nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2010

Kilka moich wierszy z tomu ‚Elegia dla Iana Curtisa” ukazało się w czeskim czasopiśmie „Souvislosti”. Teksty przetłumaczył Jiří Červenka. Występuję tam w szacownym towarzystwie obok Wojciecha Kudyby, Agnieszki Kuciak oraz Wojciecha Bonowicza.  

Wiadomość o katastrofie prezydenckiego TU-154 dopadła mnie na dworcu w Jeleniej Górze. Poczta głosowa zapełniała się głosami, które chciały mnie powiadomić o tragedii. Ludzie w osobowym do Szklarskiej odobierali telefony: tak, tak – już wiem. Słyszała pani, co się stało? Kolejka w sklepie i rozmowy banalne – wyczuwałem atmosferę szoku, niedowierzania, ekscytacji? Jeszcze nie ruszyły pogrzebowe marsze. Jeszcze telewizja nie pokazała ludzi przed belwederem. Po godzinie 11 ruszyłem w stronę Szrenicy. Czułem się tak, jakby zaczęła się wojna. Tyle osób znanych mi z imienia i nazwiska, także ci, na których głosowałem w wyborach zginęło. Nie byłem w stanie o niczym innym myśleć. W schronisku na Hali Szrenickiej obsługa oglądała w swojej kanciapie tv. Nie słyszałem nic, przełykałem obiad.  Wszedłem na Szrenicę i ruszyłem głównym grzbietem w stronę Przełęczy Karkonoskiej. Było mgliście, koło zera. Łatwo się szło pod kamiennej ścieżce lekko tylko przykrytym mokrym śniegiem. Fotografowałem znaki: szlaki zamknięty, uwaga lawiny… Zlekceważyłem Karkonosze. Była już wiosna, kiedyś latem drogę ze Szrenicy do Karpacza pokonałem w 4 godziny… Tymczasem godzinę od Szrenicy zaczęło mocniej sypać. Zerwał się wiatr. Malała widoczność – nic nie było widać na dziesięć metrów. Padający śnieg z deszczem pod wpływem wichury zamarzał mi na kurtce, na twarzy. Kurtka była sztywna, grabiały dłonie (frajer nie zabrałem rękawic). Straciłem poczucie czasu i przypomniała mi się jak zawsze wycieczka Hansa Castorpa. Wreszcie zamajaczyła się przede mną sylwetka stacji meteorologicznej koło Śnieżnych Kotłów. Tam na ganku – wyciągnąłem z plecaka zapasowe skarpety i założyłem na zmarznięte dłonie. Coraz gorzej dymało. Zebrałem się w sobie i ruszyłem dalej. Trzeba dotrzeć do Przełęczy Karkonoskiej! Odnalezienie szlaku we mgle graniczyło z cudem. Do pewnego czasu prowadziły mnie tyczki, ale i one zniknęły mi z oczu. Oblodzone łańcuchy mówiły – tu możesz spaść, tam na niewidocznym dnie przepaści będziesz leżał. Trochę zacząłem się denerwować. Śnieg sięgał już do połowy łydki, wyraźnie opóźniał marsz. Szlak przepadł na amen. Próbowałem iść na czuja wzdłuż grzbietu. Czułem, że skryte za mgłą niebo zaczyna ciemnieć. W końcu zobaczyłem, że majaczy się sylwetka jakiegoś budynku. Podszedłem bliżej i zakląłem. Przede mną wyłoniła się opuszczona przed dwoma godzinami, zamknięta na cztery spusty stacja – kręciłem się w kółko. Zaraz zapadnie zmrok a jestem sztywny z zimna. Robi się niewesoło. To byłby szczyt frajerstwa zamarznąć w Karkonoszach. Szczękałem zębami i trzęsły mi się dłonie. Znajome z marszu śledzia objawy hipotermii. Jeszcze trzy, cztery godziny błądzenie w takich warunkach i sam nie wiem kiedy zacznę zasypiać… Najbliższym schroniskiem wydawał się Łabski szczyt. Żółty szlak powinien schodzić w dół od drogi, którą przyszedłem od Szrenicy. Faktycznie udało mi się odnaleźć obsypany śniegiem drogowskaz. Tabliczka oczywiście poinformowała mnie zaraz – szlak zamknięty. Lawiny! Cóż było robić… Ruszyłem. Śniegu było coraz więcej. Teraz oczywiste wydawało się zamknięcie szlaku. Na kamienistym stromym grzbiecie, gdzie pokrywa śniegu nie była stabilna, taki dureń jak ja łatwo mógłby wywołać lawinę. Tylko więcej śniegu – i Karkonosze – lajtowe latem górki – mogłyby komuś przynieść śmierć. Przypomniałem się, że najbardziej tragiczna lawina w polskich górach miała miejsce pod Śnieżką, kiedy została przysypana cała lekkomyślna wycieczka…
