nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2010

Obudziłem się na wysokiej antresoli. Otworzyłem okienko i moim oczom ukazały się bryły kamienic, szczerbate kominy i sterczyny anten. Siedziałem na dachu Starego Miasta mając kościół dominikanów po jednej stronie a dom Janusza Palikota po drugiej. Skrawek ulicy niknął za brzegiem dachu. Wyszedłem na miasto. Stary przedpołudniowy Lublin. Obok odnowionych domów, ogródków piwnych, knajp i pubów domy przeznaczone do rozbiórki. Byłem w martwym zakolu ulicznego ruchu, gdzie rytm życia biegł powoli, jak na początku wieku. Tuż za Starym Miastem zaczynały się korki i smród spalin. Minąłem zamek, muzea i ekspozycje i udałem się w stronę starego kirkutu. Za ruchliwym skrzyżowaniem zaczęły się kocie łby, przestrzeń starego przedmieścia, które jak niedookreślona wyspa trwało wśród blokowisk. Zatrzymał mnie mur, bluszcz i ciernie wspinające się po ścianie. Kłódka jedna, druga zamknięta. Nie widziałem zatem najstarszej w Polsce macewy z 1541 roku na grobie talmudysty Kopelmana ha-Levi; ani grobu cadyka Jaakowa Icchaka Horowitza ani mogiły rabina Szaloma Szechny. Tylko mur, bluszcz i ślimaki na ich śluzowych ścieżkach. Ulica nazywała się Kalinowszczyzna. Ładnie. Znajdował się tam dworek rodziny Wincentego Pola. Wszedłem do jednego z tych małych muzeów, gdzie lądowanie pojedynczego wędrowca jest wydarzeniem, jednym z niewielu wydarzeń dnia. Dwór jak się dowiedziałem od Pani Przewodnik przeniesiony został z innego miejsca, znajdujacego się w innej części miasta. Meble były „meblami z epoki”, globusy orbitowały wokół geograficznych pasji Wincentego Pola, ale książki, dziewiętnastowieczne wydania, były najprawdziwsze, jak i ciemne okulary poety, które nosił u kresu życia po utracie wzroku. Patrzył na mnie z muzealnego portretu, zanikający wieszcz drugiego rzędu, twórca z nieistniejącego świata polskiego ziemiaństwa i powtarzał sam już nie wiem? memento mori? carpe diem? Pamięć bywa kapryśna. Być może jedynymi czytelnikami Wincentego Pola poza studentami filologii są dzisiaj zapaleni myśliwi, dla których klasyką jest jego dzieło Rok myśliwca ilustrowane przez Kossaka. Spytałem jeszcze o kirkut i okazało się, że zapuszczonej nekropolii nikt poza żydowskimi wycieczkami nie odwiedza a klucza do cmentarza nie wydaje się takiemu jak ja gojowi ćwierćlewicie na krótkich wakacjach. Kiedyś podobno klucz miała Pewnapani, lecz Pewnapani zmarła, a teraz klucz znajduje się, zdaje się, w Teatrze NN. Nie mamy od roku już klucza odpowiedziali ludzie z teatru. Ale u w Pewnymmiejscu wydadzą ci klucz, jeśli zostawisz dowód. W plecaku miałem trzy tomy poświęcone Czechowiczowi wydane właśnie przez Teatr NN. To dzięki tej instytucji tu trafiłem z okazji festiwalu Miasta Poezji. Poeci czytają swoje wiersze w prywatnych mieszkaniach, które na czas festiwalu otwierają się na każdego, kto przyjdzie z ulicy. Jak to wygląda w praktyce nie zdążyłem sprawdzić, bo akurat Darka Adamowskiego i mój wieczór odbył się w Cax Mafe przy ulicy Staszica. Była nawet telewizja, ale szybko wyszła. Jeśli pokazała coś z tego spotkania (w co wątpię) to pewnie jakąś migawkę, w której poeta o nieznanym nazwisku wypowiada jakąś wyrwaną z kontekstu frazę. Dzień wcześniej jeszcze około godziny pierwszej w nocy poeta o nieznanym nazwisku przeczytał kilka wierszy w Radiu Lublin. Trafił tam razem z miejscową bohemą a także z jednym poetą walijskim, który wybijał sobie rytm fantazyjną laską. Byłem też na spotkaniu Jurija Andruchowucza. Andruchowycz opowiadał o książce, którą obecnie pisze – poświęconej 111 miastom, w których był lub bywał. W części dla pytań wstał Pan Bezceremonialny i oznajmił, że nie zna żadnej książki Andruchowycza. Niech pan [Andruchowycz - przyp. A.N] przeczyta dwa swoje, pana zdaniem najlepsze wiersze, jakie pan napisał, bo on, Pan Bezceremonialny nie ma czasu na literaturę i przyszedł posłuchać konkretów. Więc Andruchowycz przeczytał. A wieczorem byłem jeszcze na koncercie Andruchowycza i Karbido. Słucham teraz płyty Cynamon z dodatkiem Indii i tą ścieżką wracam do Lublina (przez Stanisławów). 

