nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

Przygoda, z nieodzownym ryzykiem i dziką przestrzenią, stanowi tęsknotę głęboko wpisaną w duszę mężczyzny. Męskie serce potrzebuje miejsca, w którym nic nie jest prefabrykowane, wzorcowe, odtłuszczone, zapięte na zamek błyskawiczny, koncesjonowane, podłączone, podgrzane na mikrofali. Gdzie nie ma terminów, telefonów komórkowych ani spotkań zarządu. Gdzie jest miejsce dla duszy.(…) To lęk trzyma mężczyznę w domu, gdzie wszystko jest schludne, uporządkowane i pod kontrolą. (…) Dla Chrystusa próba pustyni jest w swej istocie sprawdzianem Jego tożsamości. (…) Jeśli mężczyzna ma kiedykolwiek poznać, kim jest i do czego jest przeznaczony, musi wyruszyć w podobną wędrówkę. Musi na nowo odnaleźć swoje serce.


John Eldredge, Dzikie serce, s. 17-18. 

A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni. 

Kult. Czarne słońca

  

No więc wyłonił się nowy cel. Zdobyć koronę polskich gór – wszystkie 28 najwyższych wierzchołków polskich pasm górskich. Zdobyć w skwarze i jesiennej szarudze; zdobyć w śniegu i deszczu, zdobyć w sierpniu, listopadzie albo grudniu. Zdobyć najwyższe szczyty tatrzańskie i te zalesione górki w Sudetach i Beskidach. Groźną zimową Babią Górę, ale także jesienną Wielką Sowę. Nie można przecież całego życia spędzić na przygodach intelektualnych. Schować się w literaturę jak w skorupę żółwia. Potrzebne są prawdziwe przygody, prawdziwe fabuły, na własnej skórze, prawdziwy wiatr na własnej twarzy, prawdziwy zachwyt.

 

No więc wyłonił się nowy cel.

 

Mój ostatni wyjazd był częścią nowego celu. Cel doraźny był – zdobyć cztery wierzchołki czterech pasm w Sudetach w długi weekend listopadowy. W sobotę rano wysiadłem w Wałbrzychu i wspinałem się ulicami poszarzałego kurortu Szczawna Zdrój. Na pierwszy wierzchołek – Chełmiec w Górach Wałbrzyskich potrzebowałem dwóch godzin. Podejście strome, nie do zlekceważenia; choć oczywiście to tylko 851 metrów. Swoją drogą to ciekawe – ile metrów ma Chełmiec, który raz jest najwyższy by ustąpić innym razem pierwszeństwa Borowej. Na mapie miał tych metrów 869, w przewodniku był osiemnaście metrów niższy. W XXI wieku nie można zmierzyć góry na rogatkach Wałbrzycha… Dzień był ponury. Jak zawsze w takich momentach przypominały mi się mroczne obrazy Caspara Davida Friedricha… Z góry zszedłem do miasteczka Boguszów-Gorce, na malowniczo rozsnute wśród wzgórz zakurzone ulice. Deszcz wisiał w powietrzu, mgła oblepiała pejzaż. Następnym etapem trasy była Wielka Lesista. Okazała się wielką mglistą i błotnistą. Ziemia rozjeżdżona przez ciągniki, spiętrzone błoto, rozjeżdżające się pod podeszwami jak smolista maź.


Na Wielkiej Lesistej zaczęło się robić ciemno. To właśnie o zmroku, we mgle, las pokazuje swoją wredną mordę. To wtedy jakiś cień, jakiś krzak, gałąź może wydać się sylwetką, jakimś przemykającym między drzewami pokurczem. Ze zmęczenia, złudzeń wzrokowych wyłaniały się kiedyś stwory opisywane w baśniach. W las o zmroku wnosi się lęk, który składa sygnały w jakąś kryminalną opowieść, las o zmroku ma ślepia, które śledzą każdy nasz krok; jest pełen skradających się nóg, pod którymi zdradziecko trzaskają gałązki. Odrzucałem oczywiście te przywidzenia, schodziłem do Sokołowska już po ciemku roświetlając drogę czołówką. Na szosie pod miejscowością mijani ludzie skomentowali: patrzcie, niektórzy dopiero wychodzą w góry… Dopiero… Kiedy dziarsko maszerowałem od dziesięciu godzin…We wsi koło sanatorium dla gruźlików zaczepił mnie tubylec-wąsacz. Wywiązał się krótki dialog, który wyglądał następująco:

