nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

już w dystrybucji.

Ciekawych artykułów w nim mnóstwo. Zwraca zwłaszcza uwagę znakomity zestaw poetów – m.in. Wencel, Dycki, Kuczkowski, Matusz. Jako autorzy artykułów nieoczywiści – Jerzy Sosnowski, Kazimierz Malinowski, Radosław Wiśniewski. Uwielbiam takie mieszanki. Swoje dokładam do nich pisząc o Żulczyku. Cały numer gorąco polecam.

Więcej info na stronie 44

Wszyscy już spali w płytkich kolebkach dolin
Gaszono smutne ognie miast, ciemność tuliła
Do siebie szorstkie pola, długie czarne drogi
Wolno znikały ślady, zimny wiatr okrywał
Świat śniegiem (…)

Wojciech Kudyba, Pasterka na Rusnakowej

Najpierw były pocztówki. Z nich dowiedziałem się o istnieniu Giewontu, Trzech Koron, kolejki na Kasprowy. Nudne pocztówki z pudełkowych sanatoriów, blada PRL-owska zieleń, wyblakłe gierkowskie klomby. Nie mogło to się równać z pocztówkami, które dziadek przywoził z rejsów. Tam był inny głębszy błękit, zieleń bardziej soczysta, powierzchnia widokówek bardziej błyszcząca. Niemniej marzyłem o polskich górach, bo była to przygoda dostępna dla każdego. Wychowany na rodzinnych autostopowych opowieściach, w których tato mówił o sobie jako o „starym traperze” (co wydaje mi się dość śmieszne, kiedy jestem w jego ówczesnym wieku) z niecierpliwością oczekiwałem, kiedy sam będę mógł podróżować w taki sposób. Ojciec miał prawdziwe „traperskie” buty, które zachowały w sobie pamięć beskidzkich i sudeckich szlaków, tatrzańskich grani i ścieżek Jury. Marzyłem o takich butach i był to atrybut prawdziwego mężczyzny. Na razie musiałem się zadowolić niewielkim plecaczkiem i adidasami na przylepcach. W góry jeżdziłem już wcześniej, ale to się nie liczyło, bo to były wczasy, jakieś pólwyjazdy z obiadami w stołówce i wycieczkami fakultatywnymi, do Wisły, do Szczawnicy. Aż w końcu ojciec uznał, że dorosłem do „wyprawy”. Wymawiał to słowo z.pewną emfazą. Miałem czuć, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. I w istocie – było to wyjątkowe doświadczenie. Teraz to ja wysyłałem pocztówki, tato nie kontrolował tego, co tam wypisywałem, przez co mama musiała w domu dostawać palpitacji. W kartkach tych zwykły nocleg na polu biwakowym pozostawiał ślady kamieni na naszych plecach, zwykły przejazd PKS-em oscylował na krawędzi wypadku przy niedomkniętych drzwiach i górskich wirażach, burza moczyła nas do suchej nitki a pioruny biły w bezpośredniej bliskości. Na szczęście zdążyliśmy wrócić zanim większość kartek dotarła do Wrzeszcza. Trasa nasza: Stary Sącz-Przehyba-Szczawnica-Sromowce-Czorsztyn-Krościenko-Lubań-Ochotnica miała swój ciężar, kiedy przypomnę sobie ciężki żółty plecak ze stelażem, który dźwigał ojciec albo swoje krótkie dziesięcioletnie nogi. Spaliśmy w starej jedynce – namiocie z masztami, bo czasy te nie znały jeszcze zwiewnych iglo. Przehyba była pierwszą górą na naszej trasie, osiem godzin ze Starego Sącza to dla dziesięciolatka był prawdziwy chrzest bojowy. A później nocleg koło starego drewnianego schroniska pod woalem gwieździstej nocy wsiąkł we mnie na zawsze.

