nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

Spakowany w dziesięć minut, w dziesięć minut znalazłem się na dworcu ze swoim plecakiem kostką i wyborem Heaneya. W Olsztynie przesiadłem się na osobówkę do Pisza, zmrok zapadł przed Szczytnem, pociąg sunął przez ciemny blado rozświetlony zalegającym śniegiem bór. Gaśnie światło na obrazach Breugla, domy z czerwonej cegły pogrążają się w ciemność. Gdzieś w tej nocy tli się światło leśniczówki Pranie. Zima otacza budynek szeroką otuliną pustki. Poeta Wojtek Kass wraz z żoną Jagienką od kilkunastu lat gospodarzy na tych włościach jako kusztosz muzem Gałczyńskiego. W letnich miesiącach leśniczówka staje się kulturalnym centrum okolicy, od strony lasu i jeziora przybywają turyści, tętni życie literackie. Ale teraz poza gospodarzami, ich synem Brunem i trójką kotów żywej duszy. W środku cisza a na zewnątrz głusza. Jest miejsce dla literackich dysput, dla Toma Waitsa i Rossiji, łyku domowej pigwówki. Gdyby nie obecność telefonu i palącego się na biurku laptopa mógłbym pomyśleć, że znalazłem się w latach trzydziestych na Kresach jako inkarnacja Wańkowicza. Zamaszystość gospodarza jeszcze pogłębia złudzenie.

Rano wychodzimy na krótki spacer i trafiamy na Aleję Nieznanego Poety. Tym samym – śmieje się Wojtek pokazując tabliczkę – każdy poeta w tym kraju ma swoją ulicę. Mróz jest trzaskający. Siedemnaście stopni wypuszczam się więc na jezioro. Lodem pokojuję prawie dwa kilometry i ląduję na wyspie. Obserwuję wędkarzy zgęsiałych nad przeręblem. Po powrocie obiadowe pyszności. Rodzinne ciepło i sielskość. Gosh, młody kocur Maine Coon obserwuje sikory w karmniku. Jeszcze przed zmrokiem wychodzę lodem do wioski Krzyże. Wyposażony zostaję z super ciepłe spodnie, które trafiły do tego domu od sąsiada – premiera Rakowskiego. W ciepłej kufai i portkach premiera sunę przez noc. Lód kilka razy szczęka groźnie. Pod jego powierzchnią toczy się jakieś bełkotliwe życie jeziora. Decyduję się zejść na brzeg. Lasem przedostaję się do Krzyży, wieś wymarła  – bez sezonowych mieszkańców. Niebo pogodne, w czystym powietrzu gwiazdy jarzą się jak na świątecznych pocztówkach dzieciństwa. Znikam w lesie. Śpię na piętrze muzeum. Gospodarze pojechali na proszoną kolację, więc sam przekręcam klucz w zamku. Wita mnie ciemność muzealnych sal. Jest już późna godzina, gdy z wielką latarką ruszę w tę zamarłą przestrzeń. Blade światło błądzi po gablotach, cytach z wierszy Gałczyńskiego, fotografiach poety, rękopisach. Jedna z sal zawiera wszystkie meble z warszawskiego pokoju Gałczyńskiego z lat pięćdziesiątych… Trafiam wreszcie na samego poetę. Nad drzwiami wisi jego pośmiertna maska. Snop światła nie może jej całej objąć, część twarzy pozostaje w cieniu.

Zostaniemy sami w tej leśniczówce póki noc nas całkiem nie ogarnie. Jutro zbudzi nas mroźne styczniowe słońce.

Gruby mróz skuł powietrze. Jechać do Braniewa, żeby w przedziale kolejowym poprowadzić literackie warsztaty dla licealistów… Uwielbiam takie akcje.

