nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2010

Internetowy Kwartalnik ‚Szafa’ zamieszcza
w najnowszym numerze wywiad pt.
Jack Sparrow spotyka Adama
Mickiewicza
,
który przeprowadził ze mną Marek Doskocz
oraz trzy wiersze z Elegii dla Iana Curtisa.
Recenzję tomiku można znaleźć na blogu kobiekcje.

Kilka fragmentów naszego spotkania we Wrocławiu można zobaczyć tu

Byłem na meczu Korei Północnej z Koreą Południową. Niedowiarkowie mogą sprawdzić w tabelach FIFA – spotkanie odbyło się 11 października 1990 na stadionie Rungrado w obecności 150 tysięcy ludzi. Wypełnili stadion od pierwszego do ostatniego miejsca. Byliśmy na trybunach już na godzinę przed rozpoczęciem. Nie bardzo potrafiłem odróżnić zawodników północnych od południowych. Do przerwy wynik pozostawał remisowy. Podobno ostatecznie północni Koreańczycy wygrali 2:1. Zresztą chyba niedługo potem znów byliśmy na meczu tych drużyn – niestety było to spotkanie pokazowe, po przerwie składy przemieszały się, część północnych założyła koszulki południowców i na odwrót, południowcy biegali po boisku w północnych trykotach. Grano nonszalancko w obronie, przez co jedna z drużyn – rzecz jasna ta, która grała w białych koszulkach północnokoreańskich – wygrała 5:1. Potem jeszcze raz, ale już na ulicy widziałem tłumy kibiców wracające z przegranego towarzyskiego meczu z ZSRR. Stadion Rungrado ponoć jest największy na świecie – słynna Maracana zmieściła prawie 200 tysięcy ludzi podczas finału mistrzostw świata w 1950 roku, ale oficjalnie wejść może tam prawie o połowę mniej widzów.

Czy w Korei Północnej działała liga? Pewnie tak. Przynajmniej w Phenianie było kilka stadionów – poza stadionem Rungrado w odległości kilometra na zachód, za wzgórzami Moranbon znajdował się stadion im. Kim Ir Sena na 100 tysięcy miejsc. Nowy stadion, także na kilkadziesiąt tysięcy widzów znajdował się w olimpijskiej dzielnicy Kwanbok, inni duży obiekt wybudowano na jednej z wysp na rzece Tedong, niedaleko naszego domu znajdował się stadion gabarytami przypominający nasze ligowe boiska – czyli dziesięć tysięcy miejsc. Przynajmniej teoretycznie było gdzie rozgrywać mecze i gdzie trenować. Chociaż dzisiaj, gdy ogląda się skład drużyny północnokoreańskiej międzynarodowe agencje często nie potrafią określić z jakiego klubu pochodzi dany zawodnik i wpisują „unknown”. Wyobrażam sobie wtedy w jak trudnych warunkach grają ci piłkarze. Dzieci z brazylijskich slumsów czy gracze z Afryki mogą liczyć, że gdy nie zawiedzie ich talent i szczęście wylądują w bogatym europejskim klubie, ale tacy Północni Koreańczycy?

A jednak to właśnie Północna Korea była pierwszą reprezentacją narodową z Azji, która osiągnęła coś na mundialu. Stało się to w 1966 roku w Anglii zaledwie dwa lata po tym jak północnokoreańska drużyna narodowa zadebiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Z mistrzostw wycofały się drużyny afrykańskie i azjatyckie z wyjątkiem właśnie Korei Północnej. Rozbiła ona w barażach Australię i dzięki temu pojechała na mundial… Zaczęło się przewidywalnie – od porażki z bardzo silną ekipą ZSRR – aktualnymi wicemistrzami Europy. W meczu z Chile remis Koreańczykom udało się uratować w ostatnich minutach. Pozostał ostatni mecz grupowy z drużyną Włoch. Azzuri zlekceważyli egzotycznego przeciwnika, przeciwko „dżokejom” jak nazywano Koreańczyków ze względu na niski wzrost wystawili rezerwowy skład. Tymczasem Koreańczycy wygrali 1:0 i to oni, nie faworyzowani Włosi awansowali do ćwierćfinału. Tu właściwie zaczął się dramat północnokoreańskiej drużyny – upojeni zwycięstwem zawodnicy hucznie świętowali zwycięstwo – upijając się w barze i nie zdążyli zregenerować sił. W ćwierćfinale trafili na rewelację turnieju Portugalię z legendarnym Eusebio w składzie. Pomimo iż prowadzili już 3:0 przegrali 3:5. Wielki wódz uznał, że piłkarze zachowali się „reakcyjnie i burżuazyjnie, ulegli wpływom zgniłego kapitalizmu i złych idei”. Całą drużynę z wyjątkiem rozgrywającego Pak Du Ika, który podczas feralnej imprezy został w hotelu ze względu na ból żołądka zesłano do obozów.

