nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2009

Musała


Musała…
czyli Mus Allah… Tron Allaha. 2925 metrów wysokości,
najwyższy szczyt Riły i całych Bałkanów. Szlak z Borovca
nie był zbytnio uczęszczany, można powiedzieć, że pusty. Chmury
zasnuwały szczyty, szedłem wzdłuż głębokiej doliny, niewiele
widząc. Piętra roślinności w Rile różnią się od naszych
tatrzańskich. Wszystko rośnie wyżej; wyżej sięga las iglasty,
wyżej podchodzi kosodrzewina a połoniny sięgają 2500 metrów.
Podejście na Musałę od północy jest skaliste i dużo
trudniejsze niż trawiaste południowe zbocza. Góra jednakże
pokazała mi swój majestat dopiero wieczorem, kiedy wyszło
słońce. Nocowałem w „chyży” Musała, na wysokości 2389
metrów. Wielkie schronisko było w remoncie, zamiast niego
funkcjonował mały baraczek. Rankiem – cudowna widoczność. Ani
jednej chmurki, skały odbijały się w idealnie czystych jeziorach.
Gorąc. Piłem wodę z jezior, nabierałem wody na gąbkę i
przecierałem spoconą twarz. Coraz wyżej i wyżej. Szedłem
szczęśliwy, bo nigdy nie wszedłem tak wysoko. Im bliżej szczytu
tym więcej turystów. Głównie Bułgarzy wychodzący na
szlak z dolin i od kolejki. Kiedy byłem już niedaleko szczytu
dostrzegłem za sobą czerwone punkciki. Sześćiu jednakowo ubranych
turystów wspinało się na ścieżkę. Kwadrans później,
kiedy wyprzedzali mnie podczas postoju okazało się, że byli
Niemcami. Wszyscy mieli jednakowe czerwone polary. Kurde, normalnie
„polar korps”…. Ale turystów było dużo więcej –
ściągali ze wszystkich stron. Rozległy wierzchołek Musały
zmieścił przeszło setkę. W stacji znajdującej się na szczycie
serwowano herbatę. Różnojęzyczny tłum wesołych głosów
odcinał się wyraźnie od wcześniejszej ciszy. Zrzuciłem plecak,
kijki oparłem o spory głaz, rozwinąłem mapę. Nagle zobaczyłem,
że ktoś robi zdjęcie. Poruszyłem się myśląc, że może wchodzę
mu w kadr. On jednak pokręcił głową z dezaprobatą. To mi chciał
zrobić fotkę. Zwinął palce w kółko i cmoknął:
„typocznij turist! Model!”. Urosłem.

Z
Musały ruszyłem w stronę Chyże Grynczar. Czekało mnie jeszcze
parę godzin ciężkiego marszu. Większość trasy szła dość
eskponowaną granią, mijałem kolejne szczyty, które jednak
zdążyły się skryć w chmurach. Musała szybko zniknęła z oczu.
Maszerowałem już czwarty dzień i właściwie dopiero teraz
złapałem właściwy rytm. Krok, krok, oddech, krok, oddech, krok –
cudowna harmonia niezmącona ciężarem plecaka. Wieczorem zacząłem
się powoli wykolejać. Coraz częściej zatrzymywałem się dla
zaczerpnięcia tchu. Zszedłem w gąszcz kosodrzewiny. I wtedy
nastąpiło Wtem!