 

tubylec-wąsacz: Czego szukasz?

ja: Idę do Andrzejówki. To tędy?

tubylec-wąsacz: Do Andrzejówki?!

ja: Do Andrzejówki.

tubylec-wąsacz: Teraz po ciemku?!

ja: tak, to przecież niedaleko.

tubylec-wąsacz: Chłopie, ja mam 50 lat, coś o życiu wiem, mówię ci, nie idź do Andrzejówki. tu jest taki hotelik, można znaleźć nocleg. Nie idź do Andrzejówki…

ja(słowo hotelik zapaliło w mojej głowie różowe firanki): zastanowię się. Ale którędy do Andrzejówki?

tubylec-wąsacz: To cały czas prosto. Ale ci mówię: nie idź do Andrzejówki…

ja: dziękuję serdecznie.

 

… i  poszedłem do Andrzejówki. Jakąś godzinę wspinałem się pod górkę w kompletnych ciemnościach. Wchodzę do schroniska a tam tłum. Bo od drugiej strony wjechać można samochodem… Z drugiej strony pieszo do Wałbrzycha 2 godziny zamiast moich jedenastu…. Pani za barem była bardzo ciepła i zmartwiona, że nie ma wolnych łóżek. Przyszło spać na podłodze, w korytarzu. Z czego byłem i tak zadowolony, zwłaszcza, że w schronisku był świetny bufet, żarcie tam mają przednie…

 

Z samego rana wszedłem stromą ścieżką na Waligórę (936), najwyższy szczyt Gór Kamiennych. Tam jadłem sobie śniadanie w oparach mgieł.

 

Drugi dzień był przepołowiony. Pierwsza połowa deszczowa, mglista druga rozjaśniona, olśniewająca, dziwaczny wrzesień w środku listopada. Kiedy wędruje się od świtu do zmierzchu, pod zachmurzonym niebem, obecność światła jest bardziej namacalna. Był taki prześwit w chmurach, który wpuścił kilka słonecznych promieni w burą powierzchnię rzadkiego grzbietowego lasu. Światło zmieniało wszystko… Światło wydobywało rumieńce natury, piękno konturu. Jeśli jakaś dziewczyna myśli, że jest brzydka, pokrywa się mysią skórą, liszajowatym swetrem, ziemistą cerą. Bo jest ponura, w jej oczach nie ma światła, nie ma światła w kącikach ust. O ileż piękniejsza jest, kiedy wydobędzie swoje wewnętrzne światło… Swoją wewnętrzną pogodę. Tak tego dnia prześwit w chmurach sprawił, że pejzaż uśmiechnął się do mnie. Wypiękniał.

 

Ale na ruinach zamku Rogowiec było jeszcze ponuro. Taki skalny rozpierdol. Tło dla opowieści fantasy, wczesny Wiedźmin w pojedynkach z bobołakami. Dopiero gdy minąłem Głuszycę, pokonałem pasmo równoległe do głównego grzbietu Gór Sowich, mgły odeszły i zobaczyłem feerię jesieni. Wijące się drogi, przycupnięte na ich skrajach pochyłe drzewa, szachownice pól i pastwisk, wstążki płotów, rozsypane owce, zrzucające barwy lasy i łagodne masywy. Cykałem zdjęcia. I biegłem na Wielką Sowę (1015). Tu dużo turystów, bo parkingi, zajazdy, schroniska. Ale już ścigała mnie ciemność. Znów po ciemku trafiłem tym razem – do Zygmuntówki. Tego dnia – 35 kilometrów.

 

Przytulność, domowa atmosfera tego schroniska sprawiła, że pomyślałem z kimś tu kiedyś wrócić. Z paroma przyjaciółmi. Wyciągnąć nogi przed kominkiem i popijać grzańca, słuchając jak trzaska ogień. Spałem na wojskowej pryczy w siedemnastce. Ech, te piętrowe żelazne skrzypiące łóżka, w ciemnych ścianach z drewna! Wyobrażałem sobie, że to Baza. Ludzi umarłych. Że duchy Dziewiątki, Apostoła, Warszawiaka, Orsaczka, Zabawy, Partyzanta rżną tu w karty i piją wódkę. Bo w ogóle Hłasko na dżemsach woził drzewo w Sudetach. Nie w Bieszczadach (film kłamie).