Nic dziwnego, że gdy zadzwonił Wojtek Kudyba i powiedział, że „pójdziemy na Przechybę”, nazwa ta momentalnie mnie zaeletryzowała. Wolę zresztą wymawiać ją jako „Prehybę”, gdyż to brzmi ostrzej, chociaż mowa przecież o łagodnym zalesionym beskidzkim wierzchołku. Tak, Wojtek, bardzo się cieszę, Przehyba to dla mnie mityczna góra, pierwsze poważne wejście w moim życiu… I już w pociąg wsiadałem, przez zimę surowszą niż zwykle jechałem, przez zaskoczenie drogowców, pod gościnny dach Kudybów w Nowym Sączu. Pomysł wspólnej górskiej wycieczki zrodził się już ponad dwa lata temu, kiedy Wojtek wydał tomik Gorce Pana, gdzie udało mu się oddać porywisty rytm gorczańskich potoków i niemal mistyczną euforię towarzyszącą wieczornym wypadom w góry. Padło zatem, że razem zrobimy Przehybę. Prawda, że tylko drogą z Gabonia, ale zima powiększa odległości, śnieg rozrzedza przestrzeń. Na górze nie było znanego mi sprzed dwudziestu lat schroniska, strawił je pożar. W nowym budynku zaskoczył nas tłumek narciarzy biegowych, ale wystarczyła chwila, żeby jadalnia całkiem się wyludniła. Mieliśmy mało czasu, więc czas było wracać. Pomyślałem, że trzeba tu wejść zimą żółtym szlakiem, przez nieprzetarty śnieg, żeby zapaść w zimę i sen…
Wróciłem, żeby wrócić. I to było dobre.

W piątek, 19 lutego o godz. 18.30
zapraszam na moje spotkanie autorskie
w Cafe Fikcja
GRUNWALDZKA 99/101, Wrzeszcz
(ANTRESOLA NAD NEWSKĄ)

