nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

Bilet podróżnika otworzył przed nami całą Polskę, wysiedliśmy więc sobotnim rankiem w Krakowie i załapaliśmy się na PKS do Myślenic. Tym razem celem był Lubomir – najwyższa góra Beskidu Makowskiego. Niewielkie górki po nieprzespanej nocy dały się nam jednak nieco we znaki, zwłaszcza, że ich północne stoki są dość strome. Spadła na nas pełnia wiosny, świeżuteńka zieleń bukowych lasów, szliśmy
przez euforię kwietniowych barw. Z zimy pozostało kilka brudnych płatów śniegu pod spódnicami świerków, jedynie majestat Babiej Góry lśnił w oddali pokrywą śniegów. Długo nie mogliśmy się oderwać od szumu miasta, pierwszym wrażeniem jakie wynieśliśmy z Beskidu Makowskiego – to gęste zaludnienie tych gór. Na jednej z polanek zatrzymaliśmy się dłużej i patrzyliśmy na północ – szachownica pól poprzetykana czarnymi zagajnikami świerkowymi, upstrzona dachami maluteńkich domków wyglądała nierealnie – jak makieta. Na samym Lubomirze niespodzianka – można było wejść do obserwatorium astronomicznego.

makowski

makowski1


W niebo patrzy się w tych górach często i profesjonalnie. Obserwatoria widzieliśmy na Lubomirze i Chełmie. Praca tutaj wymaga nie tylko pasji, ale i chyba mocnej psyche (samotność). W piszczącej wielomiesięcznej ciszy niema obecność gwiazd staje sie bardziej namacalna. Pierwszy raz astronomowie zawitali tutaj w czasach przedwojennych. Potem, zabudowania zniszczyli, jakżeby inaczej, krzewiciele zachodniej cywilizacji, Niemcy, którzy kazali przed spaleniem budynków wynieść stamtąd teleskop made in Deutschland. Polskich astronomów nie rozstrzelali chyba przez roztargnienie. Przed wojną odkryto tu kilka nowych ciał niebieskich. Znana jest m.in.opowieść o niejakim Lisie, który pełnił tu rolę „astronogi”. Do najbliższej wsi idzie się stąd 2 godziny a obserwatorium znajduje się w środku lasu. Cały prowiant i wodę trzeba wnieść więc na własnych plecach. Właśnie taką rolę pełnił w placówce Lis – stąd zwano go „astronogą”. Przez przypadek wypatrzył gołym okiem kometę, niestety na drodze do światowej sławy i wiekopomności stanęła poczta w Kasinie i nieczynny telegraf. Następnego dnia, gdy Lis mógł zgłosić swoje odkrycie uczynił to wcześniej już jakiś Japończyk i to jego imieniem kometę ochrzczono. Swoją drogą to ciekawe, że ciała odległe o wiele lat świetlnych noszą imiona ludzi, których długość życia jest bardzo znikoma w stosunku do trwania gwiazd. Nieskończoność kosmosu opowiedziana jest tylko tam, gdzie docierają nazwy. Dalej już tylko bezimienne galatyki, mgławice i wszechświaty…
makowski2

makowski4


O tym jednak myśleliśmy w nocy patrząc w rozgwieżdżone niebo. Wcześniej raczyliśmy się pysznymi devolaiami w schronisku Kudłacze. Schronisko to jest przytulne i kameralne jak cały Beskid Makowski, w niczym nie przypomina wypełnionych turystyczną stonką molochów. Idealne miejsce by się przespać, posilić i zorganizować z przyjaciółmi ognisko. Rano ruszyliśmy dalej przez partyznackie polany, mijaliśmy frasobliwe kapliczki, wchodziliśmy na kolejne niewysokie wierzchołki, zagłebialiśmy się w Beskid Makowski, Beskid Kwietniowy… Na Chełmie zastaliśmy deptak i tłumy rowerzystów. Odbywały sie akurat jakieś zawody – zawodnicy po kolei w szaleńczym tempie zjeżdżali z pokrytego wykrotami zbocza. Wzbijając tumany kurzu, katując swoje rowery i nieraz zostawiając na trasie krew z rozbitych kolan i łokci, zawodnicy dążyli do mety. Zagrzewały ich okrzyki krewkich kibiców, które kazały po ciężkim upadku, wsiadać na powrót na siodełko (i nie ma, że boli!). Gnaliśmy jednak dalej, żeby zdążyć na busa. I to był już koniec naszej eskapady – 38 rekreacyjnych kilometrów w 2 dni. A „korona” coraz bliżej…

