nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009

Dzień siódmy

Rano Bogdan udał się na poszukiwanie wody. Wrócił z napełnioną butelką, ale żółta ciecz nie budziła zaufania. Po krótkiej wymianie zdań z Filipem postanowili ją wylać.
Wyszli znów na dwór i wrócili kwadrans później, teraz już z czystą wodą, którą zaczerpnęli z górnego biegu strumienia. Czesi ruszali już w drogę – w stronę Ribnych Ozer. Bułgarzy nie spieszyli się.
Okazało się, że moi nowi przyjaciele zostali w schronie celowo. Bogdan starannie zamiatał podłogę.
-Tego nauczyłem się w wojsku – żartował – zamiatać.
Nie ruszyliśmy na szlak póki schron nie wyglądał tak jak przed naszym przybyciem. Nie dość na tym – Bogdan przez całą trasę niósł worek, do którego zbierał porzucone na szlaku niedopałki i papierki po batonach. Interesowało go, jak Polacy szanują swoją przyrodę. Czy Tatry są zaśmiecone? – pytał.
Byli znakomitymi kompanami. Starałem nauczyć się jak największej ilości bułgarskich słów.
Tego dnia pogoda była mglista, zimno oblepiało nasze kurtki. Pokonaliśmy kawałek szlaku ubezpieczony linami. Był dość trudny jak na Riłę, przypominał łatwiejsze odcinki Orlej Perci. Decyzja wczorajszego pozostania w Kobylino Braniste była więc słuszna. Chłopakom imponował mój przewodnik Bezdroży – zwłaszcza profile tras, ze szczegółowym kilometrażem. Prawdopodobnie miałem najlepszy przewodnik w Bułgarii. Filip ochrzcił go „kniżką Artura”. Na każdym postoju, kiedy zasiadaliśmy nad mapą chłopacy pytali: Artur a sztoż skażet twoja kniżka?
Zwykle okazywało się, że czas przejścia podany w ” kniżce” był zbyt optymistyczny.
-Człowiek, który pisał przewodnik musiał bardzo szybko iść, nie wliczając postojów i ciężaru plecaka – stwierdził Bogdan, kiedy jego pierwszy zapał wobec przewodnika już opadł.
Potem żartowali – że kniżka oddziaływuje na mnie psychologicznie. Czytając w przewodniku – że do schroniska tylkie dwie godziny, mobilizowałem się popychany naprzód myślą, że to już niedaleko. Tymczasem z dwóch robiły się zwykle cztery.

W kolejnym schronie  (Strasne Ozero) zrobiliśmy dłuższy postój. Z niewiadomych przyczyn regulamin użytkowania był w trzech językach – bułgarskim, niemieckim i… polskim. Wokół roztarczał się prawdziwie groźny alpejski krajobraz – poszarpane granie i niedostępne ściany. Tego dnia Filip miał kryzys formy i zostawał z tyłu. Wyprzedziłem moich przyjaciół i straciłem ich z oczu. Potem czekałem na nich siedząc na dużym głazie. Wyraźnie ucieszyli się na mój widok. Tworzyliśmy już team. Tuż przed schroniskiem Majlovlica zgubiliśmy szlak i przedzieraliśmy się przez wielkie głazowisko. Siąpił deszcz, więc zejście po śliskich kamieniach było dośc niebezpieczne. Chyże Majlovica okazała się dużym dobrze zaopatrzonym schroniskiem. Umieszczono nas w pokoju z małżeństwem Francuzów, które zgodnie czytało książki z godną podziwu zachłannością.W korytarzu słysząc język polski zaczepił nas sympatyczny pan z Kielc. Zdziwił się, że tworzymy bułgarsko-polską ekipę. Wziął nas za Polaków… Siedzieliśmy w świetlicy i oglądaliśmy telewizję. W dzienniku bułgarski premier waląc pięścią w stół mówił o walce z kryzysem. Dziennik zajmował się też ważkim problemem czy znane bułgarskie danie  – szopskaja sałata jest szopskaja czy serbskaja? Poczułem – że jednak jest to dużo mniejszy kraj od naszego. Przynajmniej przez szybę ekranu wyglądał bardziej kameralnie, świat wydawał się odległy i mniej rzeczywisty.

