nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

Ach i jeszcze o jednej scenie nie napisałem. Wieczór koło stodoły – palimy ognisko. Ogień skwierczy w ciemnościach. Pijemy wino. Grzeją się w żarze kartofle, opiekają się kiełbasy. Przychodzę państwo Cesakovie, staruszkowie z sąsiedztwa. Pan Cesak trzyma się dziarsko, chociaż ósmy krzyżyk dźwiga na karku. Mówi chrapliwym głosem. Milos prowokuje go do opowieści.
-A powiedzcie, panie Cesak, jak to było po zamachu na Haydricha…
Pan Cesak mieszkał w Pradze, tuż przy samym Moście Karola.
-Ooo – odpowiada – były straszne represje. Przeszukiwali dom po domu, nikt nic nie powiedział… Był zakaz wychodzenia na ulicę. A mój ojciec…
I następuje opowieść o ojcu pana Cesaka, piekarzu o imponującej posturze, który w dzień zamachu, kiedy ulice opustoszały wyszedł przed drzwi swojej piekarni i patrzył hardo na przechodzących obok żołnierzy. A oni nic nie zrobili mu, brali tylko chleb…
-Jeśli ktoś mówi, że Czesi to tchórze, to łże- mówi Milos.
I widzę, że jego łagodna twarz zapala się gniewem.
-Łże – powtarza mój czeski przyjaciel i milcząc patrzy się przez chwilę w ogień.

W Giermaniju rzecz jasna nie dojechałem. Wysiadłem zgodnie z planem w Pradze.

Miałem przed sobą cały dzień włóczenia się po mieście. Nie wyspałem się w autobusie, więc kimałem nad Wełtawą, zwinięty na ławce jak kloszard, z plecakiem pod głową. Nie byłem tu od siedmiu lat, ale nie zajmowałem sobie głowy wspomnieniami. Poruszanie się między Małą Straną, Starym Miastem, Petrinem a Placem Wacława nie stanowiło dla mnie problemu. Spałem na trawniku niedaleko kolejki na Strachow, gdzie niegdyś nocowałem w akademikach. Przyglądałem się jak przy fontannie bawi się dwuletni brzdąc, który przyszedł tu z matką. Życie dla tego dwulatka jest jak wielki nieogarniony sen; budząc się dnia następnego pewnie ledwie będzie pamiętał fontannę; euforię strumieni wody w jasnych promieniach słońca. Może przypomni sobie tego niesfornego setera, który wpadł do fontanny i zamaszyście wytrzepał się z wody. Teraz odpoczywam, ale kiedy dni skrócą się, kiedy wrócę do swojego północnego portu nad chłodną zatoką, znów nie będę mógł zasnąć i noc będzie miała ostrą krawędź.   Będę znów bał się bezruchu, czasu przeciekającego przez godziny, które można wypełnić czymś sensowniejszym. Tutaj, przy tej fontanience leniuchowanie było czystą przyjemnością. Kiedy piszę tę notkę teraz, trzy miesiące później, za mną cały dzień strawiony bez słońca. Dobrze, że mogę teraz odbić się od tego jasnego wspomnienia. Upał jest cholerny, kiedy lenię się na Kampie, kiedy koczuję na moście Karola. Przechodzi wycieczka za wycieczką, za wycieczką wycieczka. Włosi, Niemcy, Polacy… Czekam na Milosa pod rzeźbą św. Ludgardy. Niezwykłe to działo jest pomyślane tak, aby jego sens odsłaniał się z lotu ptaka, tak jakby patrzył na nie Bóg. To pamiętam powiedział mi Milos na przywitanie. Później posiedzieliśmy trochę z Jardą w niewielkiej knajpce parę przystanków dalej. Spać poszliśmy wcześnie. Następnego dnia ruszaliśmy bowiem na Vyzinę…

Droga szybko wyprowadza nas z miasta, z radia leci Orawa Kilara i cały pejzaż wypełnia się euforią. Samochód wspina się na niewielkie wzgórza, by potem łagodnie opadać w kolejną sielską perspektywę. Dużo lasów. Wzgórza sięgają chyba ośmiuset metrów nad poziom morza. Ale różnice wysokości jak na Kaszubach. Okolica wypełniona jest mnóstwem historii a Milos gawędziarzem jest wyśmienitym. Ziemia jest dotknięta cierpieniem, a jednak jakoś jest w stanie się zabliźniać. Zakorzenienie – być może coś, co trudno jest mi dziś doświadczyć. W okolicy jest zalew, z którego czerpie się wodę pitną dla Pragi. Zalew otulony jest przyrodą i masą zakazów, ochronnych warstw i stref. Najpierw jedziemy w miejsce, gdzie zginął czeski partyzant, którego nazwisko wciąż mi ulatuje. Styczeń, luty 1945 roku – III Rzesza ledwie dyszy, ale tutaj wciąż jeszcze są Niemcy i wciąż znajują się konfidenci wydający członków czeskiego ruchu oporu… Jedziemy wąską leśną szosą, którą niegdyś zmierzał do śmierci ów partyzant (z pewnością jego nazwisko wstawię do tej opowieści, bo trzeba ludziom przywracać ich prawdziwe imiona). Po obu stronach drogi kryją się już esesmani. W tej chwili z radia leci jakaś ponura tonacja, cienie drzew przelatują nam po twarzach. Jedziemy na miejsce zasadzki, gdzie przelano krew. Byłem przecież w obozach koncentracyjnych, więc cóż ta droga, która prowadzi donikąd i schodzi pod powierzchnię wody, cóż te cieniste rozlewisko? Może chodzi o to, że lęk jest bardziej pierwotny, czyha na pojedynczego wędrowca? Tych trzech czeskich partyzantów, którzy zginęli w zasadzce w lutym albo styczniu 1945 roku – śmierć z dala od wielkich narracji, od holokaustu, od ruin Warszawy. Coś jak jeden z ostatnich rozdziałów Władcy Pierścieni, coś jak porządki w Shire, gdzie wpadł złachmaniony Saruman z bandą tępych orków i jeszcze dręczy spokojną okolicę, nie mogąc licząc na zwycięstwo – kończy więc jak skamlący dziad, daleki od huku legionów, które onegdaj wyszły z Isengardu. Zło, które nie chce się skończyć, zło żałosne a przecież nadal groźne.