Dzień bez pretensji do świata i złych emocji. Zaspałem na pociąg do Kaliningradu, więc dotarłem do Fromborka PKS-em. Frombork o tej porze roku jest jak komputerowa gra nie do końca zaprogramowana przez autora. Niby są tu budynki, sklepy, restauracje, ale duża część nie daje się otworzyć. Na przykład po kliknięciu na pizzerię pizzeria się nie otwiera. Muzeum jednak otwarte. Na dziedzińcu właściwie tylko nasze ślady – kotłowanina podeszw, jak to podczas szkolnych wycieczek. W muzeum, które nie zmieniło się od czasów wczesnego Gierka wieje nudą. Gabloty rozstawiono na dużej przestrzeni – dlatego ma się wrażenie rozrzedzenia. Tu – jakiś skrawek meteorytu – na przykład wielkości dwóch centymetrów a wokół szkło i wiele metrów podłogi. Jest nieco książek z czasów Kopernika, jakieś jego rękopisy. I właściwie niewiele ponad to. Zapomniałem nawet o jakich zagadkach pisał Nienacki w jednej z części Pana Samochodzika, ledwo pamiętam XI księgę Tytusa o ratowaniu zabytków, która chyba wydana została akurat na okoliczność gierkowskiej siermiężności. Kopernik wstrzymał słońce, ruszył ziemię. Chyba wstrzymał także Frombork. Chodząc po styczniowych wymarłych ulicach miasteczka miałem wrażenie – nic tu się już nie zdarzy, to co miało się zdarzyć, zdarzyło się – a teraz to już do końca kurz, gabloty, kości wykopywane pod podłogą katedry i melancholia gwiazd w planetarium. Katedrę musiała nam otworzyć miła pani – zdaje się, że byliśmy jedynymi goścmi. Dziwny to jest kościół przez wiele wieków zastrzeżony dla kanoników, nie wiodło się tu zwykłe parafialne życie – potęgujące się we wnętrzu zimno. Miast myśleć o baroku ołtarzy, patrzyłem na zamarzniętą wodę w wiadrze. Myślałem – o tym jak zimne były kościoły w średniowieczu. Ale do Boga było bliżej wtedy, niż teraz w światyniach ogrzewanych i oświetlonych światłem elektrycznym. Co ciekawe ławki wstawiono dopiero w PRL-u z jakichś zakładów 22 lipca czy coś. Pani zagadnięta o grób Kopernika rozwinęła ciekawą narrację o tym, gdzie mógł leżeć i jak komputerowo odtwarzano twarz człowieka, który mógł być Kopernikiem. Jak Szwedzi, którzy zrabowali w XVII wieku książki z jego księgozbioru znaleźli ponoć między kartkami jego włosy i usłyszawszy o wykopaniu zwłok pewnego siedemdziesięciolatka z XVI wieku prosili o jakiś kawałek ciała. Chcieli porównać DNA z włosów użytkownika zrabowanej ksiażki z DNA zęba nieboszczyka z fromborskiej katedry. Ząb posłano im. Okazało się, że dwa włosy z jedenastu należały do tego człowieka. Dlatego ogłoszono, że to Kopernik. Swoją drogą interesujący przykład – jak niedaleko odeszliśmy od czasów średniowiecza, kiedy po Europie wędrowały relikwie świętych. Naukowcy z wojującej laickiej Szwecji wygrzebują dziś spomiędzy kartek starodruków włosy geniusza zmarłego przed pięciuset laty i z ekscytacją pochylają się nad przesłanym zza morza zębem.

W Braniewie znaleźliśmy się po zmroku. Gdy idzie się przez ciemne miasto – gdzie pali się trochę światełek, oświetlonych jest kilka pojedynczych kamienic nastrój przygnębienia i peryferyjności nie mija, ale jeszcze się pogłębia. Jeśli ktoś z dumą prezentuje swoje zdrowe zęby a ma braki w uzębieniu, widzimy tylko szczerby i rozpad. Tak jarzyły się pojedyncze neony, tak tliły się lampki w sklepie metalowym. Czytanie szyldów – Kawiarnia pod ruczajem, Szewstwo naprawkowe, Bar Frykas w podziemiach Urzędu Stanu Cywilnego… Oprócz Żabki jest też sklep Żaba, który akurat był gaszony przez straż pożarną. Zaintrygowała mnie głucha budka będąca „klubem gier”. Przy jednej z ulic znajdowała się też grekokatolicka cerkiew. Ukraińcy musieli się tu chyba znaleźć po Akcji Wisła… Myślałem sobie, że gdyby kościół wybudowano przed czasami reformacji mógł kilka razy zmieniać obrządek. Mógł już należeć do katolików i portestantów, teraz zaś przyszedł czas na grekokatolików. Kawiarnia pod ruczajem okazała się miejscem niesprzyjającym nieletnim, udaliśmy się zatem do pizzerii. Menu było obiektem ożywionej dyskusji. Niemniej ceny były bardzo ludzkie. Braniewo jest ostatnim miastem przed Kaliningradem i czuć tu już bliskość tego skrawka Rosji. Wchodząc na dogorywający dworzec, gdzie siedziało kilku bezdomnych o szarych twarzach nie sposób było nie pomyśleć o przenikającym mrozie.

Powrót zleciał dość szybko. Parę słów o figurze flaneura w kontekście szyldów w Braniewie, fragmenty z Baudelaire’a i Herberta, wreszcie własne kawałki – parę wierszy i kilka notek z tego bloga. Nie byłem wcześniej w Braniewie, więc komisyjnie doszło do zaznaczenia kółka na mojej słynnej mapie (patrz: archiwum z maja 2008). Teraz to kółko na mapie będzie opowiadać powyższą historię i przypomni mi młodych towarzyszy podróży.Pozdrawiam współpasażerów!

Z dedykacją dla przyjaciół
w nowym roku 2010
Nim wstanie świt
piosenka z filmu Prawo i pięść.
Muzyka: Krzysztof Komeda
Słowa: Agnieszka Osiecka
Śpiewa: Edmund Fetting.


  • RSS