nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009

10000 km minęło

To jest notka nietypowa, ale okazja także jest nietypowa.

13 kwietnia 1998 roku zacząłem zliczać kilometry pokonane podczas wycieczek. Jedyny warunek – wycieczka musi mieć powyżej 10 km. Od prawie dwunastu lat bije ten licznik. Wiedziałem, że w tym roku stuknie mi 10 tysięcy kilometrów. Myślałem nawet, że jakoś to uczczę – wezmę do plecaka buteleczkę rumu i symbolicznie wypiję toast w niebo. Jeśli nie w górach, to chociaż na Mierzei Helskiej, czy coś… Życie jak zwykle krzyżuje takie frajerskie plany. Przegapiłem zwyczajnie swój jubileusz. Któregoś wieczoru, jakoś na początku grudnia wyszedłem od Dawida, we Wrzeszczu – do kolejki było jeszcze dużo czasu, więc połykałem kolejne kilometry i stacje idąc w stronę Gdyni.  Teraz, gdy przeliczyłem kilometry okazuje się, że na liczniku jest 10006 km. Gdzieś w bezsennej nocy między Wrzeszczem a Gdynią, jak na ironię niedaleko od miejsca, gdzie się wszystko zaczęło – stuknęło mi dziesięć tysiecy… Wrzucam zatem z tej okazji na bloga strumień świadomości, który wylał się ze mnie jakieś parę tygodni temu, gdy nie mogłem spać. Zapisany niemal bez poprawek, jednym ciągiem w jakieś półtorej godziny – to najkrótszy zapis tych 10 tysięcy kilometrów i tych prawie 12 lat marszu…