Nic
takiego – ciche szczeknięcie. To mały piesek, przypominający z
umaszczenia i kształtu pyszczka wilka wyczuwszy mój zapach
ostrzegał swoich towarzyszy podróży. Wyłonili się z
zarośli. Najpierw piesek. Potem trzech takich jak ja plecakowców.
Pierwszy z nich, w rybackim kapeluszu uśmiechał się szeroko. Ten
szeroki uśmiech czynił całą jego postać pogodną i ciepłą.
Jego kolega, bardziej korpuletny miał kapelusz Jacka Wolfskina z
szerokim rondem. Na szyi dźwigał profesjonalny aparat. Uważność.
Był to z pewnością człowiek uważny, co można poczytać za
cnotę. Wszyscy trzej byli zapewne fajnymi kolesiami. A ja już po
czterech dniach odczuwałem samotność na szlaku. Cisza w uszach
zaczynała mi już piszczeć; chyba nawet ten pierwszy – ten
usłyszał jak coś mamroczę do siebie. Kiedy bowiem od dłuższego
czasu pozostajesz sam, zaczynasz gadać do siebie jak Robinson. („No
rusz dupę panie Nowaczewski”, „fight, Arturo, fight!”,
„idziesz, Archie, idziesz!”, „Ostro, Archie! Ostro”), takimi
hasłami zwykle zagrzewam się do boju, kiedy kondycja siada.
Przyłapany na gadaniu do sera, człowiek czuje się cokolwiek
głupio. A jak mnie wezmą za psychola? Trójka z pieskiem
wyprzedziła mnie i szłyszałem jeszcze jak iglaste gałęzie
smagają ich płaszcze. Potem nastąpiła cisza. Ale zobaczyłem ich
kwadrans potem – jak na sporej polanie zabierają się do
rozbijania namiotu. Piesek tymczasem podbiegł do mnie. Był to jeden
z tych piesków wędrownych, jakich wiele w górach Riła.
Przyłączają się do turystów w wioskach i idą za nimi
wiele dni. Żywią się w tym czasie tym, co upolują w trawie albo
tego, co wyżebrzą. Pieski wędrowne Riły – najsympatyczniejsi
Cyganie świata… Oczywiście zaraz przyszedł mi do Głowy Miłosz.
Myślałem nie tylko o ludziach, którzy swe szczęścia
postradali, także o pokoleniach piesków im w codziennych
błędnych powrotach i porannych pielgrzymkach towarzyszących. I
raz, nie wiadomo skąd, pewnie we śnie nad ranem, zjawiła mi się
ta śmieszna i czuła  nazwa: „piesek przydrożny”…
I
przyszedł mi do głowy wiersz:

psie oczy wpatrywały się we mnie
oczekując czegoś lubo nie
oczekując.
i tak stanęło przede mną zdanie z
Małego Księcia
Antoine’a de Saint Exupery: jeżeli
mnie oswoisz,
będziemy się nawzajem potrzebować.

wystarczyłoby tak niewiele aby
oswoić psa:
wyciągnąć z plecaka kawałek
chleba,
rzucić w trawę herbatnik. cóz -  czasami zdarzają się
takie sentymentalne historie,
zdarzają się
psy, które obdarzamy imieniem
i kobiety

zamiast
paraboli.

Miałem
ochotę podejść do chłopaków i powiedzieć: „Privet, mena
zawut, Artur, mozna z wami?”. Ale przemogłem się i ruszyłem w
stronę schroniska.

Lyrik aus Polen

1 komentarz

Lichtungen

Po języku czeskim przyszedł czas na język niemiecki… W najnowszym numerze jednego z bardziej renomowanych pism literackich Austrii „Lichtungen” znalazło się kilka moich wierszy. Towarzystwo rodaków także zacne, można bowiem tam również przeczytać wiersze Krzysztofa Karaska, Juliana Kornhausera, Krzysztofa Kuczkowskiego, Wojciecha Gawłowskiego, Wojciecha Kassa, Wojciecha Kudyby oraz Tadeusza Dąbrowskiego.

Po
jakiejś godzinie wysiadłem w Kostenec. Senna mieścina, jakich
wiele u podnóża Riły. Starzy ludzie wysiadujący przed
domami, kontemplujący uliczny bezruch. Była godzina dziewiętnasta,
góry majaczyły się na horyzoncie.

 
Obozowałem
dwa kilometry za miasteczkiem, opodal jeziora, chociaż raczej –
większego stawu. Skryty za niewielką wypukłością terenu oraz za
drzewem mirabelki wtopiłem się w pejzaż i zasnąłem. Podczas
rozbijania namiotu nadeszła burza, krople bębniły o tropik przez
całą noc.
 