Opowiadałem chłopakom o tym jak w Polsce zdobywam korone gór polskich. Wzbudziło to ich szczere rozbawienie. W Bułgarii nikt by nie pomyślał o tym, żeby chodzić po górach z takim kluczem. Niemniej Filip pokazał mi książeczkę towarzystwa krajoznawczego, gdzie wymieniano sto najsłynniejszych atrakcji turystycznych w całej Bułgarii. Dotąd miał około dwudziestu pieczątek. Błądząc palcem po mapie opowiadał o ciekawych miastach, które znajdują się w Rodopach. Dowiedzialem się o istnieniu szlaku e3, który idzie przez całą Bułgarię -od granicy z Serbią, przrez pasmo Starej Płaniny aż do Morza Czarnego. Myśl wyprawy tym szlakiem zawładnęła mną całkowicie.Jeden z pracowników schroniska obchodził urodziny. Miałem dzięki temu okazję zobaczyć tradycyjny taniec choro. Trzymając się za ręce młodzi ludzie tańczyli przy dźwiękach bułgarskiego folku.

Dzień ósmy…

przyniósł zdobycie słynnej Majlovicy (2729), której północna ściana stanowi największe wyzwanie dla wspinaczy w Rile. Po drodze minęliśmy cmentarzyk ludzi gór – otwarta książka górskich tragedii. Od Himalajów po Alpy Julijskie, Pirin i Riłę. Zadziwiały nas też pasące się na halach konie, które samopas wchodziły niemal wszędzie. Na szczycie Majlovicy robiliśmy sobie fotki – pokazaczyłem trochę i położyłem się na skraju przepaści. Na innym zdjęciu, które Filip zrobił z samowyzwalacza – wszyscy trzej w kapeluszach wyglądamy jak trzej muszkieterowie. Szlaki były prawie puste, tylko na samej Majlovicy była spora grupka turystów – oczywiście Bułgarzy, Czesi, Polacy, była nawet para z Izraela. To paradoks, że globalizacji doświadcza się najbardziej na górskich szlakach. Jeszcze taki obrazek został mi  z tego dnia – na grani była spora szczelina, która chroniła nas przed wiatrem. Bogdan gotuje czaj na gazowej maszynce. Biorę w zmarznięte dłonie ciepły kubek i cieszę się tym zimnem, herbatą i mgłą…
A na koniec dnia – widzimy już dolinę siedmiu jezior. Wtedy spotykamy „rodzinę Moro” – ojciec ubrany w stylu wędkarsko-militarnym, za nim podąża żona, córka podlotek i trzech malców. Taki patriarchalny obrazek…

W dolinie sidmiu jezior jest już Białe Bractwo – tysiące namiotów obsiadły wzgórza, wyglądają zza krzaków kosodrzewiny, pstrokacizną tropików, pulchnymi kształtami iglo. O bractwie niewiele można w Polsce przyczytać, chyba że w jakichś wróżkach, nieznanych światach nie z tej ziemi. Sektę założył Peter Dynow na przełomie XIX i XX wieku. Posiadał wysztacenie medyczne i teologiczne, komponował też muzykę do tańców, które dzisiaj uczniowie uprawiają niczym jogę. Raz do roku w sierpniu Bractwo zbiera się w dolinie siedmiu jezior, w środku parku narodowego by tańczyć, zdobywać harmonię z naturą itd. itd. Ten ekologiczno-religijny sos mało mnie przekonywał, kiedy widziałem zadeptywaną przez członków Bractwa dolinę. Setki ludzi ubranych na biało dreptało do żródełka po butelkę wody i było po raz pierwszy w czasie całej podróży tłoczno jak w Tatrach. Na te wszystkie imprezy Bractwo dostaje zezwolenie do bułgarskiego rządu. Wyobraziłem sobie, co by się działo, gdyby taki ruch działał w Polsce… Zabrakło mi nagle wpływów naszego Kościoła, poczułem, że jeden z głównych języków, który weryfikuje rzeczywistość, tutaj jest nieobecny – groźne słowo sekta traci swoją moc, w chwili gdy rząd zmienia prawo (w całej Rile nie wolno biwakować) dla jakiejś niuejdżowskiej grupy religijnej. Ale być może – stosunek rządu do tej grupy jest wyznacznikiem wolności – za komuny Białe Bractwo przetrwało w podziemiu i swoje obrzędy odprawiało w tajemnicy. Takie doświadczenie konsoliduje grupę, przetrwali i są liczni, przybywają z całego świata… Po prawdzie w obozowisku Białego Bractwa znajdowały się czarne owce. Na przykład mój czarny polar krążył bezkarnie wśród białych koszulek polo – a nasze dwa nieoznaczone namioty przycupnęły na jednej z namiotowych uliczek wijących się wśród krzaków koserzewiny i skał. Było więcej takich czarnych donpedrów jak my.
Następnego dnia idąc do kibla zauważyliśmy przygotowane do drogi wielkie plecaki i zwinięte już namioty.
-Patrz, Biełyje Bractwo – tak kak my – powiedziałem i wskazałem palcem swój polar.
-Białyje Bractwo, cziornyje bractwo – zaśmiał się Bogdan.