***

czasami, kiedy nie mogę spać
albo podczas długiego morderczego marszu
zaczynam mówić do siebie
jest to jedyny mój wiersz, który znam na pamięć,
zawsze jestem w stanie go powiedzieć inaczej
jest to jedyny mój wiersz, który wydeptuję
przez całe życie
bo idę tam, gdzie idę
a nie idę, gdzie nie idę,
bo szedłem tam, gdzie szedłem
a nie szedłem, gdzie nie szedłem
wszystko się wzięło z dwóch dróg
a raczej z jednej, którą wybrałem
jak bohater z wiersza Roberta Frosta
jak Jack i Zack w ostatniej scenie Poza prawem
postać, która odchodzi w głąb kadru
to ja, a oto, co widziały moje oczy.
13 kwietnia 1998 roku
od tego momentu zacząłem odliczać
szedłem z Wrzeszcza do Osowej
potem szedłem:
z Sopotu czarnym szlakiem do Matarni
z Kamiennego Potoku do Matemblewa
niebieskim potem zielonym
i żółtym szlakiem z Gdyni do Gdańska
i zielonym przez Wyspę Sobieszewską
i czerwonym Wejherowskim przez Bieszkowice
nad Jeziorem Wygoda
i czarnym Zagórskiej Strugi z Wejherowa koło Kalwarii
i wyjechałem do Szczawnicy. a tam
szedłem: na Przehybę – z Krościenka przez Dzwonkówkę
i ze Szczawnicy i przez bór z Radziejowej schodziłem
tak i całe pasmo Radziejowej schodziłem
i na Sokolicę wchodziłem, gdzie ta sosna, co jej nie ma
i małe Pieniny przeszedłem, przez wąwóz Homole
zszedłem do Jaworek
ha! i na Trzy Korony wszedłem
i na Lubań – z Tylmanowej
i na Turbacz z tej wsi, co jest odrestaurowany dworek
i spotykałem tam mgły na sylwetkach świerków
i odchodziłem w zimny deszcz.
i w Czorsztynie byłem i w Niedzicy,
nad zalewem, co go kiedyś nie było
gdy z tatą chodziliśmy po dnie akwenu
a potem Kaszuby
na Wieżycę wchodziłem, lasy schodziłem na południe od Kościerzyny
przez Garczyn, znany z tego, że w ogólniaku biwaki tam mieliśmy
i śpiewaliśmy o kogutach na druciku, że nam ich żal
i szedłem i szedłem i szedłem. lasy oliwskie schodziłem
i puszczę Darżlubską i helski półwysep
i latem, latem w Tatry pojechałem
ślady moich butów, salomonów teraz już
w dolinach Kościeliskiej, Chochołowskiej, Strążyskiej, w Pięciu Stawach
i na Giewoncie, Zawracie, Czerwonych Wierchach a nawet Trzydnowiańskim
w kosodrzewinie. i szedłem i szedłem i szedłem
i nie zatrzymywałem się – w Karkonosze pojechałem
i Śnieżkę poznałem ze wszystkich stron od północy, z zachodu od Okraju i zachodu
przez Śnieżne Kotły. I również moje ślady na Szrenicy, na Wielkim Szyszaku
i na przedgórzu, w zamku Chojnik za zasłoną deszczu
i szedłem przez Kowary, ich ciemne ulice,
z lękiem wprost z Bazy umarłych
w Rudawy Janowickie, na Skalnik
lecz oto znowu północ i idziemy z Kiszczakiem
z Wrzeszcza do Złotej Karczmy ze Złotej Karczmy do Gdyni z Gdyni do Jelitkowa
a liczba kilometrów tego dnia 56
a potem jedziemy na harpagana, Czarna Woda, kwiecień 2000 rok
i noc, i Bory Tucholskie, i stacja Bąk,
wycieńczenie, świt i kręgi w Odrach
i Phantom z nami był, i Czajnik – Sławek Wróblewski,
zmarły 2007 zimą na Matterhorn.
a lato było piękne tego roku, w Pirenejach,
na szlakach wokół Cauterets, och tam, ta chwila
na przełęczy niedaleko Vignemale, byłem pół godziny
od trzech tysięcy metrów, lecz musiałem zawrócić
i zawracam do dziś, zawracam w tym czasie, co jest, był i minął
i będzie chyba w przyszłości. i w Pirenejach jestem na wielu przełęczach
gubią się francuskie nazwy, lecz nade wszystko pamiętam
zejście koło kotłów Gavarnie, kotły Gavarnie
jedną z najwspanialszych ścian w Europie
nie mam dziś mapy, ale zgubiłem się na wspinaczkowm szlaku
chodziłem na dziko, wdrapywałem się na granie
i spod nóg mi wypadł kamień, wielkości głowy