Nazwa
Riła oznacza góry pełne wody i wodę pije się tu wprost z
czeszm – znaczy źródełek i niewielkich studzienek albo
wprost z potoków. Z tych gór zapamiętam odcinający się od ciszy dźwięk lejących się z kraników strumieni wody. W największe upały wypijałem jej chyba z 4 litry… Po obejrzeniu efektownych wodospadów
ruszyłem w stronę Borovca. Szlaki wiodące przez pogórze
Riły okazały się słabo oznakowane. Szybko znalazłem się na
manowcach, w ślepym gardle przecinki wiodącej donikąd. Donikąd?
Postanowiłem przedrzeć się przez „donikąd”. Cierniste
jarzyny, pokrzywy wielkości człowieka, zwalone pnie przegradzały
drogę – znalazłszy się na zarośniętym żlebie stawiałem
niepewne kroki na spróchniałych pniach, nie wiedząc, co
kryje się pod spodem. Ciężki plecak nie dawał stabilności, raz
po raz przewracałem się ze wściekłym .”…rrrrwa!” na ustach
i zapadałem się w próchnie. Poparzony, pokłuty – następne
100 metrów pokonywałem trzy kwadranse. To było prawdziwe
„into the wild”.

W
końcu – kolejna przecinka. Schodziłem z gór w stronę
równiny. Łagodne wzgórza, dzikie śliwki –
najróżniejsze! Mirabelki i węgierki, czereśnie – tylko
iść i zrywać. Żołte kwiaty o nieznanej mi nazwie – słupki pół
metra nad ziemię…Tak do wieczora, także przez pogrążone w
letargu od przynajmniej lat kilkunastu podgórskie
eks-letniskowe miejscowości. Płoty i kłódki zżerała rdza, szyby znikały
z okien, trawa zarastała ścieżki, cywilizacja cofała się, kraj
się wyludniał. Taka pełna sprzeczności jawiła mi się Bułgaria
– gdzie indziej ofensywna, nowobogacka, czterogwiazdkowa, tutaj zdawała się rozpadać i zanikać.

Do
Borovca pozostało przed zmrokiem jeszcze kilka kilometrów,
nie udało się złapać stopa – trzeba było więc biwakować na
przypadkowej polanie niedaleko potoku. Następnego ranka obudziła
mnie muzyka – to jakieś 50 metrów dalej zatrzymał się pulsujący bałkańskim
dicho samochód wypełniony Turkami lub Cyganami. Nie widziałem
ich, ale wyobrażałem sobie ich niebieskie dresy z paskami i złote
łańcuchy. Stali
tam blisko godzinę, podczas gdy zwijałem namiot i jadłem mielonkę
turystyczną. Nie uszedłem
sto metrów asfaltem, kiedy jakiś uczynny Bułgar zaprosił
mnie do wnętrza rozklekotanego burozielonego UAZ-a. Trzymając
kierownicę jedną ręką a drugą popijąc kawę z plastikowego
kubka pewnie brał zakręty wijącej się między świerkami szosy.
-Where
are you come from?
-From
Poland, Polsza!
-Aaaa!
Polsza!
-Ty
edin?
-Da,
adin!
-Where
are you going?
-Mu-SA-ła!
-Aaaa!
MU-sała! Chyże MU-sała?
-Da,
Chyże Mu-SA-ła!
-Good!
Good!
I
tak, przekrzykując pyrkot silnika starego UAZ-a sobie rozmawialiśmy
sobie ni to po angielsku, ni to po rusku, ni to bułgarsku. Mignęły
hotele Borovca, mignęły gwiazdki, supermarkety, souveniry…
Mignęła stacja „lifta”, wreszcie mój wybawca zatrzymał
się u wylotu leśnej drogi. Trzaśnięcie drzwi, uścisk dłoni.
-CHY-że
MU-sa-ła! – powiedział wskazując drogowskaz.

Znajdowałem
się więc o dzień drogi od najwyższego szczytu Bałkanów….