A potem – olśniewający widok na Wyżynę. Piaszczysta droga kończąca się przy dwustuletnim kamiennym domu Milosa. Prąd tylko na baterie, wiele starych sprzętów, dzieciaki ganiają za piłką, Jana przygotowuje obiad. Spać będę w domku córki Milosa, który nazwałem na własny użytek domkiem Ani z Zielonego Wzgórza. Z plakatu spogląda na mnie Orlando Bloom. Duch Jacka Sparrowa wstępuje w moje podarte portki. Czuć tu na każdym kroku trwanie. Ufundowana przez Milosa i jego rodzinę kapliczka zdaje się tu być od zawsze. Ich rodzinna historia wpisuje się w tą ziemię, z której przecież Milos pochodzi… Oto MIEJSCE. Snuję się po okolicy – przecinam zagajniki i polne zagony. Oglądam romański portal kościółka, który ocalał nad brzegiem zalewu. A kawałek dalej jest już wioska, której nie ma… Album z jej fotografiami przeglądam przy stole, siedząc w dwustuletniej kuchni, której powała pamięta Napoleona zwycięstwo pod Austerlitz. Od czasu do czasu łykniemy śliwowicy. Wiele opowieści już skupiło się tutaj, chociaż dom dopiero od paru lat jest tu bezpieczną pzystanią i… ośrodkiem kulturalnym przyciągajacych oryginałów z całej okolicy. To je paradiso – można rzec. Parę kilometrów dalej zaś – miejscowość, gdzie urodził się Mahler. W knajpie poznaję przyjaciół Milosa i Jany, przybyszów z Pragi, ale i sedlaków (gospodarzy). Jednego z nich, Honzę – odwiedziliśmy dzień potem, oglądałem gospodarstwo i przemyślność rozwiązań XIX stulecia. Honza sam ma złotą rękę do wszystkiego – jego dzieci jak na survivalu śmigają nad wodą stawu trzymając się liny. Również i ja korzystam z tego urządzenia. Niedaleko jest też knajpa Jerrycho, gdzie  każdy otrzymuje swój numer. Dzięki temu wiem, że przede mną przeszło dwustu gości odwiedziło to miejsce. Kto przybędzie tu po raz drugi pić może za darmo. Mam nieodparte przeczucie, że zawitam jeszcze w gościnne progi Jerrego.

Ostatni wątek tej wyprawy wiąże się z Jaroslavem Haskiem. Odwiedzamy knajpę, gdzie pisał Szwejka, oglądamy domek, gdzie zmarł wreszcie idziemy na cmentarz. Patrzy na nas panorama miasta z imponującym zamczyskiem w kształcie jak to słusznie zauważył pisarz – lokomotywy. Pensjonat i lokal, w którym powstał Szwejk należy do Haska wnuka. Sześćdziesięcioletni ten mężczyzna podobno z usposobienia i wyglądu przypomina swojego dziadka. Wreszcie ostatnie wspomnienie – wsiadam na stacji, gdzie niegdyś Hasek wysiadł. Stwierdził, że miejscowość jest podła, ale zobaczywszy po drugiej stronie ulicy pijalnię już na tej ziemi pozostał i napisał dzieło swojego życia. Ja zaś odjeżdżam w kierunku Cieszyna. Cieszyn miasto o dwujęzycznych napisach z dwoma rynkami, dwoma odrębnymi organizmami, dziwne miasto syjamski-bliźniak. Przechodzę pieszo przez most, za którym zaczyna się Polska. Nie było mnie w ojczyźnie 28 dni.

No!
Poprzednia podróż spisana. Znaczy – czas ruszyć dalej.

Sofia

4 komentarzy

Nocuję w hostelu przy bulwarze Marii Luizy. Powinna mnie ostrzec „tropikalna” nazwa… Wieczorem dyżurne kokoty niedwuznacznie pytały, czy nie potrzebuję kobiety… W nocy drzwi pokoju otworzyły się i stanęło w nich dwóch Rumunów. Jeden ważył sto dwadzieścia kilo i zaraz zwalił się na tapczan rozsnuwając wokół siebie zapach przetrawionego alkoholu. Drugi okazał się nałogowym palaczem, który wypełnił momentalnie pokój smrodem wyjątkowo podłego tytoniu. Grubas zaczął chrapać. Lecz co to było za chrapanie! Co za linia melodyczna, pauzy, wibracje,  świst i furkot; sapanie i charczenie, charki, warki, gile i smarki… Facet dławił się własną krtanią… Jego kolega wypuszczał kłęby dymu, które wsiąkały w pościel i włosy, zetlałe firany.To była długa noc i krótki przerywany sen.

W ciągu dnia – snułem się po mieście. Polubiłem Sofię – miasto nie miało w sobie nic z molocha. Nie czuć było tutaj wielkomiejskiego pędu. Dziewiętnastowieczne wąskie ulice i leniwie sunące tramwaje. Szczególnie upodobałem sobie ulicę Grafa Ignatiewa, gdzie na niedużym placu rozłożyły się stoiska z książkami. Czytałem napisy na grzbietach i noty na okładkach. „Bułgarzy zbyt mało znają swoją bogatą historię” – można było przeczytać na skrzydełkach opasłej historii Bułgarii. Przeważały publikacje o głębokim średniowieczu, o Bułgarii trzech mórz. Ale sporo było również publikacji z czasów powstań narodowych, wojen rosyjsko-tureckich i bałkańskich. Znajdowałem też wspomnienia o Sofii z czasów przedwojennych wypełnione fotografiami miasta. Zwiedziłem wszystkie cerkwie i sobory w centrum. Przed jedną z nich moją uwagę zwrócił Archetypiczny Dziad. Zgarbiony, z długą białą jak śnieg brodą, ubrany w bułgarski strój ludowy zdawał się być wyjęty z zeszłego stulecia. Zbierał jałmużnę – ludzie przebiegali obok i wrzucali mu coś do skarbony, czasem zatrzymywali się z on zamieniał z nimi kilka zdań, żywo gestykulując. Byli też tacy, którzy wrzucali mu coś w biegu do skarbonki. Archetypiczny Dziad kłaniał się i drobnym krokiem przemierzał plac.

