlata przez nos i ustami wylata. Krztuszę się, trzymam się liny, bo jak odpadnę – to już nie dogonię kutra o stareńkim  imieniu Jadzia. Ci co wychlali rum i mają ciepłe pianki – rechoczą się głośno. Ci co rumu nie wytrąbili i bez osłony w wodzie już piątą godzinę – powoli acz stale obniżają temperaturę ciała. Rzecz przebiega niezauważalnie. Czas na wykład o hipotermii.

 

Hipotermii objawy przebiegają w czterech stadiach – łagodnym, umiarkowanym ostrym i krytycznym, w którym następuje śmierć mózgu. W łagodnym wcale nie jest łagodnie – dygot na całym ciele, nie dający się opanować, jakby niekontrolowany prąd poruszał dłońmi nogami, gęsia skóra nie stanowi przed zimnem ochrony. Pojawiają się zawroty głowy. W drugim stadium umiarkowanym – nasilają się objawy z pierwszego, dochodzi apatia, oczy zaczynają się kleić. Rzecz jasna imć wiadomy nie zauważył nawet, kiedy osiągnął temperaturę ok. 30 stopni zamiast przepisowych 36.6. Po godzinie dryfu na linie, zesztywniał co prawda, ale ulgę poczuł, że juz grunt pod nogami. I leźć począł. Nie zauważył, że film zwalnia. Stwierdził za to Woprowiec w cywilu. Nie dał się zwieść ofierze, mówimy o ofierze wychłodzenia zmierzającej wprost do zejścia, w temperatury nieznane słupkom rtęci w pokojowych termometrach. Imć Nowaczewski się nie poddał, ale poddali go Woprowiec i Bart, siny również z wycieńczenia, ale jarzący jeszcze. Ostatnie pół kilometra do brzegu dzielny leming pokonał na pontonie. Tam dopiero zauważył, że ciało stało się rybie, członki rzucały się na wszystkie strony, jakby był rybą wyciągniętą z wody! Stawał się śledziem. Zejść o własnych siłach na ląd nie pozwolono. Zresztą siły same jakoś odeszły. Kazano się położyć na nosze. Wedle instrukcji, zgodnie z procedurą świeżo pasowaną tuszę śledziową słoneczny patrol poniósł do domku ratownika. Tam ją w suche ciuchy przebrano, w śpiwory, ceraty owinięto. Herbatą pojono. Po godzinie jeszcze trzęsły się jej ręce. Powoli krew wracała do twarzy.

 

Tak to imć Nowaczewski śledziem został, dyplom i medal otrzymał. Najpierw

obiecał sobie nigdy więcej! Ale gdy tak sobie siedzi herbatę pije, niedawne przewagi wspomina, to już taki pewny nie jest i o zakupie pianki myśli. A jak już myśli to…

 

 

Moje dwa artykuły ukazały się w ostatnich numerach „Gościa Niedzielnego”.

Męczennicy powstania
O kapelanach powstania warszawskiego, których Jan Paweł II wyniósł na ołtarze piszę w numerze z 10 sierpnia;

Wysoka kultura grania
O ludologii – dziedzinie nauki, która zajmuje się grami (w tym komputerowymi) piszę w numerze z 17 sierpnia.

Mapa Saszki

28 komentarzy

Kiedy chodziłem do szkoły sowieckiej na lekcjach historii wrzaskliwa nauczycielka, masywna jak socrealistyczna granitowa dziewoja mówiła naszej klasie: nie można jednoznacznie oceniać Stalina. Stalin zrobił wiele dobrego… Znad tablicy zaś patrzył na nas inny zbrodniarz – Lenin.


Kiedy chodziłem do szkoły sowieckiej, siedzący ławkę przede mną Saszka rysował w zeszycie mapę „sowietskoj ekspansji”. Czołgi sowieckie rozjeżdżały Polszu, Bałgariju, Cziechosłowakiju i drugije strany. Daty nabazgrane w zeszycie Saszki znaczyły rok podboju. Saszka nie wiedział, że jego imperium właśnie pęka. Nie wiedział, że Polsza, Bałgarija, Czechosłowakija i tak były dotąd zależne od CCCP. 

-Co my tu mamy?

Nauczycielka wzięła zeszyt Saszki w dwa palce i przeczytała z mieszaniną kpiny i pobłażania:  „Płany sowietskoj ekspansji”. Kpina oznaczała oczywiście – Aleksandr – powinieneś się jak mówił Władimir Ilicz – się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, a rysujesz „durackuju kartu”.


I ja kpiłem po cichu lecz z innego powodu z „sowietskoj ekspansji”. W czasie kiedy Sasza rysował „swaju kartu” niepodległość ogłosiła Litwa. A później już poszło… Przyspieszona lekcja geografii – wyrosły Łotwa, Estonia, powstała Ukraina, Białoruś, Gruzja, Azerbejdżan, Kazachstan a nawet Kirgizja i wiele, wiele innych krajów.
Związek Radziecki powoli się rozpadał, tylko Lenin patrzył na nas znad tablicy. Tutaj czas się zatrzymał. Pi-onierskaja Prawda wisiała w gazetce szkolnej. Do diewoczek chłopcy dostawali kartki z okazji dnia „Sowietskoj Armii”… Dzisiaj, kiedy piszę te słowa – sowiecki  Mordor znowu się obudził. Cień się wydłuża i sięga rozczapierzonymi zagonami w głąb Gruzji. Budzą się marzenia rosyjskich chłopców o „Imperii”. Kto nie zetknął się Rosją, Rosją Sowiecką, zagrzebaną w putinowskiej kgbowskiej mentalności nie zrozumie. Nie zrozumie, że obłaskawianie Mordoru nic nie da. Że Mordor się nie zdemokratyzuje w dziesięć lat. Ani może przez cały XXI wiek… Że kiedy nabierze tylko dość sił wyśle czołgi.

Od jakiegoś czasu nie jem słodyczy. Broń Boże, czekolady. Słodycz ma smak hipermarketu, zawijania w te sreberka. Nie tak, naprawdę nie tak smakuje życie.  Kupuję więc szprota wędzonego na gorąco (sprattus sprattus) wyprodukowano przez firmę Netmer w Polczynie, 84-100 Puck. Szprot jest konkretny, bałtycki, złowiony przez kuter na pobliskich łowiskach. Zjadam szprota wraz z głową i ogonem. Wędzone ości przyjemnie chrupią. Nadaje się jako zagrycha do wódki. Sprawdziłem.


a to szprot!



PS. W Dojczland wędzony szprot jest znany jako „Kieler Sprotten.” Argh! A przecież jest tylko delikatną tłuściutką rybką.  

PS kolejny

Goście zgoła nieufnie przyjęli obecność szprotów na talerzu. Lecz nagabywaniami gospodarza zachęceni skubać je poczęli, naprzód ostrożnie, potem z coraz większym apetytytem. Nim pierwsza flaszka ze stołu zniknęła, nie było już szprotów i donieść ich trzeba było ku uciesze wszystkich biesiadników. Szedł przeto nabożnie imć Nowaczewski z talerzem sławetnego bałtyckiego szprota. A i ten drugi talerz szybko opróżniony został.


  • RSS