nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Bolało to tak, jakbym sam nie był w stanie odlecieć. Bo przecież jesteśmy prawie w tym samym wieku. Mam 32 lata -powiedział Adam- i chcę pokazać, ze jeszcze potrafię skakać. Jeszcze… – zrozumiałem, że stawką wojny, którą prowadzi z biologią Małysz nie są już najwyższe laury. I że tej walki miliony, które były z nim w latach triumfów nie chcą oglądać.


Przyszedł w końcu czas, przyszedł w końcu czas, który nie oszczędził Adama. Przyszedł czas, że starsi w Pucharze Świata od niego są już tylko Takanobu Okabe i Noriaki Kasai. Do ostatniego zrywu porwał się po wielu latach Martin Schmitt, ale i on (rocznik 1978) nie przełamał hegemonii młodych Austriaków. Przeminął Małysz, przeminęła cała jego generacja. Znikali, znikali jego wielcy rywale – odszedł Sven Hannawald, Janne Ahonen ogłosił zakończenie kariery, zniknęli Adreas Widhoezl, Martin Hoelwarth, Andreas Goldberger. Zgasł Roar Ljokelsoy. Zmarnieli Primoż Peterka i Kazuyoshi Funaki.  Zniknęły z Pucharu Świata roczniki siedemdziesiąte.

 

Kiedy byłem w III klasie liceum radowałem się  z pierwszego widzianego na żywo zwycięstwa Polaka w PŚ. Pamiętam jak dzisiaj – Holmenkolen – w marcu 1996 roku. A potem… Potem zaczynał się XXI wiek, kiedy po sylwestrowej zabawie – porwałem się ze snu o ósmej rano i wyszedłem na zaśnieżoną ścieżkę z Brzeźna do Jelitkowa, szedłem szybko, szedłem szybko – wtedy nikt prawie nie słyszał o Małyszu, jeszcze prawie nikt go nie kojarzył, ale ja (kibic skoków od zawsze) wiedziałem, że na ostatnich treningach jest piekielnie mocny. I zobaczyłem – 1 stycznia 2001 roku – wielki skok w Ga-pa – Orzeł z Wisły przeleciał półtora metra nad wszystkimi czerwonymi liniami na 129 metr, niebotyczną na tym obiekcie odległość. A potem, potem w rytmie jego kolejnych zwycięstw, zaczynała się najbardziej radosna w moim życiu wiosna.

 

Kilka razy stawiano na Adamie krzyżyk, najpierw za Mikeski, na żenujących igrzyskach w Nagano. Kto pamięta, powtarzam kto pamięta, że tam lepszy był od Adama opluwany przez wielu, wyśmiewany Robert Mateja? Czy ktoś pamięta 5 miejsce Matei na Mś w Trondheim w 1997? Albo 11 miejsce Skupnia na japońskich igrzyskach? Później grzebano Adama razem z trenerem Tajnerem, odsyłano do lamusa razem z Kuttinem. Adam jednak zawsze się podnosił. Adam powracał. W Predazzo, w Sapporo. Zdobywał wszystkie medale, oprócz olimpijskiego złota. Wydawało się w marcu 2007 roku, kiedy w fenomenalnym stylu wygrał trzy konkursy w Planicy, że rekord Nykkanena (46 zwycięstw) jest w jego zasięgu. Wystarczyłby jeszcze jeden taki sezon i…Ale i tak zdystansował Weissfloga, ale i tak Janne Ahonen, wielki Janne, przeszło sto razy stający na podium Pucharu Świata, w ilości zwycięstw plasuje się za nim..

 

W tym roku przyszedł kryzys. Pogodziłem się – być może nigdy już tak daleko nie poleci. Holmenkolen – tej skoczni już nie ma…Nie ma kilku innych. Rozebrano je razem z rekordami Małysza. Tej zimy na skoczni swojego imienia w Wiśle stary mistrz przegrał mistrzostwo Polski z Kamilem Stochem, ale nie tylko z Kamilem, lecz kilkoma innymi zawodnikami. Mówiono o loterii, ale był przecież czas, kiedy żadna loteria nie dotyczyła Adama. Przeskakiwał wiatr… W Libercu to młoda gwiazda Stocha świeciła jaśniej od starej gwiazdy Małysza. Tego nie było, tego jeszcze w XXI wieku nie było…Więc przyszedł czas, że będzie się mówić o Małyszu jak o kimś, kto już nie skacze. Chociaż jego cień na skoczni jeszcze będzie się pojawiał.

 

Czy kiedy Małysz zakończy karierę, przestanę oglądać skoki? Czy wraz z Adamem zapomnę to marzenie z olimpiady w Sarajewie, by usiąść na belce i skoczyć? Czy cały obraz tych lat zasnuje biała jak mleko mgła?

