nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Są już pierwsze reakcje na ‚Elegię’. Na razie głównie ustne, telefoniczne, mailowe. Pierwsze recenzje pewnie już niedługo.

Przemysław Dakowicz, poeta i wykładowca literatury na Uniwersytecie Łódzkim pisze na swoim blogu
http://dakowicz.blogspot.com/
:
Dawno już nie czytałem poezji
rówieśniczej, która tak mocno by mnie poruszyła – autentycznością i
szczerością wyznania, odwagą bilansowania „górnej i durnej” młodości,
konsekwencją w konstruowaniu własnego języka poetyckiego, powstającego
w efekcie przemieszania rejestrów wysokiego z niskim, zestawienia
elementów popkultury z istotnymi składnikami europejskiej tradycji
literackiej. Książka Nowaczewskiego to ważne dokonanie artystyczne -
miejmy nadzieję, że zostanie zauważona przez krytykę.

Tymczasem polecam muzyczną elegię, którą w 1985 roku poświęcili Ianowi Curtisowi dawni koledzy z Joy Division grający wówczas pod szyldem New Order. Utwór posłużył jako podkład muzyczny do nominowanego do Oscara krótkometrażowego filmu

 MORE


elegia dla iana curtisa

W latach studenckich muzyka Joy Division towarzyszyła mnie i moim
przyjaciołom podczas domowych imprez. Piliśmy wina domowej roboty,
gadaliśmy o podróżach, historii, literaturze i słuchaliśmy z winylowej
płyty kawałków zespołu Iana Curtisa. Wtedy muzyka była tłem, to był nasz
świat, jeszcze bezpieczny, ale nad którym już zbierały się czarne chmury.
Przyszedł czas, że skończyły się nasze wielkie miłości, rozpadły małżeństwa
i stałe związki a my sami rozproszyliśmy się po świecie. I tak muzyka Joy
Division stała się elegią poświęconą nam samym. Widzieliśmy w niej siebie,
kiedyś, sprzed naszych osobistych katastrof. Zmarły przedwcześnie, w wieku
23 lat, Ian Curtis okazał się odpowiednim patronem dla tego utraconego
czasu. Ian Curtis w moim życiu jako ktoś ważny, pokrewny, długo pozostawał
nierozpoznany. Dopiero dziś jakoś splatam go z własnymi latami chmurnymi,
durnymi. Ian, na tle ponurych bloków Macclesfield. Pokój Iana, juwenilia na
biurku. Bufonowaty nimb nastoletniego artysty. Ian recytujący wiersze. Ian
wiążący swój los z Debbie. „Na zawsze”. Ale i Ian wykonujący nudną pracę
biurową. Ian gapiący się w telewizor. Ian na zdjęciu z córką. Także i Ian
nie chcący dojrzeć. To przecież ktoś będący jedynie potencjalnością jeszcze,
nie skończony. Chłopak, nie mężczyzna. Ma dwadzieścia trzy lata, ale
śmierć już chodzi za nim krok w krok. Curtis to ktoś, kto różnymi gestami,
decyzjami próbuje sobie udowodnić, że ma kontrolę nad swoim życiem. Ale nie
ma…
Kiedy zawalił się dotychczasowy świat słuchałem wciąż ‚Control’. Muzyka Joy
Division z tła weszła na pierwszy plan – w samo życie, w wiersze, w ból.
Love Will Tear Us Apart…
Z „Toposem” 6/2009 właśnie ukazał się mój nowy zbiór ‚Elegia dla Iana Curtisa’, który zawiera 32 wiersze z lat 2005-2008…

Dygresja. Rok temu pisałem po nieudanych dla Adama Małysza mistrzostwach świata:

„Mam 32 lata -powiedział Adam- i chcę pokazać, ze jeszcze potrafię skakać. Jeszcze… – zrozumiałem, że stawką wojny, którą prowadzi z biologią Małysz nie są już najwyższe laury. I że tej walki miliony, które były z nim w latach triumfów nie chcą oglądać. Przyszedł w końcu czas, przyszedł w końcu czas, który nie oszczędził Adama. Przyszedł czas, że starsi w Pucharze Świata od niego są już tylko Takanobu Okabe i Noriaki Kasai. Do ostatniego zrywu porwał się po wielu latach Martin Schmitt, ale i on (rocznik 1978) nie przełamał hegemonii młodych Austriaków. Przeminął Małysz, przeminęła cała jego generacja. Znikali, znikali jego wielcy rywale – odszedł Sven Hannawald, Janne Ahonen ogłosił zakończenie kariery, zniknęli Adreas Widhoezl, Martin Hoelwarth, Andreas Goldberger. Zgasł Roar Ljokelsoy. Zmarnieli Primoż Peterka i Kazuyoshi Funaki.  Zniknęły z Pucharu Świata roczniki siedemdziesiąte.”