Niedługo udawało mi się odnajdywać szlak ruszając się po zarysie ścieżki. Wkrótce śnieg stał się jednostajny i nieprzenikniony. Ścieżka ginęła w nim i prowadziła donikąd. Schodziłem więc z grzbietu, w ogólnym kierunku, gdzie miało się znajdować schronisko. Czarodziejska Góra wróciła. Znów odgrywałem misterium swojej ulubionej powieściowej sceny. Czytelnicy Manna dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy najepiej pamiętają scenę narciarskiej wycieczki i tych, którzy są fanami werandowania. Zawsze wybierałem śnieg zamiast werandy – więc moja obecność tutaj była czymś oczywistym, ale jakoś przestało mi to sprawiać radość, pomijając już zupełnie kontekst tragicznych porannych wydarzeń, które tutaj w konfrontacji ze śnieżycą i zimnem, wydawały się tylko snem. Psychol – pukali się w czoło znajomi fani werandowania. I po co ci to? No po co? Bohater się znalazł. Wielka mi rzecz – brnąć tutaj – a potem zgrywać starego trapera przed werandziarzami – mówili twardzi fani śniegu. Spójrz na swoją wojskową kurtkę bez podszewki, na skarpety z Lidla za 3 złote w roli jednopalczastych rękawic. Nawet czapeczka Jack Wolfskin nie zmieni obrazu, że jesteś frajerem. W tej czapce to se możesz iść na Krupówki wypić browara w ogródku piwnym.Nie wiem jak długo – na tle krajobrazu bez żadnego punktu zaczepienia – trwał ten monolog skierowany do siebie samego. Dopiero tyczki przecinające mój marsz w poprzek przywróciły mnie rzeczywistości. Na końcu tyczek znalazłem schronisko. Byłem, jak to już bywało w przeszłości, jedynym gościem. W pustej świetlicy oglądałem żałobne wiadomości, porażony rozmiarami tragedii. Rano ruszyłem drogą w stronę Przełęczy Karkonoskiej. Minąłem, trzeci raz już, Snieżne Kotły. Znów wiało i śnieżyło jak wczoraj. Myślalem którędy zejść w stronę Jeleniej Góry. Może którymś ze szlaków z przełęczy? Dochodziła tam jakaś asfaltowa droga, gdzie było kiedyś niewielkie przejście graniczne… Na Przełęczy obrazek – ze strony czeskiej odśnieżona szosa, parking, gdzie zatrzymuje się autokar. Po polskiej pojedyncze ślady ginące w zaspach. Zjadłem obiad. Wydawało się – że ścieżka nad reglami da się pokonać – ktoś wcześniej nią szedł – ruszyłem po jego śladach. Niestety zaledwie pół kilometra dalej ślad sam się zapętlał, gubił się. Nie chciałem wracać na przełęcz, stwierdziłem, że schodzę wprost w dół, śniegu jakieś dwieście-trzysta metrów niżej powinno już nie być. Kolejny błąd. Przez noc spadło chyba trzydzieści centymetrów. Na zacienionym leśnym północnym stoku zalegały głębokie zaspy. Śnieg topniał od spodu i zapadałem się po pas, nie mogąc ruszyć nogą. Wykopywałem ją trekkingowym kijkiem i robilem kolejny krok. Miejscami zejście było strome i ześlizgiwałem się w dół. Droga się nie kończyła aż wreszcie przestałem kląć przy kolejnych upadkach. Po prostu z chłodną determinacją posuwałem się naprzód. W Karpaczu byłem o 19.30 – maszerowałem więc ponad 10 godzin… Szczęśliwie trafiłem przed 21 na autobus do Jeleniej Góry, w Jeleniej na kurs do Wrocławia, we Wrocławiu wprost na dworzec, rano byłem w Gdyni. Wyjechałem na dwa dni a miałem uczucie jakby minęło kilka lat…