Po południu miałem spotkać się z Jordanem. Nie widzieliśmy się osiemnaście lat. W jednej ławce spędziliśmy piątą i szóstą klasę w szkole sowieckiej w Korei Północnej. Co tam robiłem nie czas opowiadać. W każdym razie mieliśmy wiele wspólnych pięknych  wspomnień – na jego urodzinach po raz pierwszy tańczyłem ze swoją pierwszą miłością; uganialiśmy się za piłką ćwicząc dwójkowe akcje, bo tworzyliśmy jeszcze wraz z Jurijem z Syberii i Ukraińcem Dimą drużynę „reszty świata”, która toczyła odwieczną wojnę z drużyną Moskwiczan tzw. „posolskich” (ambasadzkich). Spotkanie z Jordanem było jednym z moich celów podróży do Bułgarii. Rok temu odnaleźliśmy się na rosyjskich portalu odnokłasniki. Kiedyś wydawało się, że już nigdy się nie zobaczymy, ale któż z nas mógł wtedy przewidzieć powstanie internetu? Teraz stałem „na garze” (dworcu) w Sofii i czekałem na przyjaciela. Pamiętałem go jako drobnego chłopaka, który sięgał mi do ucha. Teraz pojawił się wielki napakowany facet, który mógłby walczyć z powodzeniem w wadze ciężkiej. Zastanawiałem się, czy będziemy mieli o czym rozmawiać. Zaskakująco łatwo znaleźliśmy jednak wspólny język. Swobodnie przechodziliśmy od wspomnień, starych zdjęć do obecnego życia. Nie było przypadku w tym, że siedzieliśmy w jednej ławce i los skrzyżował nasze ścieżki. Wielką radością jest zyskać nowego przyjaciela, ale czy nie większą odzyskać starego? Bo tak się poczułem. Ślepa odnoga czasu odzyskała blask i barwę. Myślę, że dla Jordana było to dość niezwykłe spotkanie. Sądzę, że dla moich nowych i starych przyjaciół z Bułgarii byłem absurdalną, na poły baśniową postacią. I gościli mnie również w sposób serdeczny, baśniowy. Dwa dni spędziłem z Jordanem i jego rodziną. Poznałem jego żonę i śliczną trzyletnią córkę Aleks. Rodzice Jordana także przyszli mnie zobaczyć. Tatko Jordana z miejsca zaprosił mnie do swojej daczy nad Morzem Czarnym. Znów suto zastawiony stół, kofteti, kebabczi, wędliny, szopskie sałaty, no i rzecz jasna rakija…

 Z pewnością, jak Bóg da, z zaproszenia tego skorzystam w przyszłym roku. Jordan pracuje jako strażak. W pliku ze zdjęciami – przemieszane były fotki rodzinne z ujęciami z pracy; Jordan w kombinezonie, Jordan w mundurze, w tle płonie jakiś dom, Jordan osmalony dymem po akcji; sprasowane samochody – z których trzeba wydobywać zmasakrowane ciała. Tego dnia – mijałem w południe pałac prezydencki i widziałem zmianę warty. Żołnierze Gwardii Prezydenckiej noszą efektowne biało-czerwone mundury. Okazuje się, że mój przyjaciel służył w gwardii, ale zbyt dużo ćwiczył na siłowni i po miesiącu nie mógł zmieścić się w mundur. Przerzucono więc go do obsługi technicznej, rozkładał czerwone dywany i dbał o nagłośnienie. Gadaliśmy do późna w nocy i wróciłem do swojego „tropikalnego” hostelu. Następnego dnia rano wyjechaliśmy w góry Witosza. Widać je już z poziomu sofijskich ulic, co stanowi dość niesamowity widok. Pasmo Wtoszy zaczyna się zaraz na rogatkach miasta i sięga ponad 2 tysięcy metrów… Myślałem, że ze względu na bliskość stolicy góry będą pełne ludzi jak Giewont, ale nie – witały nas puste iglaste lasy – w dragolewskim monastyrze cicho szumiało źródełko, mała Aleks bawiła się czerpakami na wodę. Wcześniej olśniła nas jeszcze bojańska cerkiew – freski nadzwyczaj nowoczesne w formie, o dwieście, trzysta lat wyprzedzające europejski renesans.