Łotewski autobus wiózł mnie na
południe. Zanim wsiadłem w Warszawie, zdążył już odwiedzić
Rygę i Wilno, później zahaczył jeszcze o Kraków,
Bratysławę, Wiedeń zawrócił na Budapeszt, minął Belgrad
by znaleźć się w Sofii. Większość tych miast mijaliśmy w nocy,
więc sprawiały wrażenie nierzeczywistych iluminacji stworzonych na
podobieństwo Bratysławy, Wiednia, czy Budapesztu. Tylko ponury
Belgrad był już szary i ranny, budzący się ze snu. Raz po raz
naszą drogę przecinał Dunaj i sunęliśmy wtedy ponad wielką
przestrzenią. Noc skryła węgierskie równiny i z gór
Słowacji trafiliśmy od razu w dzikie rejony Serbii. W dole wiła
się jakaś rzeka, a my raz po raz wjeżdzaliśmy w czeluście
tuneli. Lecz nim to się stało jeszcze jedna scena przykuła moją
uwagę – było to w mrocznym Szeged, gdzie stanęliśmy około
trzeciej w nocy. Wysiadał tam pewien metal a na dworcu witała go
grupa jego ziomali. Wszyscy długowłosi, w glanach, bojówkach,
wyekwipowani w pieszczochy na nadgarstkach, nazwy zespołów na
t-shirtach zapisane zakrwawionymi zgłoskami. Ta grupa laokoona
rozprawiała o czymś żywiołowo. O czym? W jakim języku? Nie było
słychać, gdyż wszystko oglądałem zza szyby a cała scena była
niema. Zanim zasnąłem przyszedł mi na myśl ten tytuł „metale z
Szeged”. Metale wszędzie są podobni i nad wyraz trwali, ze
świeżym dopływem mrocznych młodzieńców i zbuntowanych
nastek.

Następnego dnia w Sofii wyglądałem
na zagubionego. Nie miałem planu miasta i trochę czasu minęło,
zanim trafiłem do centrum, na placyk, gdzie było dużo stoisk z
książkami. Tam zakupiłem mapy Riły i Pirinu i obmyślałem nowy
plan. Lecz jako zagubiony – wielki plecak w wielkim mieście,
trekkingowe buty, kapelusz zwracałem na siebie uwagę. Nic dziwnego,
że podszedł. Przedstawił się jako „makedonian”, który
od trzech dni nie ma gdzie spać. People so cold in Sofia – mówił.
Nie mam za co wrócić do matki. Mówił płynną
angielszczyzną, w końcu gadkę tę powtarzał przecież dziesiątki
razy. Zrobię wszystko, co chcesz – masz pieniądze, podróżujesz
po świecie, („you have map a Rila”) i już proponował mi, że
zaprowadzi mnie na autobus do Rilskiego Monastyru, który
jeździ tylko raz dziennie. Jeszcze grzecznie podziękowałem. Lecz
to go wcale nie speszyło. Mówił teraz o pieniądzach albo o
czymś do jedzenia. Pewnie byłby to sposób, aby go szybko
spławić. Niestety wypłacone przed chwilą w bankomacie lewy miały
tylko grube nominały. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, ale
„makedonian”ruszył za mną. Teraz już coraz bardziej domagał
się „something”. Nie miałem „something” a cała sprawa
zaczęła mnie już wkurwiać, powiedziałem więc, że nic nie mam i
jeszcze „Go away”. Lecz „makedonian” (wybaczcie Macedończycy)
teraz już prawie wrzeszcząc lazł za mną a z nim jego cholerna
angielszczyzna. Powiedziałem ci wszystko, byłem szczery a you, a
you – wpakował we mnie wykrzyknik – you are a layer! I tak
uszliśmy jeszcze dwa przecznice chuderlawy okularnik uginający się
pod trzydziestokilowym plecakiem i narkoman wykrzykujący „you are
a layer! You are a layer!”. Teraz to już miałem ochotę jebnąć
go trekkingowym kijkiem i kiedy już myślałem, że nie będzie
innej możliwości, żeby uwolnić sie od napastnika, on w końcu
zrezygnował. Rozpłynął się w tłumie tak samo jako się
wcześniej pojawił. W tej chwili obiecałem sobie, że więcej się
nie przyznam do angielskiego, że nie wypowiem w Bułgarii słowa po
angielsku. Nie przyznam się do statusu europejskiego turysty, niech
już lepiej biorą mnie za niskobudżetowego Ruska. Walić angielski,
międzynarodówkę przewodników, walić japońskie
aparaty i „excuse me”.

Historia z „makedonianem” sprawiła,
że zapragnąłem wydostać się z miasta – jak najszybciej. Nie
szukałem już autobusu do Samokov – który odjeżdżał z
jakiegoś dworca południe. (nie wiedzieć czemu nawet w mniejszych
miastach zdarzały się dwa dworce autobusowe, nieraz oddalone od
siebie o sto metrów). Odnalazłem na mapie linię kolejową,
odnalazłem stację Kostenec, kupiłem bilet i upewniwszy się czy
pociąg jedzie we właściwym kierunku ruszyłem w stronę przygody.

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi!


  • RSS