jest jedno miejsce na granicy z Hiszpanią
nazywa się Col d’Aratile, tam nad małym jeziorkiem
przesuwały się mgły i tam powiedziałem chwilo trwaj
mówiłem tak jeszcze kilka razy
na szczycie Razora w Alpach Julijskich
na Kowadle w Górach Złotych
i w paśmie Riła nad chyżą Iwan Vazov
i na Wichrenie, wiele lat potem.
lecz kiedy z Pirenejów wróciłem, wracałem w Tatry
i tam Kościelec z Madziem i Kubą
i tam szliśmy znów przez Czerwone Wierchy
i Orlą Percią, Krzyżne, Granaty i Zawrat,
Zawrat, nazwa od której przechodzą mnie ciarki
i drabinka na Kozim Wierchu skąd spadają nieostrożni
a potem znów wyrypy, harpagany
lecz wcześniej przechodzimy na treningu z Phantomem 109 kilometrów
bez przerwy, z ledwie godziną snu na jakiejś wygasłej stacyjce.
na przystanku PKS w Krępie Kaszubskiej
o 2.20 jemy kanapki i zatrzymuje się policyjny polonez
zostaje zanotowana nasza obecność
a mam przy sobie legitymację studencką
i ten policjant mówi – student filologii polskiej, chyba nie narozrabia
a potem harpagan i fatalne z Kiszczakiem pogubienie
i kilometry w próżni, kilometry w leśnych wiatach
kilometry w krzakach, ślepych ścieżkach, kilometry w bagnach
i jestem o krok od wpadnięcia do otwartego szamba
i wiele, wiele jeszcze kilometrów tej jesieni.
wiele fałszywych kroków.
i z Phantomem wychodzimy z Olsztyna do Lidzbarka Warmińskiego
62 kilometry kopernikowskim szlakiem w jeden dzień
w deszcz i wiatr. I idziemy też w tym listopadzie
przez Ornetę, przez Pieniężno
i poznała nas również Wysoczyzna Elbląska
wąwozy Bażantarni, stary dąb w Kadynach
i chlupot zalewu w Tolkmicku po zmroku
listopadowa godzino w Tolkmicku wracam do ciebie
do bezczasu, pauzy, oczekiwania.
rozpoznają mnie powielokroć
szlaki spod Wejherowa, Pucka, Kościerzyny
dukty Borów Tucholskich
a latem Julijskie Alpy – przełęcz Vrsic
gdzie kręcił swoje teledyski Laibach
Life is life, Leben aus Leben
te werble, te werble, to jestem ja, mam dwadzieścia trzy lata
i twardo kroczę by podbić cały świat
lecz na razie tylko Razor, Planja, Spik, Prisojnik
czeka na mój powrót Słowenia;
gdzie dalej szedłem? przez pucki harpagan,
gdzie siódmy byłem – i wchodzimy z Phantomem na skarpę
koło Osłonina, w Osłoninie kończy się odyseja
piękna karta szaleństwa nim pęknie mi płuco.
prawda – pękały płuca, i góry były dalsze,
była stabilzacja i była kobieta
lecz kobiety mijają, tyją i zdradzają, starzeją się szybko
nie to, co taki Matterhorn.
od czasu do czasu wyrywam się w plener
na przykład nad Mausz, i piszę poemat Noc mleczna
i przechodzę pielgrzymi szlak co prowadzi do Wilna.
na granicy z Litwą użadliła mnie osa
a wcześniej w Sejnach poznałem Tomka Respondka
i Tomek  polecił mi Drogę donikąd Mackiewicza
jest to jedna z najważniejszych książek mojego życia.
trasa nasza: Suwałki, Kransnopol, Łoździeje, Merecz,
gdzie zmarł król Władysław IV
Ejszyszki – a tam noc romantyczna
śpię na cmentarzu pod namiotem i jest pełnia
światło księżycowe przesuwa się przez płyty, przez krzyże
i próg kościoła a kościół otwarty jest, uchylony jest
jak grób Jezusa, i nie wiesz co znajdziesz tam,
czy nie prześpisz zmartwychwstania albo porazi cię anioł
i Wilno jest coraz bliżej – a wcześniej Soleczniki
i Turgiele w po drodze Polacy,
nieustająca księga ostatnia Pana Tadeusza
księga nieustannej pomocy, pocieszenia
urwana akurat w miejscu, gdzie ruszają armie
tryska nadzieja. lecz miasto spełnione jest,
miasto osiągnięte jest, pielgrzymka wypełniona jest.
jedziemy z Tomkiem do Jermali i w jednej dobie
widzimy Tę, co w Ostrej świeci bramie i kurwy w Rydze