Fragment koncertu.

W ramach festiwalu Miasta Poezji
w piątek 28 maja o o godz. 18
w Klubie
Max Mafe przy ul. Staszica 1
odbędzie się spotkanie z niżej podpisanym,
które poprowadzą Marcin Kamola i Bartosz Wójcik.
Poczytam trochę wierszy i być może rozstrzygnie się
kwestia czy jestem partyzantem prawdy:)

Monstrualnie olbrzymi  Hauptbahnhof – lądowanie na planecie Berlin. Mrowie ludzi, ruchomych schodów, pociągi odjeżdżające we wszystkich kierunkach. Plan był następujący – włóczyć się bez planu.Najpierw przyciągnęła naszą uwagę kopuła, która okazała się synagogą. Kawałek dalej na Oranienburger Strasse zauważyliśmy bliskie zawalenia zgliszcze. Dom zdawał się pusty, ale muzyka zwabiła nas na podwórze. A tam olśnienie. W prowizorycznych budach rozłożyły się alternatywne galerie. To Tacheles – powiedział nam nadgryziony marihuaną artysta w bluzie „recycling the future”.Sztuka kwitła na tym śmietniku. Tak musi wyglądać sztuka Morloków. Tworzyć z odpadów, z rzeczy raz już użytych. Rzeźby zwierząt z zardzewiałego żelastwa, ławki zrobione z hydrantów i inne podobne cuda. W namiocie artysta-spawacz pracuje nad niezidentyfikowanymi zwłokami jakiegoś robota. Wracamy na zaszczaną klatkę schodową. Ściany nikły w napisach grafficiarzy i strzępkach plakatów. Na wysokich piętrach rozłożyły się galerie i atelier. Kupuję kilka pocztówek będących reprodukcjami efektownych kolaży. Na jednym z nich święty Jerzy w płaszczu z flagi amerykańskiej przebija radzieckiego smoka. W tle ludzie przechodzą berliński mur. Na innej Bóg Ojciec unosi dłonie nad wieżą Babel pozlepianą z wieżowców i parą praludzi, na jeszcze innej Charles Bukowski oznajmia: All  poets die in steaming pots of shit!!! Ha, ha, ha!!!

A potem idziemy przez Wyspę Muzeów. Przez bazary z książkami, gdzie w tytułach błyska się i słychać szczęk żelaza. Wehrmacht na okładkach. Waffen SS. Rudolf Hess. Gotyk. Groźna militarna biblioteka. A tuż obok stare winyle z przebojami gwiazd enerdowskiej piosenki. Warstwy nostalgii. Stare fotografie, pocztówki. Czerń, biel i sepia. Ale już dalej i dalej na Unter den Linden. Ambasada Rosji jest tak ogromna, że rosyjska flaga powiewająca na maszcie budzi wątpliwość, gdzie jesteśmy. W Niemczech? W Petersburgu? Szeroka lipowa aleja kończy się przed Bramą Brandeburską. A tam jakaś pikieta. Ludzie rozwinęli transparenty. Ktoś coś krzyczy przez megafon. Tego dnia odbywa się w Berlinie finał pucharu Niemiec. Kibice w szalikach swobodnie poruszają się po mieście, nie ma mowy o kordonach, zmasowanych siłach policji. Spokój, od czasu do czasu okrzyki, trąbki, flagi… Więcej zielonych szalików Werderu, mniej czerwonych Bayernu. Zapełniają się puby. Widzimy twarze, które w napięciu obserwują mecz. Polskie akcenty: Jaro z Anią robią sobie zdjęcie przy kawałku muru Stoczni Gdańskiej. Przy nim – kilka zeszłotygodniowych zniczy. Ślad Smoleńska? Na Unter den Linden wielka biało-czerwona  płachta reklamująca Rok Chopinowski. Okolice Potsdamer Platz – nie do życia. Za to wszędzie trafiamy na enerdowski fetyszyzm. Za jedyne 60 euro możesz sobie wynająć trabanta i jeździć nim po mieście. Odtworzone posterunki amerykańskich żołnierzy w Checkpoint Charlie. Ślady berlińskiego muru. Ale specjalnych różnic miedzy wschodnimi a zachodnimi dzielnicami nie widać.

