nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

Nie tu są oczy
Nie ma tu oczu

W tej dolinie umierających gwiazd
W tej wydrążonej dolinie
Złamanej szczęce naszych utraconych królestw
W tym ostatnim miejscu spotkania
Na oślep szukamy
Neiufni i niemi
Na żwirach zgromadzeni nad opuchłą rzeką

(…)

I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem, ale skomleniem
 


(T.S.Eliot, Wydrążeni ludzie, tł. Czesław Miłosz)

Ishi – imię to znałem z czytanej wielokrotnie książki Miroslava Stingla Indianie bez tomahawków. Właściwie  wielokrotnie to czytałem jedynie rozdziały o indiańskich wojnach; szczególnie ten zatytułowany Sitting Bull i Apacze. Odtwarzałem rzeź 7 pułku kawalerii Custera pod Little Big Horn, przeżywałem raz jeszcze nieuchwytność Apaczów. Gdzieś na samym końcu panteonu indiańskich imion znajdował się Ishi – ostatni przedstawiciel plemienia Yahów, ostatni wolny Indianin Ameryki Północnej. Minęło dwadzieścia lat, kiedy imię Ishiego wróciło do mnie. Chciałem kiedyś dowiedzieć się czegoś więcej o tym samotnym wojowniku, który ukrywał się „w ostępach Kalifornii” przez czterdzieści lat. Dzisiaj „google” jest czymś zwyczajnym a nie science fiction, wpisujesz i masz. Tak trafiłem na książkę Theodory Kroeber Ishi, człowiek dwóch światów– w uniwersyteckiej bibliotece nie było jej w katalogu komputerowym, jedynie w starodawnych szufladkach. Znalazłem opowieść…

 

Niewielkie plemię Yahi zamieszkiwało Kalifornię. Wspaniali łowcy i wojownicy, dopóki mogli skutecznie opierali się ekspansji białych. Lecz cóż znaczy liczący kilkaset głów, nawet najbitniejszy lud wobec gorączki złota? Walczyli dzielnie. To była wojna niewidzialnych cieni, które nagle znikąd się pojawiały i tak samo nagle znikały. Około 1870 roku doszło do rzezi, po której wyniszczeni, nieliczni ocalali Yahi skryli się w górach, unikając jakiegokolwiek kontaktu z białym człowiekiem. Już wówczas było ich kilkoro – wśród nich chłopiec, którym okaże się później Ishi. „Ishi” nie jest jego prawdziwym imieniem – znaczy jedynie w języku Yahi „człowiek”.

 

W 1908 roku, po czterdziestu (!)  latach ukrywania się przy życiu pozostawał już jedynie Ishi z ciężko chorą matką, jego siostra oraz staruszek spoza rodziny. Mieszkali w małej osadzie skrytej na skalnej półce pośród drzew i zarośli. Wioska została wykryta przez przypadek – ekipa inżynierów dokonywała pomiarów pobliskiego kanionu - w okolicy planowano budowę tamy. Siostra Ishi i staruszek uciekają. Prawdopodobnie giną w nurcie rwącej rzeki. Biali znajdują sparaliżowaną matkę Ishi. Okradają obozowisko, ale Indiankę pozostawiają w wiosce. Ishiemu udaje się ją najbliższej nocy ukryć. Krótko potem następuje zapewne jej śmierć. Zaczyna się samotność najgorsza z samotności… Trwa prawie trzy lata. Kończy się świat opisany językiem Yahi, pozostaje skrawek ziemi, gdzie Ishi ukrywa się jak zwierzę, pozostają słowa, które rozbijają się o kamienie, pieśni, których już nikt nie wysłucha i wspomnienia, których nic nie zagoi. Jak długo  można to wytrzymać? 29 sierpnia 1911 roku Ishi decyduje się na samobójstwo – wychodzi z ukrycia i rusza w stronę osad białych, rusza w nieznane, bo przecież od tej strony, ze wszystkich stron  przychodziła wyłącznie śmierć. Cale życie spędził kryjąc się przed wiszącym na krawędziach jego maleńkiej ojczyzny wyrokiem. A teraz podąża w jego kierunku…

Mężczyzna, chcąc odnaleźć pragnienie swojego serca musi uciec od hałasu i rozproszenia codziennego życia, aby spędzić trochę czasu z własną duszą. Musi wyruszyć na odludzie, do ciszy i samotności. Przebywając sam z sobą, musi pozwolić, by na powierzchni ukazało się to, co jest w środku.