W ostatnim numerze Gościa Niedzielnego znalazła się nota o mojej ostatniej książce autorstwa Szymona Babuchowskiego. Można ją przeczytać TU

Powoli dociera do mnie, że wydarzenia ostatniej soboty to nie upiorny sen, ale rzeczywistość. Pośród wielu kłębiących się myśli chodzi za mną fraza „I dymi mgłą smoleński las”.
Ten przywoływany często w ostatnich dniach cytat pochodzi z wiersza Zbigniewa Herberta
Guziki. Bez wątpliwości przybierze on (a właściwie już przybrał) nowe znaczenie. Podobnie przy okazji wyboru Karola Wojtyły na papieża przypominano wiersz Słowackiego Pośród niesnasków Pan Bóg uderza. W ostatniej audycji Radia Kraków, w której ciężko chory Herbert czytał swoje wiersze, mówił on o wersie z Przemian Liwiusza – ponoć powstałego w 1974 – że okazał się profetyczny (poeta wymienia Dolinę Pandższir i kończy mocną kodą – „i runie imperium”).Wojna w Afganistanie wybuchła w 1979, tj. pięć lat po podawanej przez Herberta dacie powstaniu tekstu. Tym samym wiersz zapowiada (jeśli wierzyć Zbigniewowi Herbertowi) upadek Związku Sowieckiego. „Jakaś ręka mnie prowadziła” - mówi w tej audycji poeta. Piszę „jeśli wierzyć” bo Przemiany Liwiusza ukazały się w tomie Elegia na odejście (1990), daty pierwodruku nie znam. Chociaż trzeba przyznać, że nawet w 1990 nikt nie przewidywał, że ZSRR przetrwa jeszcze tylko rok… Czy „jakaś ręka” prowadziła Herberta również gdy pisał Guziki? W końcu jest tam las smoleński, nie katyński, jak zwykło się częściej mówić. Las katyński – to brzmiałoby tu bardziej oczywiście, ale „smoleński” brzmi mocniej (tak podpowiada ucho). I jeszcze te dymy mgieł…

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą smoleński las

(…)
(…)
(…)
(…)

Cześć Ich Pamięci.

Czy nie wiesz, że na wieki pozostaniesz wędrowcem, i wszystko, co czynisz jest ruchem wędrowca podążającego drogą? Po wsze czasy idziesz przed siebie pośród miast, celów, okresów życia, zmian i jeśli odpoczniesz, nie odpoczniesz pewniej i trwalej niż wędrowiec, który przycupnął na pół godzinki w cieniu przydrożnej jabłoni. Miej to na względzie, kiedy układasz plany. Sensem twojej drogi nie jest cel, lecz wędrówka. Nie żyjesz w określonych sytuacjach, ty zawsze jesteś w drodze.

Sandor Marai, Księga ziół

Zamiast ruszyć szybko w kolejny etap, pozostałem w miejscu postoju. Nie nazywam tego mieszkania domem, chociaż lubię je. Różni się ono od innych miejsc postoju tym, że tutaj zgromadzone są wszystkie rzeczy, którymi obrosłem. Ubrania, naczynia, no i rzecz jasna książki. Parę mocnych postanowień zapadło w tej pauzie, kilka ważnych decyzji. Ustaliłem plany wędrówki na najbliższych pięć lat, zlokalizowałem sensy tego bycia w drodze. Towarzyszy mi Księga ziół Sandora Marai. Jest dobrze. Nie ma rozpaczy ani płonnej nadziei. Nawet uśmiecham się pod nosem. Jest w końcu to, na co czekałem bezskutecznie tak długo. Odzyskałem „błysk”. Nie przyszedł z zewnątrz, ale ze mnie, z samego środka i przyniósł gotowość zwyciężania. Wreszcie znów obudziłem się wojownikiem…



  • RSS