Dzień dziewiąty

Przed południem, bez plecaków obeszliśmy dolinę siedmiu jezior. Śniadanie jedliśmy w dużym nowym schronisku, które wyrosło na końcu krzesełkowego wyciągu. Rozmowa toczyła się na temat standardu w górskich schroniskach. Polskie mają trochę lepsze warunki niż bułgarskie.
-A to? – spytał Bogdan.
Siedzieliśmy w wypasionym eleganckim barze.
-To, nie chyża, to hotel – obruszyłem się, wzbudzając rozbawienie kolegów.
Ten dzień był już ostatnim w naszej wspólnej podróży. Filip wracał do Płowdiw, Bogdan został w dolinie Siedmiu Jezior a ja ruszyłem do schroniska Iwan Vazov. Odprowadzili mnie na przełęcz. A nawet na zmianę taszczyli mój ciężki plecak. Przypomniała mi się pieśń o przyjacielu Wysockiego i zrobiło mi się „żałko” na duszy. Teraz ja tam a oni tam, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy? Serdecznie uściskałem obydwu. I zstępowałem rozległą połoniną w kierunku Iwan Vazov.
Nagle zauważyłem korowód znajomych postaci. To ojciec Moro ze swoją rodziną, z którym rozmawialiśmy wczoraj.
-A czemu dzisiaj sam? – spytał patriarcha.
-To byli moi przyjaciele z gór, szliśmy razem kilka dni a teraz oni tam, a ja tu – wyjaśniłem. -Oni Bułgarzy a ja Polak.
Poprzedniego dnia nawet nie zauważyli, że jestem z zagranicy. Wyglądałem po prostu za najbardziej nieśmiałego z naszej trójki.
-A my byliśmy tam – powiedziała żona Pana Moro. – i wskazała na najwyższy szczyt rysujący się na horyzoncie.
-I wsie tam byli, malcziszki toże? – spytałem.
Potwierdziła.
-Minienki gieroi! – pochwaliłem malców swoim dziwaczno ni to rusko ni to bułgarskim językiem.
-Minienki gieroi! – zaśmiała się Pani Moro – i dłonią zmierzwiła włosy najmłodszemu z chłopaczków. -On trochę po rusku – mówi zwróciła się do męża.
Naprawdę – dopiero z trzydziestokilowym plecakiem czuję się dopiero jak prawdziwy facet, dopiero wtedy ważę tyle co Tomasz Adamek…
-No nas już czas! Wycieczka, naprzód – zakomendorował po bułgarsku Pan Moro. I ruszył pierwszy a za nim żona z córką i gęsiego chłopcy…
Teraz poczułem się naprawdę sam.