W latach osiemdziesiątych, w obozie Jodok, Kang Czholwan spotkał jednego z graczy legendarnej jedenastki. Pak Songdzin był na mundialu w Anglii kapitanem drużyny. Strzelił dwa gole – z Chile i Portugalią. W Jodok w niczym nie przypominał dawnego bohatera, inni więźniowie ochrzcili go przydomkiem Karaluch – bo żywił się prawie wyłącznie owadami. Bardzo długi czas spędził w karcerze. Kang Czholwan pisał, że kiedy widział go po raz ostatni piłkarz był już na skraju wyczerpania. Co działo się w jego głowie podczas tych lat spędzanych w koncentracyjnym obozie Jodok, skąd za drutami mógł oglądać ojczyste góry? Czy w nocy nawiedzały go wspomnienia z angielskich boisk? Skąd znajdował energię by kurczowo trzymać się życia? Wiedział przecież, że nie będzie już powrotu do krótkich chwil euforii.

W 2002 roku – żyło co najmniej siedmiu graczy z jedenastki. Przynajmniej taki obraz serwuje nam film Anglika Daniela Gordona – The game of their lives. Opowiada on o pobycie drużyny koreańskiej w Anglii – w Middlesbrough. Koreańczycy zdobyli sobie sympatię mieszkańców, podobno trzy tysiące kibiców z tego miasta wybrało się na mecz ćwiećrćfinałowy by dopingować swoich gości. W ujęciach z angielskich mistrzostw widzimy miejscowych wyrostków, ktorzy powiewają flagą Korei Północnej. Film przedstawia poszczególnych piłkarzy, którzy opowiadają o początkach swojej przygody z futbolem, wspominają pobyt na VIII Mistrzostwach Świata, emocje związane z meczowymi sytuacjami, wrażenie, jakie czynił na nich Eusebio… A także o lęku przed kościołem, który widoczny był z okien hotelu oraz przed wiszącymi w pokojach krzyżami. Widzimy oldboyów jak składają wieńce pod siedemnastometrowym pomnikiem Kim Ir Sena. Piłkarze płaczą wspominając wodza. Przed wyjazdem Kim Ir Sen miał powiedzieć – drużyny z Europy i Ameryki Południowej zdominowały mistrzostwa. Reprezentujecie Azję i Afrykę. Wygrajcie jeden lub dwa mecze… Film pokazuje ujęcia z powrotu piłkarzy do kraju, jak są fetowani przez mieszkańców Phenianu. Jak dzisiaj żyją w glorii narodowych bohaterów. Oczywiście stanowczo zaprzeczają plotkom, jakoby zostali zesłani do obozów.

Przyglądałem się wątłemu człowiekowi w mundurze, który prawie czterdzieści lat wcześniej zakładał białą koszulkę z numerem 8. Czy to rzeczywiście był Pak Songdzin, zwany w Jodok Karaluchem?

Niedziela, 20 czerwca, godz. 20

Promocja Elegii dla Iana Curtisa

Artura Nowaczewskiego

Miejsce:Kawiarnia Młody Byron,
ul. Czyżewskiego 12,
Sopot
(Dworek Sierakowskich) 


Wtorek, 22 czerwca, godz. 18.30
Promocja najnowszej książki

Wojciecha Wencla

“Podziemne motyle”.