 
O Captain! my Captain! our fearful trip is done 

Domy

7 komentarzy

Dom na odludziu broni się przed błotem,
którym się przestrzeń wypełnia samotna.
a dom z przestrzenią łączy się z powrotem
poprzez swój dym i poprzez swoje okna.
Szafy, wpatrzone w ogród rozpluskany,
drzwi swoje w myślach lękliwie ściskają.
Lampy w napięciu wiszą nieustannym.
Lecz szyby w oknach nic nie wyrażają.

(Josif Brodski, Okna, tł. Andrzej Drawicz) 

  

            Ile znaczy dom, w którym mieści się dzieciństwo, młodość i starość. Dom, od którego świat się rozchodzi jak kręgi na wodzie. Własne centrum, mocne oparcie w przeszłości. Po latach odwiedziłem zasiedziałych we Wrzeszczu kumpli z podstawówki. Zastałem ich, tak jak zostawiłem, w tym samym miejscu, tylko starszych o lat kilkanaście. Kilkanaście lat, gdzie nie mieliśmy wspólnych wspomnień ani przeżyć. Czułem się jak cudem ocalony rozbitek. Gdyby nie to, że piliśmy wódkę, mogłoby się wydawać, że nadal jesteśmy tymi chłopakami, którzy kopali piłkę na pobliskim szkolnym boisku. Nie mogli zrozumieć, że teraz mieszkam w Gdyni. (Nie mogłeś wynająć czegoś na dzielnicy?!)  Nigdy nie opuścili Wrzeszcza, więc nie wyobrażają sobie, żeby mogli mieszkać gdzie indziej. Wyraźnie im tego zadomowienia zazdroszczę. Wraz z wyprowadzką stałem się właściwie bezdomny, zdany na nomadyzm… Dlatego Gdynia jest teraz dla mnie idealna, w Gdynię jest wpisane przecież przybywanie, oswajanie…


 
            Mam przyjaciół-poetów, którzy mieszkają od urodzenia w tych samych domach. Kto wie, czy to ich zadomowienie nie tłumaczy ich wyborów twórczych, temperamentów? Wojciech Wencel nie opuścił swojej Matarni. Kiedy czyta się jego wiersze można narysować mapę okolicy i zaznaczyć na niej solennie zieloną rynnę, którą Wojtek widzi z okna. Pochyły nieco zapuszczony ogród zaczyna się zaraz za progiem. Mając „korzeń” widzi się wszystko ze stałej perspektywy. Kiedy Wencel wsiada na prom do Visby czuje się jak hobbit, który opuścił swoje Shire. Inny poeta, Jarek Jakubowski od urodzenia mieszka w Koronowie na Pomorzu. Na jego domu znajduje się tablica, która upamiętnia, że znajdował się tu sztab 9 Podlaskiej Dywizji Piechoty. (informacja ta niezmiennie mnie elektryzuje; ja przecież znam ten sztab! w głowie kołata mi się tytuł rozdziału „niezwykły wyczyn pułkownika Werobeja”. Pułkownik Józef Werobej był dowódcą 9 dywizji, która rozciągnięta na linii Brdy rozbita została przez przeważające siły XIX korpusu pancernego Heinza Guderiana i idących mu w sukurs dywizji piechoty. Z grupą kilkudziesięciu żołnierzy płk Werobej odcięty od reszty sił Armii Pomorze klucząc między niemieckimi oddziałami zdążył jeszcze dogonić Polaków nad Bzurą).  Wencel ma w swoim domu Maxa Roemera (patrz: piękne epitafium) a po domu Jarka chodzi pułkownik Józef Werobej… U Jakubowskich kuchnia także przechodzi wprost w ogród. W jednym z tekstów można przeczytać opowieść o robaku, który uporczywie przemierza kosmos tej przestrzeni. Czytając to, czuję minuty i kwadranse; czuję rozciągnięcie wiersza w czasie… Wencel i Jakubowski na pewno byliby innymi poetami, gdyby nie mieli t a k i c h domów. Przez to, że mieszkają w domach rozpisanych na wiersze, każde spotkanie z nimi w tym kontekście jest dla mnie spotkaniem totalnym, spotkaniem z mikrokosmosem ich przeżyć, wrażeń, codzienności… 

Artur to poeta „chodzący” – potrafi przejść 100 kilometrów w ciągu
jednej doby. Może dlatego jego wiersze są takie prawdziwe. Proszę
posłuchać: „słowem »lipiec« otwieram/ wszystkie barwy liści, lepkość
powietrza,/ bzyk komarów i ważek nad taflą./ piwo jest dzisiaj z wolna
spijaną godziną./ słychać każde plaśnięcie mokrych stóp o spróchniałe
deski”. Słyszeli Państwo te stopy?
Pisze Szymon Babuchowski.  Patrz: Zimowe poziomki.


  • RSS