Być może, gdyby chodziło o innego zawodnika, pewnie miałbym rację. Ale nie o Adama Małysza. Znowu zadziwił kibiców, powrócił do wysokiej formy akurat na igrzyska i przegrał tylko z wielkim Simonem Ammannem. Małysz jest jednym z najstarszych medalistów w tej dyscyplinie – rzadko po trzydziestce udaje się w niej komuś zdobywać pozycje medalowe. Starszym medalistą od Adama jest chyba tylko Birger Ruud (rocznik 1911), medalista z Sankt Moritz z 1948 roku. Ale to była przeciez inna epoka, skoki były bardziej stabilną dyscypliną. Nie było wyścigu zbrojeń, napompowanych kostiumów Austriaków, dyskusji o wiązaniach Simona.  Za czasów Małysza zmieniał się nie tylko sprzęt, ale burzono skocznie z jego rekordami, mówi się o zmianach przepisów, które mają zniwelować wpływ warunków na wyniki. Wolałbym, żeby się tak nie stało. Byłoby bardziej sprawiedliwie, ale w życiu nic nie jest do końca sprawiedliwe. Tam, gdzie medale może rozdawać wiatr nie ma miejsca dla cyborgów. Małysz nigdy cyborgiem nie był.  Walczył nie tylko ze swoim wiekiem, z młodymi wilkami będącymi u szczytu swoich możliwości, ale również z pseudospecjalistami w mediach, z zapełnionym obelgami internetem. Nie jest łatwo w Polsce być Małyszem. Ale Małysz ważny jest w Polsce nie tylko jako sportowiec, dostarczyciel medali. To jedna z niewielu pozytywnych postaci pojawiających się w świecie mediów. Bohater z pierwszych stron zarówno „Gazety Wyborczej”, jak i „Naszego Dziennika”. Na trybunach mogą się pojawiać transparenty „Adam, Radio Maryja z Tobą”. Małysz mówił w jednym z wywiadów: Iza dała mi różaniec poświęcony osobiście przez papieża Jana Pawła II. Właściwie to ja go dostałem jakiś czas temu od któregoś biskupa. W mojej wierze [Małysz jest ewangelikiem] nie uznajemy różańców, więc to był raczej prezent dla niej. Ale przed wyjazdem żona dała mi go na szczęście. Dostałem też parę innych rzeczy – znajomi dawali mi też czterolistne koniczynki, jednogroszówki i tym podobne. Nie jestem przesądną osoba, ani tych rzeczy ani różańca nie traktuje jak talizmanów. To były dla mnie raczej takie rzeczy, które mi przypominały, że są ludzie, którzy we mnie wierzą, dobrze mi życzą, i ta wiara mi pomaga. Różańca jeszcze żonie nie oddałem. Małysz jest zupełnie innym rodzajem mistrza niż choćby choleryczna i temperamentna Justyna Kowalczyk, która wylicza „mam to, co nie ma Margit”. Czy to tylko wyraz charakterystycznej dla kobiet zaciekłości, emocji? A może różnica dyscyplin? W biegach walka przebiega ramię, w ramię. W skokach zawodnik koncentruje się na swoim skoku a za chwilę występuje w roli widza obserwując skoki rywali. W przypadku sportów wytrzymałościowych jak biegi narciarskie zawsze będzie niepewność, czy ktoś sobie nie pomógł. Nagle okazuje się, że astma zwiększa szanse zdobycia medalu. Skoki pod tym względem są dyscypliną czystą. Choć i tu oczywiście pojawiają się patologie. Ale skrojone na ludzką miarę. Poza dyskwalifikacją Rosjanina Wasiliewa kilka lat temu i końcem kariery Larsa Bystoela, który palił marihuanę, ekscesami pijackimi Finów, kłopotami z anoreksją u skoczków niemieckich, przepychankami podczas konkursów rozgrywanych w nierównych warunkach, skala emocji wśród skoczków nie osiąga tej miary. Panuje duch rywalizacji – nie zawaham się użyć tego słowa – rycerskiej. Jest tu hierarchia – i młody ambitny Schlierenzauer nie powie o weteranach skoczni złego słowa. Człowiek-maska, wielki Janne Ahonen, dla którego pewnie były to ostatnie igrzyska – i który nie zdobył w swojej bogatej karierze indywidualnego medalu olimpijskiego o medalu Małysza powie krótko: „To wielki sportowiec. Gratuluję mu sukcesu.”

Tak. Skoki to całkiem inna bajka. Jakie to szczęście, że przytrafiła się Adamowi. Jens Weissflog, idol Małysza z dzieciństwa powiedział o polskim mistrzu: „Panowie, za to co zrobił. Czapki z głów„.


  • RSS