I kiedy już pożegnałem się z Jordanem i jego rodziną, kiedy zostawiłem za sobą tropikalny hostel i czekałem na autobus do Pragi stało się.
Kilka dni temu zakupiłem bilet – stało na nim firma przewozowa Karats – Sofia – Praga, godzina dziewiąta.
Poszedłem do kas spytać się skąd autobus odjeżdża.
Avtobus nul tri uzyskałem odpowiedź.
Stoję więc na stanowisku nul tri, ale nic nie przyjeżdża. ósma pięćdziesiąt – nic, dziewiąta – autobusu nie ma. Zaczynam się denerwować. Dziewiąta dziesięć – idę do kas. Mówię babce – autobus do Pragi „nie pryjechał”, nic nie ma na nul tri.
O mój języku bułgaro-ruski zawiodłeś mnie po raz pierwszy tego lata. Widzę jak babka robi się czerwona oglądając mój bilet.
-Nu sztoż wy diełajetie! Avtobus ujechał w Giermaniju!
O żesz ..rwa. Jakże to? Jak śmiało to? Ujechać? W Giermaniju?
-Avtobus nul tri – powtarza babka – avtobus ujechał w Giermaniju.
Więc nic się nie zgadza. Żadne trzecie stanowisko, ale numer autobusu „nul tri”. I nie żadne Karats jak na bilecie – tylko Eurolines. I nie Sofia – Praha, tylko Warna – Hamburg. Jak idiota stałem niedaleko swojego autobusu i patrzyłem jak odjeżdża. Zresztą coś podejrzewałem, ale Prahi nie widziałem, tabliczka na przedniej szybie się zwinęła – Praha zniknęła. A ja zostałem. O babo, o żesz taka, skąd ty siaka, skąd mam wiedzieć, co sobie myślisz mówiąc nul tri. Ale i ona zmartwiona teraz nagle moją sytuacją.
-Nu sztoż mnie diełat? – pytam.
Ona na to: avtobus ujechał w Giermaniju.
Toż wiem, że ujechał, ale co z biletem moim, następny avtobus za trzy dni. O dlaczego nie poprosiłem Jordana o pomoc, nie byłoby tej całej chryi. Jechałbym sobie spokojnie w Giermaniju a Jordan z małą Aleks machaliby mi przez okno.
Na razie jednak jest dziewiąta piętnaście.
Avtobus piętnaście minut temu ujechał w Giermaniju.
Babka dzwoni gdzieś – gada coś po bułgarsku. Z tego wszystkiego przestałem rozumieć bułgarski.
Ona teraz coś do mnie. Kartkę daje – jechać taxi, garaże, szofiery. Znaczy jechać – ale po co, do kogo? Zajadę do garażu i powiem:
-Moj avtobus w Giermaniju ujechał! – przecież to bez sensu.
Wychodzi ze mną na parking. Macha na taksówkę. Zatrzymuje się taksóweczka, mała taksóweczka, wystraszony gostek w okularach, trzeci kurs chyba robi w życiu. Ona do niego – bierz tego obcokrajowca i jedź z nim tam. Daje mu kartkę a na kartce stoi ulica jakaś – zapewne trzy metry żużla, dwa skrawki garażu na przedmieściu. Bierz go i wieź tam.
Plecak wrzucam, z przodu siadam. Wjeżdżamy w środek piekła komunikacyjnego.
Mijają minuty, avtobus jedzie w Giermaniju a ja nie wiadomo gdzie. Nie możemy znaleźć tej ulicy. Jedziemy przez jakieś cygańskie slumsy, jakieś wysypiska, cyganie ciągną wózki ze złomem, bermudzkie sofijskie trójkąty a mój taksówkarz jest bliski rozpaczy. On również nie kuma, gdzie mnie wiezie… Liczy się czas a tkwimy, trąbimy, krążymy.
W końcu jakaś babcia wskazuje nam ulicę – avtobus tymczasem już o jedną strefę czasową bliżej Giermanii…
Wreszcie wysiadam – są garaże. Mam tylko dwa banknoty po 10 euro. Taksiarz wydaje mi wobec tego 10 lewa. Zostaję sam przed garażami. Żar leje się z nieba, głód, stres. Teraz to już prawdziwa dżungla – nie mam mapy Sofii, nie wiem gdzie jestem. I po co miałem przyjechać do tych garaży.
Ale idzie w moją stronę człowiek – szofier… Ale wkurzony jakiś.
-Nu sztoż ty zdiełał! Pocziemu on ujechał – mówi o taksiarzu -Avtobus – tu nabiera w płuca powietrza, robi wymowną pauzę – avtobus ujechał w Giermaniju!
Wszystko zatem jest jasne.
-Miałeś gonić avtobus do granicy taksówką – dogonić przed granicą, dosiąść się na przejściu z Serbią.
Do granicy ze sto kilometrów u mnie w kieszeni 10 euro i 10 lewa- jak dogonię taksówką do granicy. Dzielę się tym spostrzeżeniem z szofierem.
On na to odpowiedź ma krótką:
Avtobus ujechał w Giermaniju
a ja znów:
sztoż mnie diełat?
Już trzej szofiera z nami. Stoją nade mną jak nad sierotą. Jeden gada przez komórkę. W końcu podejmuje decyzję.
-Wsiadaj!
-Gdie my jediom? – pytam.
On na to:
-W avtobus.
Ach, więc akcja wreszcie się posunęła naprzód.
Ale avtobus ma już ponad godzinę przewagi….
Jedziemy, korki, nerwy, gadanie przez telefon..
Mietro, mietro – powtarza szofier.
Wreszcie widzę wielki napis Mietro a pod nim stoi mój avtobus.
Dziękuję, kajam się, wsiadam, w środku nikt nie mówi mi złego słowa. Siadam na tylnym siedzeniu obok dziesięcioosobowej tureckiej rodziny.
Jedziemy w Giermaniju.

Melnik

Schodziliśmy we troje. Droga wiła się w gęstwie sucholubnego lasu. Jakże różny to był las od tego z północnych stoków Riły. Tam góry pełne wody, cieków, źródełek, strużek deszczówki; tutaj – sucha na wiór ziemia, pomarszczona kora drzew, oddech piachu wdzierający się w nozdrza. Było tak gorąco, że ociekaliśmy potem. Kilkakrotnie gubiliśmy szlak. Dzień „zejściowy” okazał się jednym z bardziej morderczych podczas całej wyprawy…Naszym oczom ukazywały się sylwetki strzelistych piaskowych piramid. Stawaliśmy nad brzegami skarp rozsadzanych przez korzenie. Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Rożen i zalegliśmy w mehanie na dwa piwa. W karczmie panował przyjemny chłodek. Fenomenem wspólnych wędrówek jest to, że każdy taki jeden dzień waży o wiele więcej niż kilka nawet spotkań w normalnych warunkach. Jakby na relacje miały wpływ nie tylko rozmowy, przeskakujące z wątku na wątek, ale także wspólne milczenie, wspólne zmęczenie. Miałem podczas tej wyprawy szczęście do przygodnych towarzyszy podróży. Spotkania z nimi tworzyły esencję tej pieszej wyprawy. Nikt nie jest samotną wyspą…

Rożenski Monastyr był niewielką budowlą skrytą za pnączami winorośli. Zaglądaliśmy do cichej cerkwi, chybotliwej przestrzeni rozpiętej na twarzach ikon i płomieniach świec. Chodziliśmy po cienistych drewnianych balkonach, podłoga skrzypiała pod stopami. W ciszy tylko źródło było słyszalne. Przychodzili i miejscowi, sękaci dziadkowie z papierosami w palcach, zgarbione kobiety w czarnych chustach. Przypatrywaliśmy się im notując te scenki w naszej pamięci. Monastyr zdawał się być zagubiony pośród tego upału, jakby była to ślepa odnoga sierpnia, w którą zapuściliśmy się przypadkiem. Pół godziny tu spędzone było dwoma kwadransami innego czasu… Chyba odczuwaliśmy to podobnie – dwójka czeskich ewangelików i Polak-katolik w bułgarskim prawosławnym monastyrze…