 

Następnego dnia przeszedłem Góry Sowie. Grzbiet dość monotonny z paroma skalnymi akordami. Imponująca twierdza Srebna Góra, umocnienia ciągnące się kilometrami jak wężowisko na przełęczy. Potem wejście w Góry Bardzkie. To jedno z najmniejszych pasm polskich gór było zachwycające. Przede wszystkim fantastyczne warstwy skał, z brzozami wyrastającymi jakby wprost z kamienia, zawrotny wiadukt, którego się nie spodziewałem. Dalej było już łagodnie, jak w powiększonych lasach oliwskich, bo lasy bukowe. Znów – 35 kilometrów. Do samego Barda. Nie wiedziałem, gdzie w Bardzie będę spał. Dość było sprawdzić w sieci, że miejsca noclegowe (prywatne) są. Więc w planie było spać tam w jednym z nich. Lecz dzień wydał się (jak na listopad) ciepłym. Przez cały dzień spotkałem na trasie kilku turystów a już w Górach Bardzkich za wiaduktem to już nikogo. Bardo zastałem już po zmroku, wszedłem obwąchałem kilka ulic, światła w oknach i, jak wilk, postanowiłem zostać na zewnątrz. Jakiś dziadek coś robił w ogrodzie. Musiało to dziwnie wyglądać gdy w pełnym rynsztunku wędrowca najpierw wyłoniłem się z ciemności, żeby potem wrócić skąd przyszedłem. (Co tam było? Człowiek? Może doktor? Może!)

 

Wróciłem około półtora kilometra za wieś, na upatrzoną miejscówkę na łące. Za plecami miałem kolczaste krzaki jeżyn, nie do przebycia. Przede mną rozpościerała się łąka skąpana w pełni księżyca. Listopadowa łąka miała i to do siebie, że była zupełnie pozbawiona owadów i gadów – bezpieczna i sterylna jak plansza z klocków lego. Jedynymi owadami, które napotykałem były biedronki. Trzeba było się kłaść. Rozłożyłem karimatę, narzuciłem na siebie dwa polary, kurtkę, kalesony, dresy oraz bojówki, dwie pary skarpet. Zawinąłem się w kokon śpiwora i tak spałem w listopadzie pod gołym niebem. Nawet nie zmarzłem. Gwiazdy wisiały nade mną jak kopuła wielkiej świątyni, księżyc przesuwał godziny. Byłem sobie teraz pyłkiem, okruchem, kłębkiem kurzu. Czułem bliskość Boga. Czy zmierzch religii nie przyszedł wraz z wynalezieniem żarówki? Z elektrycznym światłem zamieniającym noc w dzień? Z wyparciem się grozy ciemności, lęku (metafizycznego?).

 

O siódmej rano obudziłem się jak nowo narodzony. Czwarty dzień marszu. Wszedłem po raz drugi do Barda. I Bardo było piękne. Zajrzałem do kościoła, gdzie stała malutka drewniana figura Matki Bożej, jeszcze średniowieczna i otoczona czcią. Potem wspinałem się na Kalwarię. Przede mną, jakieś 50 metrów szedł samotny starszy człowiek. Na Kalwarię idzie się ze wsi koło godziny. Kiedy znaleźliśmy się na szczycie, staruszek ukląkł przy kapliczce i modlił się. Góra była odległa od wsi na odległość jednego różańca, ze wszystkimi tajemnicami, jedno przejście wszystkich paciorków, zdrowasiek, Ojcze Nasz i Chwała Ojcu. Tak się kiedyś odmierzało czas modlitwą. Zdrowaśkami. Bo przecież chodziło się bez zegarków a długość zdrowaśki, rytm różańca znał każdy. Było coś pięknego w pochylonych plecach tego człowieka, w ten chłodny wietrzny ranek, w marszu przez zwały zeschłych liści, które wiatr porywał i wirowały, szelestem rozbiegały się po lesie.

 

Taki sucho-liściasty, pogodny, ale i wietrzny był cały dzień ostatni w Górach Bardzkich. Kłodzka Góra nie jest eksponowanym szczytem, szczerze mówiąc to przegapiłem ją i musiałem wrócić. Zalesiony wierzchołek niczym się nie wyróżniał. Na jednym z drzew ktoś nabazgrał niebieską farbą „Kłodzka Góra 765”. Tym samym cel wyprawy się dopełnił. Było tak, jakbym znalazł biegun z Kubusia Puchatka. O zejściu do Kłodzka, o gubieniu szlaku, o pięciu bezczynnych godzinach we Wrocławiu nie warto już pisać. 12 listopada na godzinę przed rozpoczęciem pracy byłem w Trójmieście. Długi weekend wykorzystałem szczelnie do granic możliwości.