na nocnych ulicach. i Jermala o siódmej rano
zgaszona jak Sopot po sobotnich balach
cicha jak skończony sezon.
a potem kemping w Trokach, opodal zamku
Kiejstuta. i codzień marsz na stację, siedem kilometrów
brzegiem jeziorem i litewskie autobusy
do Mejszagoły, Solecznik, sam na Wileńszczyźnie
w wydrążonych wsiach, wygasłych korzeniach
spamiętanych z pamiętnika Dziadka Bronka
w Paskowszczyźnie zabieram grudę ziemi
grudę, którą włożyliśmy Ci później do grobu
twoją ziemię, jak twoją krew;
wróciłem lecz nie było powrotu, nie było domu
prysł. i stałem się wygnańcem, banitą
ja, który wiedziałem dokąd idę
zobaczyłem, że nie udała się pielgrzymka
odtąd jest to wiersz o człowieku
który budzi się codzień w innym łóżku,
zachowuje swoją płeć i narodowość
i rozmiar członka i nosi wciąż te same buty
tę samą karimatę i ten sam śpiwór
i śpi na wydmach koło Czołpina
wieczorem koło Smołdzina gubi drogę
teraz będzie coraz bardziej ryzykował
spał w myśliwskich ambonach
w polu, na plaży, na gołej ziemi
w lipcu, marcu, październiku,
lutym, nawet w lutym i listopadzie
w pierwszym szkliwie grudnia
a to jest historia o człowieku
który zdobywa koronę gór polskich
zaczynam od Ślęzy, w październiku
wprost ze spotkania we Wrocławiu o literaturze politycznej
dojdę też w lutym 2008 roku
do miejscowości Lubiewo na wyspie Wolin
Była to sławna wyprawa, którą nazwaliśmy
„Operacja Schengen”, z Bartkiem przekraczaliśmy
granicę powielekroć w dolinie Odry,
na wyspie Uznam
i w Alhbeck gorszyliśmy na molo starych Niemców
dwa menele pijące polskie bronksy
w schludnym Alhbeck, gdzie zaległy nazistowskie cienie.
i w Gryfinie spaliśmy na wyspie
po festiwalu Włóczykij i koncercie Haydamaków,
gdzie piliśmy z chłopakami z zespołu.
lecz przede wszystkim szliśmy i szliśmy
przez Góry Świętokrzyskie, przez Mały Beskid,
pijąc domowe wina i patrząc w gwiazdy
i wracając pociągiem papieskim
w drżącym delirium pod ekranem ze świętą Faustyną.
lecz jeszcze wcześniej jest przecież pierwsza zimowa wyprawa
w sam środek Beskidu Żywieckiego
bo powiedziane jest, gdy ona cię zostawi
porzucisz nadzieję swoją, swoją pracę i swoją codzienność
i znajdziesz się sam w śniegu
wpatrzony w chrapy konia, w obłok oddechu
na siarczystym mrozie koło schroniska na Wielkiej Raczy
a potem śnieg, śnieg, śnieg,
brnięcie, zapadanie się, Przegibek, Rycerzowa,
Lipowska Hala i nie było dla nich miejsca w schronisku
schodziliśmy do Rajczy
i w południe 31 grudnia nie wiedziałem, gdzie spędzę sylwestra
i przygarnął mnie Szymon, dwadzieścia pięć kilometrów dalej
w Istebnej i szedłem tam szosami, w ciemnościach
mijały mnie grupy kolędników
grupy przebierańców, ludowe diabły
a ja szedłem do odległych świateł
zapalały się doliny. z Istebnej zaś w Nowy Rok
ruszyłem na Baranią Górę
śliską ścieżką. i wielką polanę pamiętam
przysypaną przez zaspy i żadnej drogi, żadnego wyjścia
tylko śnieg, zawieszony pejzaż
a potem Skrzyczne, i noc nad Klimczokiem
puste schronisko, w które wchodzę z lękiem
bo czuję tam lśnienie, martwe łóżka, pościel
w zimowym śnie, blaty stołów i telewizor odbijający się od ciszy
można zacząć wariować. idę na Szyndzielnię
w dole blade widmo świateł Bielska
myślę: ona odejdzie
nie możesz jej zatrzymać
nie możesz zatrzymać siebie,

wstań i idź

Moja pierwsza poetycka książka ‚Commodore 64′ została zaliczona przez Romana Honeta do najlepszych debiutów roku 2005 w ramach projektu Biura Literackiego  ‚Poeci na nowy wiek’. Aby zobaczyć, co napisał o niej Roman Honet kliknij tutaj


  • RSS