A potem dalszy marsz przez dolinę wyschłej rzeki, pokonywaliśmy wielkie progi, które wiosną musiały być rwącymi wodospadami; Wyobraźnia widziała rzekę w tym korycie, widziała jej głębokość, furię wody spływającej z wiosennych roztopów…. Wreszcie zobaczyliśmy Melnik. W dolinie głęboko ukrytej w skałach stała szopa? dom? Pasterski szałas? Gdzieś w lesie przemieszczało się stado owiec; koło zagrody powiewała flaga Unii Europejskiej, co tworzyło widok dość zabawny. Z gęstwiny sucholubnych lasów wchodziliśmy na obszar Imperium. Melnik tylko z pozoru przecież wyglądał jak przed stu laty. Każdy dom był tu przecież jednocześnie hotelem, wino pędzone tutaj znajdywało tysiące nabywców. Autokary z zachodnimi turystami przyjeżdżały do modelowej malowniczości tego niezwykłego miasteczka. Obrazy, naczynia i wino, wino wyzierające zewsząd. Kiedyś Melnik miał 12 tysięcy mieszkańców – dzisiaj na tym samym obszarze mieszka ledwie czterystu. Ciekawe ile ma miejsc noclegowych.

Szukaliśmy „noszczuwki” udało się zdobyć trzyosobowy pokój z łazienką za jedyne dwadzieścia lewa. W dużym sąsiednim przechodnim pokoju stała stara biblioteka wypełniona grzbietami bułgarskich klasyków; nieznana klasyków, jedna z peryferyjnych literatur, o której wiedzieliśmy zgoła nic. Przy meldunku pokazaliśmy paszporty – właściciel zdziwił się widząc obok siebie godła Rzeczpospolitej i Czeskiej Republiki. „Międzynarodowe towarzystwo” – skomentował. Jako jedyny biegły w cyrylicy wpisywałem nasze dane na meldunkowych kartach. Osobliwe tworzyliśmy towarzystwo – teraz byłem brany za Czecha. Czeski zresztą wypełniał Melnik. Czeski śmiech jak z praskich piwnic zdominował miasteczko wyłaniające się z otchłani bułgarskiej i osmańskiej historii. Siedzieliśmy na balkonie popijac wytrawne wino, w rozmowie Piłsudski mieszał się z Masarykiem, Morawy z Kaszubami, słowiański język raz przybierał polski, raz czeski kształt, ciepła sierpniowa noc otulała ulicę, gwarną, pobrzmiewającą dźwiękami bułgarskiego folku.

Ranek wypełniliśmy zwiedzaniem miasteczka. Wystarczyło na to niespełna dwie godziny. Cały Melnik można przejść w ciągu zaledwie kwadransa. Zwiedzaliśmy muzem bogatej miejscowej rodziny kupieckiej, degustowaliśmy wino w chłodnych, przepastnych piwnicach. A potem przyszedł serdeczny moment pożegnania i pewność, ze się jeszcze zobaczymy. W Czechach, Polsce – gdziekolwiek. Jechałem przez Sandanski do Sofii. Zdziwiłem się jak daleko zaszedłem przez te dwa tygodnie. Podróż autobusem trwała trzy godziny – patrzyłem na przesuwający się za szybą krajobraz, lukałem też na film, który kierowca puścił na zawieszonym pod sufitem telewizorze. Czułem się dobrze, swojsko, swobodnie. W Sofii po wypłacie gotówki stanąłem przed problemem – co dalej? Napisałem SMS-a do Bogdana – czy mogę przyjechać do Płovidiv. Odpowiedź przyszła natychmiast, krótka i treściwa: „da”. Znów jechałem pociągiem na wschód, ale tym razem dalej niż do Kostenec. Ile wydarzyło się przez te dwa tygodnie. Jak szybko poczułem się w tym kraju pewnie, jak łatwo poprzez serca ludzi wypełniał się czymś więcej niż powierzchownością przewodników i folderów. Krótkie „da” Bogdana otwierało przede mną całe Płovdiv.

Płowdiw

Na peronie Bogdana nie znalazłem. Zaniepokoiłem sie trochę, była bowiem godzina dziesiąta wieczór a duże miasto to jednak nie las, gdzie można sią zaraz rozbić i zasnąć. Na szczęście chwilę potem zobaczyłem znajomy rybacki kapelusz mojego bułgarskiego przyjaciela. Okazało się, że dopiero wrócił z Riły. Czterdzieści godzin jechał stopem, zaczął się już niepokoić, że nie zdązy przed moim przyjazdem. Teraz szliśmy ulicami miasta rekonstruując ostatnie dni. Opowiadałem o wejściu na Wichren, o Melniku i nowych przyjaciołach z Czech. Możesz u mnie zostać przez cały weekend – powiedział Bogdan zanim jeszcze zdążyliśmy dojść do jego domu. W niedzielę z Rodopów wróci Filip. Mój tatko mówi po polsku, ucieszył się, że będzie miał okazję przypomnieć sobie język. Dom Bogdana miał prawie dziewięćdziesiąt lat i był dziełem inżynierskiego rodu – zbudował go pradziadek Bogdana i nosił już w sobie życie kilku pokoleń. Dwudziesty wiek tylko lekko nadgryzł go nie ruszając mieszkającej tam rodziny. Mama Bogdana karmiła mnie specjałami tutejszej kuchni – natychmiast wylądowała przede mną na stole szopska i tarator. I tak przez cały weekend doświadczałem jej gościnności w domowych pieleszach. Wrócił i wkrótce z delegacji Tatko Bogdana i przywitał mnie… czystą polszczyzną. Języka nauczył się w latach siedemdziesiątych zafascynowany filmami Wajdy i Polańskiego puszczanymi w ośrodku polskim. Miał przyjaciół w Poznaniu, skończył kurs językowy w Polsce, był i w Zakopanem. Jego inżynierskie oko dziwiło się góralskim drewnianym budownictwem. Weszła do kuchni siostra Bogdana i zdziwiła się (Tatko, od kiedy ty znasz polski?!). Spałem tego dnia twardym zdrowym snem.

