Riła,
dzień piąty: z Chyży Grynczar w kierunku Ribnych Ozer. Połoniny
położone na wysokości 2500 metrów. Upojenie powietrzem,
marszem. Połykanie kilometrów i krajobrazów. Ogrom
masywów, mnogość jezior…

Jeziora
niebieskie, błękitne, zielonkawe a czasem tak przeźroczyste, że
z odległości kilometra widać każdy kamyczek na dnie…
Przyzwyczaiłem do chyży, do narciarskich prześmierdłych kibli. W
schroniskach kupowałem „odno bira” i wyczekiwałem na to, co się
zdarzy. W Rybnich Ozerach spotykam Polaków – Julka i Jaś
jak się okazało dotarli do Bułgarii tym samym autobusem –
wpadliśmy na siebie po prawie tygodniu idąc z różnych stron
pasma – oni z zachodu, ja od wschodu. Wymieniamy się namiarami,
ale nie ma tu zasięgu komórek – nowi znajomi znikają
gdzieś w ciemnościach, nie mogę odnaleźć ich namiotu. W
schronisku za to zakwaterowany jestem z czeskim małżeństwem – rano
wyruszam w ich towarzystwie na szlak. Oprócz nas są znajomi z
widzenia – dwóch Bułgarów (tych od pieska),
niezidetyfikowany Irokez – chyba z Wielkiej Brytanii. Początkowo
przedzieramy się przez gęstwinę kosodrzewiny, potem pokonujemy
jakiś szczyt. Ian prowadzi, jego żona i ja drepczemy z tyłu.
Doganiamy Bułgarów częstują nas herbatnikami. Pogoda jest
zmienna, wkrótce opada na nas mgła, groźnie się chmurzy nad
graniami. Docieramy do schronu – „zasłony” Kobylino Braniste.
„Zasłona” przypomina szopę albo działkową budę zbitą z
desek. Nad wejściem wisi czerep zdechłej krowy. W środku dziesięć
pryczy, piec – można napalić i się ogrzać. O dziwo wszystko to
stoi tutaj już ze czterdzieści lat…

 

od lewej: Bogdan, Arturo, Filip

Ian
z żoną decydują się zejść do Rilskiego Monastyru – kończą
im się zapasy. Ja i Bułgarzy zostajemy. Bogdan i Filip, bo tak się
nazywają moi nowi towarzysze, są inżynierami z Płowdiw. Bogdan –
to ten uśmiechnięty w rybackim kaplindrze, Filip – to uważny
fotograf. Okazuje się, że piesek odłączył się od nich w Rybnych
Ozerach. Uwijamy się w naszym przygodnym gospodarstwie – z
niedalekiego szałasu pasterskiego przynosimy drzewo na opał. Po
obejściu kręcą się kury, szczeka duży przywiązany do budy
pasterski pies. Bogdan wrzucając drewno do pieca mówi, że
piece tego typu można spotkać w całej Bułgarii. Tymczasem Filip
coś notuje w niewielkim kajecie. Zagadnięty o to, odpowiada, ze
pisze bloga. Każdy dzień podróży ilustruje zdjęciami i na
bieżąco stara się już dopasować do nich opis, póki ma
wszystko świeżo w pamięci. Przez otwarte drzwi „zasłony”
patrzymy na szalejący na zewnątrz żywioł – burza z piorunami i
ściany deszczu. My tymczasem grzejemy się w ciepełku. Dzielimy się
jedzeniem – Bogdan podaje mi „biskuity” (herbatniki)
posmarowane jakąś apetyczną mazią. Ma tego cały słoik -maź
nazywam na swój użytek „specjałem Bogdana”. „Specjał”
jest bardzo pożywny. Dwa biskuity i jakbyś kanapkę zjadł. Później
Bogdan zdradził mi tajemnicę przepisu. Jest on bardzo prosty.
Bierzemy pół słoika miodu i mieszamy pół na pół
z „hazanem”, znaczy sezamową chałwą. Trzeba tę mieszankę
dobrze wybełtać i gotowe. Niestety za te pyszności mogę się
zrewanżować chińską zupką i konserwą – przedstawiam te dania
chłopakom jako „polsko-kijtajskij sup.” i „polsko-tyrolskoj
konsierwu”. Jemy sobie, zakąszamy a na dworze leje i leje. Nagle
staje w strugach deszczu zakapturzona postać. Zielony płaszcz w
ostrym kapturze, normalnie desant z Rivendell. Machamy do postaci
przyjaźnie – choć do nas! Bywaj! Tu Bywaj! Postać wchodzi. Już
myślimy, że zyskaliśmy czwartego towarzysza, ale gościu
wyprowadza nas z błędu:

-Ale
nas jest sześćiu! – mówi.

I
wchodzą teraz gęsiego do szopy, jeden za drugim, w identycznych
płaszczach, parując deszczem, śmierdząc potem i zmęczeniem.
„Sześciu Czecha”, ale nie – w tym komandzie są i dziewczyny.
Cała niewielka powierzchnia schronu wypełnia się momentalnie
buciorami, skarpetami i prędką czeską mową. Czesi rżną w karty
przekrzykując się i przekomarzając. Być może to jest wyższość
samotnej wędrówki; grupy przyjacielskie wyjeżdżąjące w
góry tak naprawdę mentalnie nigdzie nie wyjeżdżają,
Rozgadani, skupieni na własnych przywiezionych z domu wątkach,
czują się bezpiecznie i nie potrzebują ludzi z zewnątrz. Potem
wrócą do domu i w tym samym gronie będą oglądać zdjęcia
z Riły, przypominając sobie lapsusy i dowcipy popełnione w drodze,
zaczynając lekturę fotografii od wyrazu własnych twarzy…

Po
zmroku pod szopę podchodzi puszczone samopas stado krów.
Wypełniają nocną ciszę niepokojącymi szmerami. Ktoś zamyka
drzwi. Pomieszczenie wypełnia ciemność i chrapanie. Nim zasnę
będę chłonął rozległość tej nocy….