 

Tak to zdobywałem swój czternasty, piętnasty, szesnasty i siedemnasty szczyt z korony gór polskich.

 


Na plasterki!”

„Posadź orchidee na moim grobie”

„Blurp!

Lelum Polelum!”

„Nie nabity łuk raz do roku sam strzela”

Kto z nas, trzydziestolatków, nie pamięta tych tekstów? Kto nie naśmiewał się z przygód Kajka, Kokosza, kasztelana Mirmiła, jego małżonki Lubawy,  zbója Łamignata i ciotki Jagi, Hegemona, Kaprala, Ofermy i reszty Zbójcerzy? Skąd znamy stare słowa takie jak „kanalia”, „warchoł”, „hultaj”, „do kroćset!”, „Na Trygława i Swaroga!”? W szarych latach

osiemdziesiątych komiksy Janusza Christy były najbardziej kolorowymi naszego dzieciństwa. Kiedy telewizja miała dwa kanały, prawie nikt nie miał video, niektórzy tylko posiadali ZX Spectrum, Commodore albo Atari, wielokrotnie przemierzaliśmy od pierwszej do ostatniej stronykolejne albumy Kajka i Kokosza. Zdarzało się nam kontemplować konkretne obrazki. Kreski Pana Janusza nie sposób było pomylić z żadną inną. Sam Janusz Christa, wilnianin z rodziny o tradycjach legionowych, osiadły w Sopocie, przez kilka dekad rozśmieszał czytelników popołudniówki „Wieczór Wybrzeża” kolejne pokolenia czytelników, rysując charakterystyczne paski, z których każdy był jednocześnie zamkniętą całością i częścią większej historii. Wycinało się te paski, jak i ostatnie strony „Świata Młodych” by skompletować dzieła Mistrza.

 

Kiedyś, w latach siedemdziesiątych Stanisław Barańczak niemiłosiernie schlastał Janusza Christę twierdząc, że „Kajko i Kokosz” jest plagiatem Asterixa i że jego komiksowy dowcip jest prymitywny. Autor obnażył się przy tym niemiłosiernie, pokazując jak głęboko zakodowane ma schematy PRL-owskiej propagandy, którą tak krytykował. Barańczaka stosunek do komiksu był przecież typowo PRL-owski. Historia przyznała jednak rację Chriście. Najpierw rzesze fanów nie zapomniały o rysowanych przez niego komiksach. Niektóre zwroty weszły do języka potocznego, co jest właściwą miarą dowcipu Pana Janusza. Przed dwoma laty, Christa i inni komiksiarze doczekali się państwowych odznaczeń. Znakiem czasów jest, że artykuły o „Kajku i Kokoszu” można dziś znaleźć w „Tygodniku Powszechnym”.


Na wczasach (kasz.)
 

Pan Janusz od wielu lat był chory i od 1990 roku nie mógł tworzyć komiksów. Ma to swój wymiar symboliczny, bo kiedy skończyła się epoka PRL – zamilkł także ten, kto dawał nam uśmiech w tamtych zgrzebnych latach, jakby jego kreska miała na zawsze nieskalana pozostać w dzieciństwie. To dużo znaczy. Papcio Chmiel wydawał nowe albumy ”Tytusa” w III RP i nie dorastały one do części powstałych przed 1989. A „Kajko i Kokosz” się nie zestarzał, pozostał taki, jak dawniej.

 

Dla mnie Janusz Christa pozostanie nie tylko najbardziej ukochanym komiksiarzem mojego dzieciństwa, ale i jedną z najważniejszych postaci powojennego Wybrzeża. Jego komiksy pachną Bałtykiem, bliskością portu a Mirmiłowo zdaje się być położone wśród kaszubskich jezior. W Sopocie powinna powstać pamiątkowa tablica, może pomnik Kajka i Kokosza lub nawet ulica jego imienia. Tak jak Zakopane uczciło Makuszyńskiego, tak Sopot powinien pamiętać o Januszu Chriście.

 

W najnowszym 30 dni mój esej Z perspektywy przedmieścia o Wrzeszczu Pawła Huellego.

Publikowany tekst jest nieco przeredagowaną wersją wystąpienia na konferencji „Bloomsday 2004”, zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński w Krakowie 16 czerwca 2004 roku, dokładnie w stulecie dnia, który James Joyce opisał w Ulissesie.


  • RSS