Następnego dnia ruszyliśmy z Bogdanem w miasto. To szczęście móc zwiedzać miasto, z kimś, kto tu dorastał. Udziela się przez to nam część czułego osobistego spojrzenia, które przebiega znajome ulice, wypełniając je codzienną drogą do szkoły, aurą młodzieńczych spotkań na pobliskich wzgórzach. Najpierw wspieliśmy się na wzgórze, gdzie stanął znak sowieckiej dominacji – wielki pomnik sołdata Saszy. Stał tu i starzał się spokojnie, wystawiony na obojętność miejscowych, którzy nie egzaltowali się zakrętami historii. U jego stóp wieczorami odbywały się alkoholowe libacje, zbierali się narkomani i czarne ptaki miejscowej młodzieży. Ze wzgórza widać było całe miasto – zbudowane na ośmiu bodajże wzgórzach, z których część została zdeniwelowana przez komunistów. Od Saszy ruszyliśmy w stronę starego miasta. Kręciliśmy się po jego uliczkach, zachodziliśmy do cerkwi a także do meczetu. Turcja cofnęła się stąd przed półtora wiekiem, ale zostawiła muzułmanów jak ryby wyrzucone na brzeg, trwali tu teraz przypominając o latach Osmańskiego Imperium. Był tu też dom, w którym mieszkał jakiś francuski pisarz. Tablica oznajmiała po francusku, że odwiedził to miejsce prezydent Mitterand. Kiedyś się dowiem, co tu robił francuski literat i czy wiąże się z tym jakaś ciekawa historia, ale nie teraz.Na koniec Bogdan zachował niespodziankę – antyczny teatr pamiętający jeszcze czasy macedońskie. Historia nie zaczynała się tutaj wraz z przybyciem Bułgarów, wyprzedzała ich ukazując swoją zmienność i względność. Siedzieliśmy w kawiarni obok teatru a Bogdan opowiadał jak rozkradana jest Bułgaria z kulturalnych dóbr. Poszukiwacze skarbów, szabrownicy przeczesywali ziemię w poszukiwaniu antycznych monet i garnków,  rzemieślniczych wyrobów sprzedając te cuda za bezcen zachodnim kolekcjonerom. Ba! W dotkniętym kryzysem kraju znikały też muzealne zbiory, jakby państwo było zbyt słabe, zbyt mało okrzepłe, aby zatrzymać to, co było jego dziedzictwem… Dziwny ten kraj stawał się miejscem egzystowania religijnych sekt typu Białe Bractwo; komunistyczny dyktator patrzył w przyszłość oczyma prokini Wangi; rosyjska armia niosła tu inaczej niż w reszcie świata wolność; spod gruntu wydobywano ślady kilku upadłych bułgarskich państw; armie Macedończyków, Rzymian, Bizantyjczyków, Turków przewalały się przez te ziemie, płomienni rewolucjoności jak poeta Botev tworzyli mitologię nowej Bułgarii. Ta w ciągu jednego roku stawała się potęgą zagrażającą Stambułowi by w drugim stanąć na skraju przepaści osaczona przez dawnych sojuszników. Wieczorem Bogdan przyniósł rakiję swojego dziadka. Dziadek zmarł dzisięć lat wcześniej pozostawiając zapasy domowego trunku. Zrozumiałem natychmiast, że nie sięga się po nie codzień. Przypomniałem sobie jak trzy lata wcześniej ruszyłem szlakiem pamiętnika swojego dziadka na Litwę, do jego stron rodzinnych. I że gdzieś w domu czeka na otwarcie dwudziestosiedmioletnia whisky, którą wiele lat temu przywiózł z rejsu. Czeka na szczególne okazje, na śluby i narodziny… Tutaj było czuć dzieje rodziny Bogdana. Duch dziadka jakby wciąż chodził po pokojach, sprzęty trwały w jakiejś wielkiej narracji, świat był skupiony, jak przed wielkim wybuchem; obok siebie narodziny i śmierć, dojrzewanie i starość, radość i smutek. Słuchaliśmy zespołu Isihija – słyszę do dziś jak wypełnia dom Bogdana, jak z obcego staję się świadkiem rozgałęziających się w przeszłość opowieści. Na ekranie komputera chmury przemykają się nad ruinami średniowiecznych twierdz a wojska bułgarskie zmierzają w feralnym 1393 roku w kierunku swojej zagłady… Przyjmuję dzisiaj rakiję jak komunię, to jest krew Bułgarii. Jej duch, jej ciepło rozpływające się po ciele.

Następnego dnia Tatko Bogdana decyduje, że pojedziemy do Baczkowskiego Monastyru. Niedziela. Jadę z rodzicami Bogdana na południe, w Rodopy. Baczkowski Monastyr jest tak samo słynny jak Rilski; przewalają sie tu tłumy turystów a stragany ciągną się na kilometr przed jego bramą. Piękna średniowieczna budowla jarzy się wszystkimi kolorami dzisiejszego słońca. W cerkwi wisi ikona Matki Bożej najsłynniejsza w Bułgarii. Kiedy Jan Paweł II odwiedził Bułgarię otrzymał w prezencie kopię tej ikony. Tatko Bogdana z wielką atencją wypowiada się o naszym papieżu i nie jest to tylko kurtuazja… Czekam w długiej kolejce do Matki Bożej. Pielgrzymi przechodzą obok skrytej za szkłem ikony. Całują szkło, głaskają czule palcami. Co jakiś czas pop przemywa szybę szmatką, na połysk. Monastyry… to tutaj przetrwała Bułgaria, w nich jest ta nitka, która łączy średniowiecze z osiemnasto, dziewiętnastowicznym odrodzeniem narodowym. Od Tatki Bogdana dostaję mursalski czaj. Zielona jakieś to ziele o wielu dobroczynnych bułgarskojęzycznych działaniach. Nazwa łacińska Sideritis Scardica, popularna nazwa „bułgarska wiagra”… Podobno leczy też oskrzela i prostatę. Dzisiaj pisząc właśnie parzę i popijam sobie te cudowne zioło:) Wracamy do miasta. Przyjechał Filip, jedziemy nad sztuczny tor kajakowy. Długi na dwa kilometry, szeroki na chyba sto… Wokół park, tereny rekreacyjne, biegacze, rolkarze, rowerzyści. Tor jest pełen ryb. Młode pary robią sobie tutaj zdjęcia. Pożegnalny wieczór, jutro rano wyjeżdżam. Dostaję od Filipa płytę z bułgarską muzyką. Coś się kończy, coś się zaczyna…