Ale dzień wymyka się narracji. To nie był jeszcze koniec przeżyć tego dnia. Pogoda była śliczna. O godzinie siedemnastej znalazłem się w schronisku. Było puste. Spytałem chłopaka z recepcji czy mogę zostawić plecak w jadalni. Na tym pustkowiu niektórzy pozwalali sobie nawet zostawiać rzeczy wprost na szlaku, na rozstajach dróg. Rzecz w Polsce niebywała. Ruszyłem dalej, na lekko. Upajałem się przestrzenią i tą lekkością – bo bez plecaka, który wciskał mnie w ziemię od dziesięciu dni czułem się lekki jak piórko, dwa centymetry nad ziemią. Szedłem szlakiem, zgubiłem szlak, to poszedłem ścieżką, ścieżka się urwała, to zacząłem wchodzić na strome zbocze, które było rodzajem łagodnej przepaści. Wcześniej zdążyłem minąć pasterza na mule. Jakąś porzuconą ciężarówkę na brzegu drogi. Południowe zbocza Riły stanowiły już zapowiedź suchego Pirinu. Było pięknie, bajecznie księżycowo. Wlazłem na szczyt – miał 2664 metry. Riłę było widać jak na dłoni – cała trasa, którą przebyłem – wreszcie wyburzyła się zza chmur Musała, sylwetka Majlovicy była nader wyraźna. Za mną świat oswojonych nazw, przede mną jeszcze nie wypełniony doświadczeniem i drogą abstrakcyjny Pirin.
Oto jedno z tych miejsc granicznych, gdzie dusza wylewa się z ciała i łączy się z górami, przestrzenią obłoków.
Boże, jaki jestem szczęśliwy! – zabrzmiało w środku czysto i wyraźnie.
Schodziłem powoli z góry, przez zakręt śmierci, za którym zniknęła piękna panorama. Zmrok zmieniał już barwę masywu. Ostatnie promienie słońca wyciekały ze skał.
To już dzisiaj koniec?
Tak, dzisiaj to już koniec.

PS.
Blog Filipa (po bułgarsku) opowiada również o naszej podróży i ilustrowany jest pięknymi zdjęciami

http://fil-travel.blogspot.com

A to muzyczna podróż do Bułgarii:
Isihija

Riła,
dzień piąty: z Chyży Grynczar w kierunku Ribnych Ozer. Połoniny
położone na wysokości 2500 metrów. Upojenie powietrzem,
marszem. Połykanie kilometrów i krajobrazów. Ogrom
masywów, mnogość jezior…

Jeziora
niebieskie, błękitne, zielonkawe a czasem tak przeźroczyste, że
z odległości kilometra widać każdy kamyczek na dnie…
Przyzwyczaiłem do chyży, do narciarskich prześmierdłych kibli. W
schroniskach kupowałem „odno bira” i wyczekiwałem na to, co się
zdarzy. W Rybnich Ozerach spotykam Polaków – Julka i Jaś
jak się okazało dotarli do Bułgarii tym samym autobusem –
wpadliśmy na siebie po prawie tygodniu idąc z różnych stron
pasma – oni z zachodu, ja od wschodu. Wymieniamy się namiarami,
ale nie ma tu zasięgu komórek – nowi znajomi znikają
gdzieś w ciemnościach, nie mogę odnaleźć ich namiotu. W
schronisku za to zakwaterowany jestem z czeskim małżeństwem – rano
wyruszam w ich towarzystwie na szlak. Oprócz nas są znajomi z
widzenia – dwóch Bułgarów (tych od pieska),
niezidetyfikowany Irokez – chyba z Wielkiej Brytanii. Początkowo
przedzieramy się przez gęstwinę kosodrzewiny, potem pokonujemy
jakiś szczyt. Ian prowadzi, jego żona i ja drepczemy z tyłu.
Doganiamy Bułgarów częstują nas herbatnikami. Pogoda jest
zmienna, wkrótce opada na nas mgła, groźnie się chmurzy nad
graniami. Docieramy do schronu – „zasłony” Kobylino Braniste.
„Zasłona” przypomina szopę albo działkową budę zbitą z
desek. Nad wejściem wisi czerep zdechłej krowy. W środku dziesięć
pryczy, piec – można napalić i się ogrzać. O dziwo wszystko to
stoi tutaj już ze czterdzieści lat…