Zauważyłem go na Centralnym. Rozmawiał z ożywieniem z jakimś starszym facetem. Chłopak – z wyglądu dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat. Twarz ciut pucołowata, okulary, lekko zaznaczony brzuszek. Nazwijmy go Studentem.
Dlaczego go zapamiętałem? Przeczucie?
Pięć godzin później – w Gdańsku Głównym – wszedł do naszego przedziału.
Czy będą dwa wolne miejsca? Były. Pasażerowie właśnie wysiedli.
Wraz z nim był chłopaczek w bluzie z kapturem. Nie jakiś tam znajomy. Ot, przypadkowy pasażer poznany przed chwilą w wagonie. Nazwijmy go Szczawikiem.
-To ja zamknę drzwi, żeby wam nie śmierdziało – powiedział Szczawik i wyszedł na korytarz zapalić.
Zostaliśmy sami.
-Co ci się najbardziej podoba w tej książce – zagadnął Student. -Dwie najważniejsze rzeczy.
(Czytałem grube na tysiąc stron tomiszcze – Lód Jacka Dukaja – lektura w sam raz na mroźny przejazd TLK linii Kraków-Kołobrzeg).
-Wyobraźnia. Facet jest wielkim erudytą i ma niesamowitą wyobraźnię. Powieść rozgrywa się w konkretnej epoce, ale dodane są elementy fantastyki. Interesowałem się historią – jako postać występuje tu np. Piłsudski. No i z wykształcenia jestem polonistą – tu są odniesienia do Mickiewicza, Słowackiego, polskiej kultury. Nie każdy umie wyłapać te niuanse. Ale jeśli umie – ta książka ma więcej smaków.
-Ja na polonistyce się nie znam. Studiowałem przez rok filozofię. A teraz neurokognitywistykę. No i interesuje mnie psychologia.
(Wrócił Szczawik i usiadł w milczeniu przy drzwiach)
-Neurokognitywistyka! To jest to! – emocjonował się pucołowaty -Badamy impulsy mózgu. Dajmy na to – pokazujemy facetowi kobietę w czerwonej czy innej sukience. Po impulsach wiemy, która mu się bardziej podoba. Dzisiaj każda poważna firma musi przeprowadzać takie badania. Inaczej wypadnie z rynku. Albo politycy. Tusk poddał się badaniom, żeby było wiadomo, jaki jego uśmiech bardziej odpowiada wyborcom. Jesteśmy manipulowani. Mogę powiedzieć, że mam okazję zajmować się tym, co w przyszłości zaistnieje. Tak jak informatycy pracujący kiedyś na komputerach wielkości pokoju.
-To ciekawe. A jak tam trafiłeś?
-Chciałem wiedzieć. Filozofia nie dała mi odpowiedzi. Na przykład moralność. Każdy filozof daje inną odpowiedź. Kto jest bardziej moralny, bo to, ktoś inny, bo tamto. Przykładowo – bo kultura, bo wychowanie warunkują jak się zachowamy. Ale to przecież wszystko jest zapisane w mózgu. Są jakieś obszary odpowiedzialne za nasze uczucia i decyzje.
Sceny z badaniem na mózgu przyniosły mi na myśl oglądaną niedawno ‚Iluminację’ Zanussiego. Oto młody człowiek, który chce wiedzieć. Tylko, że bohater filmu był introwertykiem w swetrze i oprawkach egzystencjalisty, a ten tutaj – to ekstrawertyczny pijarowiec…
-Choćby zachowania społeczne. Załóżmy (przykładowo! banalnie!), że wchodzi tutaj do przedziału laska i zakłada noga na nogę. Jeśli mam rozwinięty obszar mózgu odpowiedzialny za zachowania społeczne, to z chwilą, kiedy ona tu wejdzie, nie zapomnę o was, będę czuł się dalej członkiem waszej grupy. Ale (dajmy na to!) obszar ten będę miał słaby, to zacznę się do niej ślinić i będę miał was gdzieś. Albo dwaj żołnierze na polu bitwy. Dlaczego jeden będzie odważny a drugi nie?
-Odważny będzie ten, dla którego wycofanie się będzie oznaczało stratę twarzy. Ten, który czuje się żołnierzem i bez odwagi nie istnieje. Dla którego bycie żołnierzem jest jego tożsamością. Będzie starał się być odważny i przełamać strach.
-No tak, ale gdzie jest obszar mózgu odpowiedzialny za jego tożsamość? Za to, że czuje się żołnierzem? Albo społeczeństwa – rozpędzał się Student. -Dlaczego Niemcy są lepiej zorganizowani a Polacy żyją „tu i teraz”? Ciężej jest im się dogadać? Gdyby przebadać Polaków i Niemców…
(O tempora! O mores! Zapachniało nagle nazizmem Eugenio!)
-Nie przebadasz wszystkich Polaków i Niemców. Nie znajdziesz też „reprezentatywnego Polaka” i „reprezentatywnego Niemca”. Każdy jest inny. Ludzie są wymieszani.
-Prawda – wtrącił znienacka Szczawik – Nie ma czystej rasy.
-Gdyby jednak zbadać predyspozycje poszczególnych ludzi – brnął Student – pod względem ich przydatności do poszczególnych zawodów, można by też znaleźć ludzi najlepiej nadających się do rządzenia, modelowych polityków, którzy najlepiej zadbaliby o społeczeństwo…
Wydał mi się teraz dużo mniej sympatyczny niż na początku. Gadał jak nakręcony. (Przyszły polityk?)
-Kto miałby zlecić badanie takich predyspozycji? Pewnie władza? Jeśli to wszystko jest zapisane w mózgu, to rządziliby wcale nie ci, którzy liczyliby się ze społeczeństwem, ale ci, którzy mieliby największą żądzę władzy. Pewnie badaniom poddane byłyby już dzieci – każdy byłby przypisany, przeznaczony do czegoś, byłaby większa specjalizacja i mniej wolności.
-Znaczy totalitaryzm- uśmiechnął się podjarany ekstremalnością tego słowa.
Wstałem.
-Fajne się gadało, ale ja wysiadam.
Za oknem mignęły światła Gdyni.

W wyprawach zastój. Wrzucam zatem fragment recenzji Wrońca Jacka Dukaja. Całość ukaże się pewnie za jakieś pół roku (taki rytm kwartalników), gdy będzie lato i nikt nie będzie o Wrońcu myślał… Gorąco polecam tę książkę.