Dzień dziesiąty
Pozostawiłem za sobą schronisko Iwan Vazov. Po raz pierwszy od tygodnia poniżej 2000 metrów…. Bardzo strome zejście do Rilskiego Monastyru. Mijałem kolejne piętra roślinności, stada koni i bydła pasące się na halach. Koło pasterskiego szałasu wyczuły mnie psy, usłyszałem zbliżający się jazgot. Na szczęście stary pasterz przywołał je głośnym okrzykiem. Zawróciły. Mgły przepływały nad łąkami, nad brzegami lasów. Dzisiaj pejzaż miał posmak delikatnej akwareli. Gdyby tylko pojawił się wiatr mógłby zdmuchnąć obłoki, zdmuchnąć sywetki gór… Monastyr zobaczyłem z wysoka, nie większy niż pudełko zapałek. Nieraz musiałem pokonywać zwalone pnie, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę błoto, które utrudniało marsz. W  dolinie dopadła mnie cywilizacja, długi sznur aut przesuwał się wzdłuż drogi. Wszedłem na dziedziniec monastyru. Pogoda kiepska, kolory zgaszone – odbierały pięknej budowli jej blask. Nie mogłem wejść z plecakiem do głównej świątyni. Zresztą tłum turystów do tego nie zachęcał. Żadnych mistycznych wzruszeń, atmosfera pikniku. Ludzie kłębili się przy stoiskach z dewocjonaliami. Całe armie świętych, po jeden lewa od sztuki, ikony, obrazki, obrazeczki, krzyżyki, pocztówki. Matka Boża, św. Iwan Rilski. Zauważyłem, że Bułgarzy nie uznają dresu za obciachowy strój i śmiało wchodzą w trzech paskach do cerkwi. Widać im dalej na wschód – mocniej świeci znak adidasa… Poczłapałem na tani kemping, kilometr za świątynią. Tam – po raz pierwszy od dawna mogłem wziąć ciepły prysznic.

Dzień jedenasty
wypadł w niedzielę. Wstałem wcześnie rano i poszedłem do monastyru. I teraz zastałem go w pełnym słońcu! Promienie wsiąkały w kopuły i wypełniały je blaskiem. Dziedziniec był wyludniony jeszcze a w cerkwi rozbrzmiewał tubalny śpiew mnichów. Pojedynczy ludzie wchodzili do środka i zapalali świece. Spędziłem tutaj około pół godziny wsłuchany wszystkimi zmysłami w przestrzeń. Tak, o tej porze cerkiew nie sprawiała wrażenia wydrążonej, wiara zachowywała swoją kameralność, czuć było majestat. A potem? Maszerowanie przez muzealne sale wypełnione sprzętem liturgicznym. Możnaby tutaj wrzucić coś o historii Rilskiego Monastyru… Możnaby. Ale pozostanę na zewnątrz, tak jak wtedy pozostałem mijając w pośpiechu kolejne sale. Całe obszary historii nieznane u nas na północy. Dlatego nie jeżdżę na zachód, ale na wschód i Bałkany, które są bardziej niedookreślone. Nie ma w tym nic oryginalnego – wcześniej przecież już Stasiuk, Wilk, Hugo-Bader… Wielkie przestrzenie, które można wypełnić swoim gadaniem i obecnością. Jakąś godzinę łapałem stopa. Zatrzymał się stary wóz – dwójka młodych Bułgarów, jeden typ a la John Lennon, okres hippisowski i jego rokendrollowa żona. Jeszcze niedawno sami jeździli stopem, wiedzieli jak to jest. Teraz cieszyli się nowym-starym dwunastoletnim citroenem. Wysadzili mnie przy wyjeździe na autostradę. Pierwsze co poczułem to gorąc! Riła została za mną a ja znajdowałem się na suchej równinie… Było chyba ze 40 stopni. Nic się nie chciało zatrzymać.  Z przeciwnej strony drogi obojętnie moim wysiłkom przyglądał się flegmatyczny osioł.
W końcu stwierdziłem, że …erdolę. Błagoevrad jest  przecież 7-8 km dalej a tam jest dworzec autobusowy. Ruszyłem wzdłuż drogi. Wielkie ciężarówki raz po raz przetaczały się obok, wprawiając powietrze w drżenie. Na skrzyżowaniu dróg spotkałem tirówki. Jak jaskrawe ptaszyska defilowały na brzegu szosy.
-Hej chłopcze, nie za ciężko ci?! chodź do nas…
Wyminąłem ich chichot i twardo maszerowałem dalej, zmaltretowany przez lejący się z nieba upał. W końcu pokazały się bloki Błagoevradu. Nie czas było na zwiedzanie. Zapakowałem się do autobusu i ruszyłem w stronę Pirinu.
W Bansku smutna konkluzja, że i tutaj singlowi wiatr w oczy. Nocleg za 15 lewa znajdziesz, owszem – w czteroosobowym pokoju. A im głębiej w miasteczko, coraz bardziej wypuckane, ceny w kosmos rosną. W dwugwiazdkowych kwaterach brak miejsc. Do trzech gwiazdek nawet nie zaglądam. Pod czterema czuję się jak menel. Jakby naraz w tej okolicy zebrały się pieniądze, wielkie i brudne. Gdzie indziej rozpad, głęboki Żiwkow, beton w krzaczorach. Tutaj – szkło, dzrzwi rozsuwane, parkują mechaniczne konie, fool wypas. Bansko rośnie, Bansko puchnie. Hotel za hotelem, ulica po ulicy. Jest dziesiąta wieczór, ciemno. To znaczy jasno, palą się neony a te gwiazdki szydzą ze mnie. A ja wcale nie aspiruję, wcale nie zazdroszczę. Wychodzę szosą w kierunku gór. Niebo gwiaździste. Kładę się pod gołym niebem. I próbuję spać. Temperatura wciąż spada. O pierwszej jednak rozbijam w zagajniku swój namiocik.