Naszym celem teraz jest Kreuzberg. Orientalna Oranienstrasse. Dzielnica mocno sturczona, multinarodowa, knajpy tureckie, hinduskie, tajskie, chińskie, japońskie, lądujemy w końcu w singapurskiej, na której zielonej tarasie stoją wysokie na ponad dwa metry posągi Buddy. Dziwaczne mini-ogródki uprawiane przez elektorat Zielonych. Pnącza sunące po bydynkach. Przed punkowym pubem Wild at Heart plakat zespołu The Neanderthals. Co grają The Neanderthals? Powróćcie do czasów  nieskrępowanego prehistorycznego rock ‚n’ drolla! Wokalista nosi fryzurę Elvisa i  łaciate łachy przypominające wdzianko Freda Flinstona. Inny plakat, tu w Berlinie, zaprasza na świętowanie 9 maja. Prazdnuj s nami Devatoe Maja! A niżej po niemiecku – bo jeśli nie świętujesz to znaczy, że przegrałeś! Wchodzimy na jednego browara do knajpy „The Misfit” (wyrzutek) przy Leuschnerdamm. Czarne metalowo-harleyowe towarzystwo. Muzyka AC DC. Czerń i tatuaże. Jasne są tu tylko włosy blond-kelnerki.

Noc w hostelu przy Singerstrasse. Rano idziemy na mszę. Jarema pyta młodych Niemek, gdzie jest St. Antoniuskirche. Nie chodzimy do kościoła! – odpowiadają prawie oburzone dziewczyny. W końcu trafiamy. St. Antoniuskirche skrył się gdzieś w trzewiach blokowiska. Na mszy około stu osób, ksiądz po siedemdziesiątce, szafarka komunii i dziwaczne parytety wśród ministrantów: jeden chłopiec i trzy dziewczynki. Komunia na rękę. Starszy Niemiec dzieli się z Jaremą śpiewnikiem. Z tacą chodzi trzynastoletni murzynek. Kościół ascetyczny, jak z kolorowych obrazków o misjach. Nie rozumiem ani słowa. Po melodii orientuję się, w której części mszy jestem. Do komunii przystępują prawie wszyscy. Dalej idziemy w stronę Berlina socrealistycznego. Trafiamy na sklep rosyjski, gdzie wszystkie produkty prosto z Rossiji. Ekspedientka, też Rosjanka – wymieniamy kilka zdań, wychodzimy z rosyjską chałwą.
Marchlewskistrasse, Warschauerstrasse, w końcu olbrzymia Karl Marx Alee. Szersza chyba od Marszałkowskiej. Odpucowana. Gołe ściany. Nagie kolumnady. Rzeźby kobiet o bardzo grubych rękach. Jest tak pusto, że wyparował stąd nawet samogonny Mefisto. Później Alexander Platz. Fontanny – dużo młodzieży. Są i punki – barwne irokezy, ćwieki w skórzanych katanach. Miejsce na pauzę. I wreszcie słońce, bo wczoraj cały dzień lało. Ułomek starówki, właściwie dwie uliczki pokazujące jak to kiedyś wyglądało. Odwiedzamy okolice słynnego berlińskiego ZOO, ale jego zwiedzanie odkładamy sobie na inny raz. Ruina kościoła w samym środku miasta przypomina rok 1945. Czas wracać na Hauptbahnhof.

Mieliśmy wysiąść w Angermünde. Stajemy przed drzwiami, pociąg zatrzymuje się na stacji, ale drzwi nie otwierają się. Idziemy do następnych – zamknięte. Jeszcze następnych, przed nami drepczą inni. Nagle pociąg rusza. Do jasnej cholery! Przeklęty niemiecki ordnung muss sein! Pociąg musi być punktualny, co z tego, że ludzie nie wysiedli. Kilometr za stacją pociąg zwalnia. Teraz nas wypuści – i będziemy wracać wzdłuż torów. A figę! Za chwilę znów przyspiesza. Jak teraz wrócimy do Szczecina?! Krzyki. Walenie pięściami w drzwi. Więcej ludzi jedzie do Szczecina. Kristine – studentka szczecińskiego PAM-u, pani z Yorkiem, Japończyk i my. No, to zaczyna się w końcu jakaś fabuła…