„To, co działo się w duszy Hansa Castorpa, można było określić tylko jednym słowem: wyzwanie. I choć słowo to zawiera w sobie tyle nagany, nawet jeśli – lub zwłaszcza jeśli – odpowiadające mu występne uczucie związane jest z rzeczywistym strachem, to jednak trochę ludzkiego zastanowienia pozwala zrozumieć, że na dnie duszy młodzieńca czy mężczyzny, który latami żył jak ten, zbiera się coś lub – jak by to Hans Castorp po inżyniersku powiedział – następuje „akumulacja” czegoś, co pewnego dnia musi się wyładować jako żywiołowe „niech tam” czy „niech się dzieje co chce” pełnej gorzkiej niecierpliwości – krótko mówiąc jako wyzwanie i wyzbycie się
mądrej przezorności”

(Tomasz Mann, Czarodziejska Góra, t.2, z rozdziału śnieg, tł. Jan Łukowski)

Niech tam – powiedziałem więc sobie – i pojechałem w Izery. Po dwunastu godzinach jazdy wysiadłem na dworcu w Jeleniej Górze i wskoczyłem w PKS do Szklarskiej. Tam patrząc na ośnieżony masyw Karkonoszy wspinałem się na Wysoki Kamień. Śnieżna pokrywa była jeszcze pokaźna, zapadałem się po kostki, czasem po kolana. Grzbiet Izerów okazał się być płaski, urzekał monotonią świerkowych monokultur, spośród których sterczały szare kikuty znaczące ślad ekologicznej katastrofy sprzed lat. Czasami mijali mnie narciarze biegowi, którzy w tej krainie, niedaleko Jakuszyc mają swoją Mekkę, wszak to tutaj odbywa się Bieg Piastów i mistrzostwa Polski. Minąłem Zwalisko i wszedłem na teren kopalni kwarcu, gdzie przywitał mnie księżycowy krajobraz i ostrzeżenie przed rozrzutem kamieni, które fruwają tu w powietrzu pod presją eksplozji. Kopalnia była jednak jeszcze zamknięta, ale wyobraźnia łatwo mogła przyjąć wersję, że została zamknięta ostatecznie i teraz już tylko rdza ją bierze we władanie. Znalezienie wierzchołka Wysokiej Kopy okazało się zadaniem jak Puchatka szukanie połnocnego bieguna. Po godzinnym brodzeniu w śniegu odnalazłem maluteńką tabliczkę przyczepioną do jednego z drzew. Zbliżyłem się zatem o jeden szczyt do zdobycia korony gór polskich. Pogoda była śliczna, nigdy nie zdarzyło mi się brnąć po kolana w zaspach i jednocześnie spalić sobie ręce  i kark na intensywnym słońcu. Dzień dłużył się, ale jednocześnie ja posuwałem się naprzód bardzo powoli, prawie dwa razy dłużej niż to mówiły znaki. We znaki dawał się oczywiście głęboki śnieg.