Dwunasty dzień
zastaje mnie w pobliżu narciarskiej trasy. Ruszam w stronę Wichrena. Na szlaku napotykają mnie przeszkody. Ktoś pozwolił wedrzeć się w park narciarzom. Im słabsza struktura państwowa, tym łatwiej poprzesuwać przepisy, dać się wedrzeć biznesowi w przyrodę. Zimą będą tu wyciągi, teraz na brzegu lasy ryją ziemię koparki i spychacze. Szlak jest nie do przejścia, trzeba nadrabiać drogi wijącą się w stronę chyży szosą. Kieierrowca spychacza coś wrzeszczy na mnie, po tonie słychać, że same przekleństwa. A taki siaki – odpowiedziaałbym mu – zabieraj stąd swój złom, ja tu jestem bardziej na miejscu, jak zwierzę, któremu codzienną trasę nagle przecina industrial. Klnę pod nosem, a kiedy zapadam się w rozjeżdżonym błocie na cały głos.
NNNaaarciarze. Przyjeżdża taki zimą i zbuduj mu wyciąg żeby zawiózł dupę do góry. Postaw szkaradny budynek, żeby gdzieś mógł pożyczyć narty, wpieprzyć grillowe żarcie, poszpanować w przeciwsłonecznych okularach.
Na szczęście wkrótce narciarskie trasy się kończą. Idę przez stary piękny iglasty las. Czy tak wyobrażałem sobie Kalifornię? W chyży zostawiam rzeczy. Dostaję do użytku zamykany na kłódkę mały domek. Wichren (2914) wydaje się już być w zasięgu ręki. Włoch spotkany na trasie twierdzi, że już tuż, tuż… Ale kiedy wychodzę na halę pod wierzchołkiem zapiera mi dech. Przede mną stoi olbrzymia wapienna piramida. Ogrom! Potęga! Jakaś ścieżynka przecina zbocze a po niej wędrują tycie jak roztocza postacie. Wszyscy schodzą, bo już późno. Jako jeden z ostatnich zmierzam w kierunku szczytu. Kiedy znajduję się na wierzchołku jestem już zupełnie sam. Stada wrończyków pękają w locie. Suche masywy, dzikość. A w dole (dwa kilometry różnicy wysokości!) Bansko, skąd wyruszyłem rano. Dwadzieścia minut ciszy z wiatrem, widokiem, samotnością. Szczytowy moment – bo Wichren to góra wyjątkowej urody, wżynający się w niebo śmiało, jak ostrze noża.

Trzynasty dzień
a ja idę i idę. Pirin jest bardziej suchy. Mniej jezior, mniej połonin. Właściwie o czym pisać? W środku jestem cichy. Krajobraz przepływa przeze mnie harmonijnie. Moję imię dzisiaj: przeźroczystość. To jeden z tych szczęśliwych dni, kiedy można o niczym nie myśleć. Podejście za podejściem, przełęcz za przełęczą, nocleg za noclegiem.
Patrzenie zastępuje myślenie. Spojrzenie staje się myślą.
Kiedy przeglądam zdjęcia z tego dnia zauważam, że w jednym z jezior zauważyłem kijanki. Zastanawiają mnie te żaby na wysokości ponad dwóch tysięcy. Przecież są tu w nocy, niskie temperatury, sierpień kość marźnie na kość… A jednak życie wciska się między te kamienie.
W Demte Ozera pozwalają mi rozbić namiot. Wysokość 2512 metrów, to będzie bardzo zimna noc…

Dzień czternasty

Jeszcze jedno krótkie podejście i otwiera się widok na ogromną dolinę, która wyprowadzi mnie z tych gór. Jej dnem idę, znów stada bydła. Na kamieniu znajduję bielutki krowi czerep. Jest jedna z tych chwil, które trwają dużo dłużej niż tam, gdzie masz jakieś punkty zaczepienia. Cięcie.
Jest wczesny wieczór, minąłem już chyżę Pirin a majestat masywu został już za mną. Teraz już tylko schodzenie…
Na polanie dostrzegam parę Czechów, których widziałem godzinę temu w schronisku. Mijałem ich zresztą już przedwczoraj podczas postoju. Kolejni znajomi z widzenia, o których myślisz, że byliby fajną kompanią w jakiś wieczór przy ognisku lub pubie.
-Szli ludzie z dołu i mówili, że dalej szlak jest słabo oznakowany, łatwo się zgubić – mówi do mnie po angielsku znajomy z widzenia. – My tu szukamy miejsca na nocleg.
-Dziękuję – również odpowiadam swoim drętwym angielskim, który nie nadąża za tym, co pomyśli głowa – Ja też tu się rozbiję.
Rozstawiamy namioty.  Po dwóch stronach polany, w odległości pięćdziesięciu metrów, tak, żeby zachować prywatność. Ale jednak gburowato tak alienować się, skoro jeszcze nie jest zupełnie ciemno. Moi znajomi z widzenia siedzą na trawie i rozmawiają. A przecież wiem, że Czesi, kameraty… Idę więc. Zapytam skąd idą i dokąd. Fajnie jutro zejść razem, trochę pogadać, pomilczeć.
Zaraz zapraszają mnie na kawę, woda już się grzeje na gazie…
-Mówcie do mnie po czesku, sporo rozumiem – mówię już na wstępie, zaraz po przedstawieniu się.
Tomas i Mihaela są w poślubnej podróży. Przyjechali w Pirin znad morza a teraz kończą już trasę w Melniku. Tomas, kiedy słyszy, że jestem Polakiem, mówi, że podobają mu się wiersze Norwida.
-Aaaa, to znakomicie! – cieszę się – i mówie po czesku: Ja sem polski basnik!
Norwida Tomik (tak zwraca się do niego żona) czytał po czesku a potem nawet kupił sobie jego wybór po polsku. Co ciekawe Tomik wykłada robotykę na politechnice w Brnie.
Dużo rozumiem polskiego – mówi  – była u nas polska telewizja, mieszkałem niedaleko granicy – tam gdzie Góry Opawskie…
-Świetnie, świetnie – a ile masz lat? – pytam.
Okazuje się, że jest rok ode mnie starszy.
-No to oglądaliśmy te same dobranocki! – śmieję się. -Pamiętasz jak w osiemdziesiątym ósmym zaczęli puszczać Smurfy?
No ba, jakby nie miał pamiętać. Już wymieniamy adresy.
-Moje wiersze były nawet przetłumaczone na czeski – mówię wpisując mu do notesu swoje namiary – była taka audycja w Radiu Wełtawa. Z muzyką Joy Division i Brela…
-Aaaa, to jam moze i słyszeł – odpowiada  – tam była taka basznia Jack Sparrow? – I przytacza po czesku linijkę mojego wiersza.
-No tak. – ja na to.
-To se ty?
-To sem ja!


  • RSS