Dni były krótsze. Ten akurat był deszczowy. Plucha w Olsztynie. W środku tygodnia miasto wyglądało na wymarłe. Snułem się po ulicach w poszukiwaniu jakiegoś lokalu, gdzie mógłbym przeczekać dwie godziny do odjazdu autobusu. Ok. 21.30 odjeżdżał ostatni bus do Pisza. Wsiadło nas w sumie cztery osoby. Bus ruszył w jądro nocy, szosa wiła się przez ciemne lasy. Co tu robiłem? Zaproszony do prowadzenia warsztatów literackich w mieście Piszu miałem zameldować się tego wieczoru w hotelu Joseph Conrad. Bus grubo po jedenastej dowiózł mnie do celu, to jest do pustego miasta. Ruszyłem przed siebie niepewny czy w ogóle znajdę hotel. Wchodziłem w nieruchomość pogrążonego we śnie miasteczka. Zauważyłem postać z teczką idącą ulicą. Szedłem w inną stronę, lecz postać podążyła za mną.
-Przepraszam – odezwał się człowiek z teczką – Czy pan Artur Nowaczewski?
Jakby ktoś pytał dlaczego nie rozstaję się z czapeczką, to właśnie ma odpowiedź. Możecie nazwać moją czapkę idiotyczną. Możecie komentować pseudowojskowe emploi, lecz czasem się przydaje. Postać okazała się Panem Rafałem z Urzędu Miasta, który samochodem zawiózł mnie do hotelu Joseph Conrad. Miałem zamiar zaraz położyć się spać. Ale oczywiście nic z tego nie wyszło. W hotelu było już kilku poetów uczestników festiwalu, którzy grzali się przy kominku w restauracyjce o groźnej nazwie Jądro Ciemności. Nie ma czasu na sen, gdy widzi się kogoś raz albo dwa lub trzy razy na rok. Pokój dzieliłem z Przemkiem. Dzielimy wiek, pasję, wrażliwość. Skoro zaś razem dzieliliśmy pokój co wieczór wyglądało to tak. Co wieczór wracaliśmy z twardym zamiarem zapadnięcia w sen, po czym zaczynaliśmy gadać i gadaliśmy tak długo aż pozostawało się zdrzemnąć przed pobudką. Zresztą w innych pokojach było podobnie – wszyscy jakby dostali nadmiarową baterię, chodzili jak nakręceni. I tak pięć dni, w których spałem łącznie może z piętnaście godzin.
W ciągu dnia pełniłem obowiązki poety. Razem z koleżeństwem odwiedzałem lokalne biblioteki, gdzie czekano na poetów. No więc robiliśmy za poetów. Poetów smutnych i poetów zakręconych. Grzecznych albo ironicznych. Aroganckich lub nieśmiałych. Prowadziłem też warsztaty – gdzie rozpiętość wiekowa między najstarszym a najmłodszym uczestnikiem wynosiła mniej więcej mój wiek obecny. Chyba poszło nie najgorzej. Po południu przychodził czas na koncerty i przesiadywanie w Kawiarence Sytuacyjnej. Tam odbywały się konkursy, czytania wierszy i ogólny spontan.
Wątki tych rozmów i sytuacji ciągną się do dziś. No bo czy byłbym w stanie przewidzieć, że wykonamy z Kubą mój poemat przy akompaniamencie sitara? Każdy wieczór przynosił nowe zdarzenia. Czytanie wierszy i prozy na żwirku przed hotelem. Czytanie wierszy w kabinie prysznicowej. Improwizowany koncert w kiblu. Taksówką po wiersz. Tam i z powrotem. Autobus do Prania i suty piknik. No i wiele, wiele rozmów w te dni. Minął już prawie miesiąc, ale ciężko mi to jakoś zamknąć w opisie. Zresztą nie chcę tego zamykać, bo dalsze ciągi trwają. Krążą pocztą książki, krążą maile i zdjęcia. Wspomnienia. Są ludzie. Tylu wspaniałych ludzi. W jednym miejscu. W Piszu. Gdzieś ta chwila trwa.

W majowej „Lampie” można znaleźć notę o Elegii dla Iana Curtisa. Paweł Kozioł pisze m.in., że zadomowiłem się w najnowszej literaturze i że zrobiłem to z wdziękiem. Mimo niewielkich rozmiarów recenzja zawiera kilka trafnych uwag. Jej autor wskazuje na patronat Zbigniewa Macheja oraz aluzje do wierszy Tadeusza Dąbrowskiego i Tomasza Różyckiego.

***

Brak komentarzy

30 lat minęlo wczoraj od śmierci Iana Curtisa.
Z tej okazji ciche Muzyczne coś.


  • RSS