 
John Eldredge, Dzikie serce, Poznań 2003, s. 202. 


Któryś to już raz w ostatnich miesiącach znalazłem się w Wałbrzychu. W kawiarni niedaleko dworca spędziłem pół godziny, skryty pod daszkiem czapki przysłuchiwałem się rozmowom miejscowych trunkowych. Była jeszcze wczesna godzina, ale ponurość przykryła miasto; „pogoda jest gastronomiczna” – trafnie stwierdził ktoś. Wśród trunkowych, ja to wśród trunkowych – oznajmujące sentencje powtarzane wielokrotnie, przekomarzania, przerywania, przesadne gesty, lekceważenie, przesadne śmiechy; słyszycie gardło takiego śmiechu przykryte sadzą czterdziestu papierosów i żrącym starogardzkim „pół litra”? Ale biegłem już dalej: wsiadałem, wysiadałem. Wiersze czytałem po dwunastu godzinach podróży, w Nowej Rudzie czytałem, na jednej z lokalnych melancholijnych pustawych imprez, w trudnym mieście i wiersz Maliszewskiego chodził za mną „Góry Sowie, Góry Sowie”, :”widzisz i opisujesz nikt tego nie czyta”. Chłopaki z „Czwórek” opowiadali o piśmie, apokalipsa rozbijała się o agnostyczne brzegi noworudzkich kamienic. Tutejszy schyłek mocno wrastał w pejzaż, nie dawał się wypędzić. Potem znowu rozmowy, trunki, do późna w nocy, a potem dalej: pakowanie, z Góry Anny do miasta zbieganie, do Bystrzycy Kłodzkiej jazda. W Bystrzycy błądzenie w uliczkach, zaułkach, łapanie ujęć. W tym momencie wychodzi słońce. I jasność rozświetla scenę. W stanie euforycznym opuszczam miasto szosą w szpalerach drzew; niestety siadają baterie od aparatu, więc jest powód by pisać. Bo jeśli nie zapiszę, jak odnajdę tamto południe? Niech więc zostanie w tych linijkach, kiedy wchodzę na górę „nie nazbyt wysoką”.


droga z Bystrzycy w Góry Bystrzyckie
 

Konkretnie jest to Jagodna – najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich, osiemnasty wierzchołek w mojej koronie. Z wysokością powrócił śnieg, ale powrócił tak inaczej – było bardzo ciepło, kiedy szedłem drogą mijając „świerków spódnice” a one jarzyły się błyskami kropel – bór tajał, bór parował; tymczasem na ziemi wciąż gruba warstwa śniegu zalegała pod butami. Zapadałem się po kolana, nieraz nawet do pół uda. Przecierałem szlak idąc pustą drogą, którą nikt nie chodził od ostatnich opadów; wchodziłem w głąb śniegowego terytorium. Dojrzewały godziny, zmrok czaił się po cichu. Ale jeszcze jest jasno, bardzo jasno, gdy dochodzę do szczytu, małej drewnianej ambony, na którą można się wspiąć by pooglądać widoki. Wchodzę tam i widzę, że zbliża się kilka dziarskich postaci, idą plecaki, idą goreteksy, „stuptuty”. Cześć, cześć. Oni idą z naprzeciwka, nasze szlaki zbiegają się więc na górze. I tak miałem wracać, więc dołączam ochoczo do tej wesołej kompaniji. Ten oddział sześciu wędrowców to informatycy z Wrocławia. W zasadzie to przypadek, że się tu spotykamy – gdyby chłopaki nie zajmowali się lepieniem monstrualnego cyc-bałwana zgarnęliby mnie po drodze na Jagodną. A tak powrót do schroniska na przełęczy w ich towarzystwie jest już lajcikiem. Zajmujemy dwa pokoje w schronisku. Jeden z nowo poznanych kolegów zadaje mi jako poloniście pytanie: jakich pisarzy polskich cenię najbardziej – rzucam po parę nazwisk i okazuje się, że jego największe emocje wzbudza Mackiewicz. Józef Mackiewicz…studia polonistyczne skończylem, ale na liście lektur go nie pamiętam. Polecił mi go dopiero trzy lata temu Tomek R. – serdeczny druh z ostrobramskiej pielgrzymki, z którym wdałem się w przypadkową w Sejnach rozmowę. A teraz tu Droga donikąd w schronisku na Jagodnej. Lecz nie dość zdziwień tego dnia. Bo okazuje się, że z domu chłopaków wygoniła ta sama książka, co mnie. John Eldredge znaczy. Z plecaków wyjmują książki – “sprane o duszy i woli”. I zaczynamy… ćwiczenia. Zdanie po zdaniu, punkt po punkcie omawiamy Dzikie Serce.  Ile siedzimy przy jednym stole – godzinę, dwie? Eldredge skłania do zrzucenia póz, codziennego rynsztunku społecznych łatek;  znam już imiona wszystkich: jest Piotr, Wojtek, Michał, Mateusz, są Witek, Marcin. A i ja nie jestem dla nich anonimowy. W tok rozważań nawet jeden z wierszy się wpasowuje.