 

od lewej: Bogdan, Arturo, Filip

Ian
z żoną decydują się zejść do Rilskiego Monastyru – kończą
im się zapasy. Ja i Bułgarzy zostajemy. Bogdan i Filip, bo tak się
nazywają moi nowi towarzysze, są inżynierami z Płowdiw. Bogdan –
to ten uśmiechnięty w rybackim kaplindrze, Filip – to uważny
fotograf. Okazuje się, że piesek odłączył się od nich w Rybnych
Ozerach. Uwijamy się w naszym przygodnym gospodarstwie – z
niedalekiego szałasu pasterskiego przynosimy drzewo na opał. Po
obejściu kręcą się kury, szczeka duży przywiązany do budy
pasterski pies. Bogdan wrzucając drewno do pieca mówi, że
piece tego typu można spotkać w całej Bułgarii. Tymczasem Filip
coś notuje w niewielkim kajecie. Zagadnięty o to, odpowiada, ze
pisze bloga. Każdy dzień podróży ilustruje zdjęciami i na
bieżąco stara się już dopasować do nich opis, póki ma
wszystko świeżo w pamięci. Przez otwarte drzwi „zasłony”
patrzymy na szalejący na zewnątrz żywioł – burza z piorunami i
ściany deszczu. My tymczasem grzejemy się w ciepełku. Dzielimy się
jedzeniem – Bogdan podaje mi „biskuity” (herbatniki)
posmarowane jakąś apetyczną mazią. Ma tego cały słoik -maź
nazywam na swój użytek „specjałem Bogdana”. „Specjał”
jest bardzo pożywny. Dwa biskuity i jakbyś kanapkę zjadł. Później
Bogdan zdradził mi tajemnicę przepisu. Jest on bardzo prosty.
Bierzemy pół słoika miodu i mieszamy pół na pół
z „hazanem”, znaczy sezamową chałwą. Trzeba tę mieszankę
dobrze wybełtać i gotowe. Niestety za te pyszności mogę się
zrewanżować chińską zupką i konserwą – przedstawiam te dania
chłopakom jako „polsko-kijtajskij sup.” i „polsko-tyrolskoj
konsierwu”. Jemy sobie, zakąszamy a na dworze leje i leje. Nagle
staje w strugach deszczu zakapturzona postać. Zielony płaszcz w
ostrym kapturze, normalnie desant z Rivendell. Machamy do postaci
przyjaźnie – choć do nas! Bywaj! Tu Bywaj! Postać wchodzi. Już
myślimy, że zyskaliśmy czwartego towarzysza, ale gościu
wyprowadza nas z błędu:

-Ale
nas jest sześćiu! – mówi.

I
wchodzą teraz gęsiego do szopy, jeden za drugim, w identycznych
płaszczach, parując deszczem, śmierdząc potem i zmęczeniem.
„Sześciu Czecha”, ale nie – w tym komandzie są i dziewczyny.
Cała niewielka powierzchnia schronu wypełnia się momentalnie
buciorami, skarpetami i prędką czeską mową. Czesi rżną w karty
przekrzykując się i przekomarzając. Być może to jest wyższość
samotnej wędrówki; grupy przyjacielskie wyjeżdżąjące w
góry tak naprawdę mentalnie nigdzie nie wyjeżdżają,
Rozgadani, skupieni na własnych przywiezionych z domu wątkach,
czują się bezpiecznie i nie potrzebują ludzi z zewnątrz. Potem
wrócą do domu i w tym samym gronie będą oglądać zdjęcia
z Riły, przypominając sobie lapsusy i dowcipy popełnione w drodze,
zaczynając lekturę fotografii od wyrazu własnych twarzy…

Po
zmroku pod szopę podchodzi puszczone samopas stado krów.
Wypełniają nocną ciszę niepokojącymi szmerami. Ktoś zamyka
drzwi. Pomieszczenie wypełnia ciemność i chrapanie. Nim zasnę
będę chłonął rozległość tej nocy….


zaproszenia

Brak komentarzy

Zapraszam na spotkania z moim udziałem:

6 października, Gdańsk
(wtorek) o godz. 18 00 w Filii Gdańskiej (Gdańsk, ul. Mariacka 42) spotkanie z cyklu „Gdańska tożsamość: moje wybory. Rozmowy o książkach”.

11 października, Bydgoszcz
(niedziela, godz. 14), Radio Pomorza i Kujaw, ul. Gdańska 48) Rola pism
literackich w wyznaczaniu nowych trendów w polskiej prozie – debata
literacka (Darek Foks, Magdaleny Rabizo-Birek, Mieczysław
Orski, Artur Nowaczewski, Adrian Sinkowski, Paweł
Dunin-Wąsowicz i Krzysztof Myszkowski).


 


  • RSS