(..) Byłem zdziwiony indolencją recenzentów. Właściwie poza Dariuszem Nowackim nie zrozumieli tej książki! Pojawiły się absurdalne zarzuty, że Wroniec relatywizuje stan wojenny, bo Adasiowi wszystko się przyśniło (sic!), że niezrozumiałe są zniekształcenia lingwistyczne Dukaja, że Dukaj jest pieszczochem mediów i każdy gniot, który by spłodził spotka się z entuzjastycznym odbiorem, wreszcie, że porównywanie Dukaja do Lema jest (dla Lema) uwłaczające. Wypada się choćby krótko odnieść do tych kuriozalnych stwierdzeń. Po pierwsze broniłbym Wrońca przed instrumentalnym traktowaniem jako rocznicową bajeczkę, sprzedawaną w grudniowej aurze. Oczywiście Wroniec pojawił się w czasie marketingowo uzasadnionym, ale to nie wyczerpuje znaczenia tej książki jako tekstu kultury. Niesie ona ze sobą dużo więcej znaczeń niż proste odniesienie do stanu wojennego sprzedawane w zgodzie z obowiązującą polityką historyczną. Bałbym się czytać tę bajkę dzieciom nie dlatego, że stworzyłaby fałszywe wyobrażenia o stanie wojennym (na edukację historyczną siedmiolatki mają jeszcze czas i dalibóg, to nie Wroniec powinien być podręcznikiem), ale dlatego, że to książka bardzo okrutna. PRL tam przedstawiony w niczym nie przypomina groteskowych, śmiesznych i przez to niewinnych wizji z filmów Stanisława Barei, nie budzi jakiejkolwiek nostalgii. Jest po prostu mroczny, ponury, odrażający jak senny koszmar, o którym chce się najszybciej zapomnieć. Jestem pewien, że młody człowiek wychowany na tej książce nie ignorowałby grozy systemu komunistycznego, nie zamieniłby PRL-u w śmiech. Pytanie dla rodzica – to czy czytać dzieciom bajkę, gdzie kruki wydziobują Panu Betonowi oko. Ten bohater, do którego Dukaj przywiązuje czytelnika jak nie przymierzając do Longinusa Podbipięty – ginie w kluczowej scenie. Przypominając sobie swoje emocje związane ze śmiercią Pana Longina, który marzył o ścięciu mieczem trzech pogańskich głów, stwierdzam twardo – czytać. Nie lęk, który w życiu jest nie do uniknięcia jest wrogiem dziecka, ale brak kręgosłupa moralnego, który pozwala wartościować ludzkie postawy. W tym względzie Wroniec nie przyniesie zaś małolatom szkody. Wreszcie – rzekome uwłaczające (dla Lema) porównanie do Dukaja. Nie da się ukryć, że nazwisko starego mistrza występuje w wypowiedziach krytyków jako fetysz mający pogrążyć autora Wrońca. Że są to autorzy całkiem różni i że Dukaj nie jest żadnym Lemem bis tłumaczyć daremno. W kontekście Wrońca można jedynie dokonać porównania z Bajkami robotów. Otóż wcale nie jestem pewien, czy porównanie tych dwóch utworów wypada dla Lema dobrze. Dziś Bajki robotów to jedna z gorszych książek mistrza – by nie powiedzieć ramotka, mogąca być jedynie pożywką dla starych strukturalistów podniecających się Morfologią bajki Proppa. Mało inspirujące literacko i co gorsza napisane językiem, do którego już dawno pogubiono kody. Nic nie zużywa się bowiem tak szybko jak język techniczny – dlatego techniczna staropolszczyzna Bajek robotów jest dzisiaj dla ucznia podstawówki niezrozumiała. Wróżę Wrońcowi dłuższy żywot, bo Dukaj stworzył baśń, która nie stara się aspirować do czegoś więcej niż bycia baśnią właśnie.


  • RSS