Izery

kopalnia kwarcu izery

Miałem do wyboru udać się do schroniska na Stogu Izerskim albo do Chatki Górzystów. Wybrałem to drugie rozwiązanie, zwłaszcza, że aura tego miejsca dobiegła już z różnych stron kilkakrotnie do moich uszu. Zaiste znalazłem się w miejscu niezwykłym, przyjęty serdecznie, choć przylazłem „na krzywkę” w przedzień świąt. Otrzymałem nocleg na żelaznym łóżku pokoju „narożnego”. oprócz tych dojrzałem też „kiszkę” przystosowaną do miłosnych harców, dla samotnych parek idących w góry, „starą kuchnię”, „wytrzeźwiałkę” i „kierownika”. Współtowarzyszami noclegu okazało się dwóch równych chłopaków z Kamienia Pomorskiego, którzy na krótko przede mną dotarli tu ze Świeradowa oraz mój Imiennik, pracownik schroniska. Z nimi też spędziłem przy świetle świec (w schronisku nie ma prądu) ostatnie godziny wieczoru. Artur okazał się wspaniałym gawędziarzem, obojętnie czy mówił o Izerach, umocnieniach Wału Pomorskiego, czy gatunkach tytoniu.  Jego opowieści o przebijaniu się do Chatki w zamieci dodawały jeszcze surowszego kolorytu do tej kwietniowo-zimowej hali, kiedy staliśmy na progu i patrzyliśmy w noc. Dziwne to miejsce o wyjątkowo mroźnym mikroklimacie pokryte jest torfowiskami a rosną tutaj kosodrzewiny najniżej w Europie. Także wyludnienie wioski po wojnie, która liczyła 400 głów a zmniejszyła się do rozmiarów tej jednej zaadaptowanej na schronisko chatki, gdzie wecześniej mieściła się szkoła, no więc także i ta historia, pobudzała wyobraźnię. Jakby tego było mało nastąpiła potem „siekierezada”, trzeba było porąbać drzewo na opał. Drwale z nas mieszczuchów byli kiepscy, niemniej machanie siekierą było na swój sposób ekscytujące. Wymarsz następnego dnia był kolejnym objawem braku rozsądku, bo raz, ze za późno – o dziesiątej, dwa, że do Świeradowa, gdzie gorsze połączenia, trzy, że jeszcze dłuższą z dostępnych dróg.

siekiera, siekiera!


Jeszcze podczas porannego krzątania się dojrzałem w pomieszczeniu koło łazienki zwały książek Wydawnictwa MON, Tygrysów oraz innej literatury, nierzadko pięknej. Okazało się, że są to dublety pozycji, które dumnie prezentowały się w przytulnej kominkowej jadalni. Sympatyczna Właścicielka schroniska weszław posiadanie tego zbioru wykupując go od likwidowanej Biblioteki Podchorążych w Jeleniej Górze. Właśnie jeden z takich dubletów, „Mickiewicz- Słowo i czyn” Aliny Witkowskiej postanowiłem nabyć jako pamiątkę i w celu wzbogacenia swojego gabinetu osobliwości. W książce znajduje się pieczątka Biblioteki Podchorążych oraz karta książki, która jak się okazuje w ciągu lat kilkunastu znalazła kilkunastu czytelników. Być może byli to poborowi w guście młodego Marcina Świetlickiego? Albo byli zmuszani do tej pasjonującej lektury?

izery

Wyszedłem z Chatki z mocnym postanowieniem niegdysiejszego powrotu. Udałem się żołtym szlakiem w stronę czeskiej granicy. Śnieg był jeszcze wredniejszy niż poprzedniego dnia, zapadałem się po kolana, słońce grzało jak cholera i jeszcze ten niepokojący dźwięk płynących pod niepewnym śnieżnym gruntem strumieni (śnieg topniał od spodu) sprawiał, że nie czułem się zbyt pewnie. Zatem słońce, śnieg i mozół… Na Stogu Izerskim zobaczyłem jak słusznego dokonałem wczoraj wyboru – prowadzi tu kolejka linowa, co sprawia, że schronisko stać się może domem wczasowym dla turystycznej stonki. Niemniej zjazd kolejką był bardzo przyjemny, symboliczny w wymowie jak rok temu, kiedy po ośmiodniowym marszu przez śniegi zjechałem z Szyndzielni do Bielska. Powrót do cywilizacji okazał się pełny, bo zdążyłem jeszcze na busa do Jeleniej, nacykać w mieście fotek i mogłem już zmywać się do domu, żeby dotrzeć na wielkanocne śniadanie.

***

2 komentarzy

2 lata spędziłem w tym kraju. (1989-1991)

Za to kocham Czechów

Podczas tej sceny zawsze płaczę

Na kaca


  • RSS