koło schroniska Jagodna
 

Następnego dnia, sam już niestety, ruszam do Dusznik. Pożegnania, dłoni uściski. Cztery godziny duktami, szosami do Zieleńca, gdzie wyciągi, narciarze, infrastruktura, parkingi, swąd, grill. Przelatuję przez to wesołe zimowisko i ruszam w kierunku Orlicy. Czas jest dobry, może pierwszy raz stanę na tym szczycie zimą? Z początku droga wyjeżdżona przez narciarzy, jak po autostradzie maszeruję w górę. Ale po trzech kwadransach szlak zielony odbija w górę, w ścieżkę, której zimą nie ma. Zapadam się w śniegu, bezskutecznie szukając rozrzuconych w lesie znaków. A zatem kapitulacja… Nie będzie Orlicy. Schodzę. Lecz nartostrada biegnie dalej i stawia mnie przed czeską granicą. Pozor! Pozor! No, być tutaj i po czeskiej stronie nie stanąć? Wchodzę. I już jestem Ceskoj Repulice. Stamtąd wejście okazuje się łatwe. A potem schodzenie, pożegnanie śniegów, stukot pociągów, postój we Wrocławiu w ulubionym barze sączenie browara. I wraca do mnie pytanie jednego z chłopaków: Dlaczego Góry Bystrzyckie?

 

No właśnie. Przecież ani wysokie, ani znane, ani na tle innych miejsc specjalnie atrakcyjne. Skąd się tutaj wziąłem? Mniejsza o to. Ale za to jaka wspaniała Eldredge’a tropa, jaka opowieść… 

 

 

jeżeli nam zabraknie sił,
jeżeli nam zabraknie sił
zostaną jeszcze morze i wiatr,
zostaną jeszcze morze i wiatr

nadejdzie nasz czas!
(Armia)

mierzeja

Gdzieś między Helem a Juratą próbowałem rozstawić namiot w silnym wietrze. Istnieją wędrujące wydmy, mogą więc wędrować i namioty. Dlaczego nie miałyby wędrować? Dlaczegóżby nie? Ciemność wisiała nad plażą, ale biały piasek sprawiał, że wydawało się dość jasno.
Od samego świtu marsz – trzeba było przecież przejść całą mierzeję. Kiedy maszeruje się przez cały dzień brzegiem morza, jego szum wsiąla w nas i wypełnia po brzegi. Wypłukuje złe myśli, uspokaja nerwy. W takich miejsach gasną nikłe światełka komórek a zasięg ledwo sięga.

schron

morskie oko:)

W Jastarni odkryłem skansen umocnień. Nie byłem na tej trasie od iks lat, więc zdążyły tu spłynąć unijne pieniądze. Jeden bunkier odrestaurowano i zamieniono na czynne w sezonie muzeum. Inne schrony odmalowano, postawiono też przeciwpancerne zapory i zasieki, wykopano okopy. Każdy schron miał swoją nazwę: Sęp, Sabała, Sokół, Saragossa… Z Sępa okrągły otwór strzelniczy wychodził wprost na morze, co sprawiało wrażenie dość niesamwite. Chodziłem po tym betonowym labiryncie w kucki, lampa błyskowa wyławiała z ciemności zarysy pomieszczeń i zwały śmiecia. Kilka kilometrów dalej natrafiłem na głaz narzutowy oznajmiający, że tutaj we wrześniu 1939 roku dokonano „przerwania półwyspu”. Rozsadzono głowice torped, „:wybuch targnął powietrzem” i w mierzeję wdarła się woda zamieniając na chwilę Hel w wyspę. Niestety morze cofnęło się wkrótce a woda pozostała jedynie w wielkich lejach… Obrona „rejonu umocnionego Hel” trwała jeszcze do października. Tam mój pradziadek…. Ale to już inna historia…


  • RSS