Spotkanie poprowadzi Artur Nowaczewski

Miejsce:
Cafe Fikcja, ul. Grunwaldzka 99/101,
Gdańsk-Wrzeszcz(antresola nad Newską)

Uciekł. Uciekł nam bus do Liptovskiego Mikulasa i tym samym misterny plan dotarcia w Tatry Niżne rozsypał się już na pierwszym punkcie. Pociąg do Zakopca z przesiadką w Poznaniu spóźnił się ponad godzinę i nie było sposobu, aby nadrobić stracony czas. Czy to jednak mogło powstrzymać naszą trójkę? Wsiedliśmy w busa na Jasną Polanę. W barze na granicy wypiliśmy piwko grzejąc się w słońcu. Dotrzemy, dotrzemy chociaż później, nie zważając na okoliczności. Pogoda jest wbrew zapowiedziom fantastyczna.
-Panowie pijemy za powodzenie naszej sprawy- wznoszę toast -i stukamy się ceremonialnie kuflami.
Gęby mamy uśmiechnięte. To już Słowacja, zaśnieżone szczyty Tatr wyzierają zza chmur. Czego więcej trzeba?
Trzecia tego dnia przesiadka – słowacki autobus do Starego Smokovca, w Smokovcu przesiadka do Popradu. W Popradzie ucieka nam sprzed nosa pociąg do Liptovskiego Mikulasa. Do następnego – godzina. Cóż – browarek i pijemy za powodzenie naszej sprawy. W końcu wsiadamy do „rychlika” (pospiesznego) do Bratysławy i wysiadamy w Mikulasu. Tu – znów półtorej godziny do autobusu. Bufet dworcowy – browar, powodzenie wiadomo czego. W końcu po 27 godzinach jazdy i sześciu przesiadkach jesteśmy w Jasnej – u podnóża masywu Chopoka. Jest godzina siedemnasta.

Jest godzina siedemnasta i tu właśnie zaczyna się właściwa opowieść. Kto to widział wychodzić w góry o siedemnastej? Cóż, jeśli ten dzień nie ma być do końca stracony, wychodzimy. Do otulni pod Chabencom – około pięciu godzin. Będziemy ok. 22, jeśli nie nastąpią okoliczności nieprzewidziane. Przed nami podejście na Chopok. Mijamy najbrzydszą, zdezelowaną przez narciarzy część Niżnych Tatr. Zawsze wprawiają mnie w przygnębienie zabłocone trasy narciarskie. Gdy nie ma śniegu odsłania się ich brzydota, są jak blizny w zalesionych stokach, korzenie, wypłukane przez wodę kamulce, porzucone na skraju tras koparki, drażniacy w tej przestrzeni industrial. Hotel w Jasnej ogromny i pusty jak w Lśnieniu Kubricka. Ile to razy jeszcze przywołam ten film? Scenę, w której samotny samochód jedzie górską szosą, by na koniec dotrzeć do ogromnego złowieszczego hotelu? Dzisiaj Bart, Rudolf i ja też weźmiemy udział w horrorze. Ale nie wchodzimy do hotelu, wychodzimy w góry. Muzyka wewnątrz nie zionie grozą, to coś jak Orawa Kilara, zimne iskry potoków wiszące na smyczkach.

Jeszcze jest jasno. Trzysta metrów nad Jasną ostatnie tego dnia zdjęcia. Cóż – mogą opowiedzieć zdjęcia o takim, jak dziś dniu? Nic. Dokumentacja fotograficzna kończy się wraz ze słońcem, które zasłaniają chmury. Mgła wypełza na kamienisty stok. Bart idzie przede mną, słyszę jego kijki stukające o kamienie. Rudolf został za moimi plecami, zniknął we mgle. Ale droga jest prosta wytyczona głazami- jak wejście na Kasprowy. W piętnastominutowych odstępach wchodzimy na Chopok. Tutaj w Kamiennej Chacie pod pijemy po dużym kubku herbaty. Jakaś grupka Polaków rozprawia o swojej koleżance, która skręciła nogę w kostce. Czy nie pomożemy jej wnieść do schroniska? – pyta jedna z dziewczyn. Patrzymy na czterech chłopaków z tej samej grupy siedzących już rozebranych za stołem. Odmawiamy. Już i tak jesteśmy mocno spóźnieni a te tu darmozjady grzeją się przy piecu i ani myślą iść na dół. Rudolf, któremu nasilający się wiatr dał już do wiwatu, w zasadzie chciałby już tu zostać. Jest po dziewiętnastej a do Otulni pod Chabencom jeszcze ponad dwie godziny drogi. Zostaje przegłosowany, wychodzimy.

Po raz drugi wychodzimy. I tylko nasilający się wiatr jest groźną nutą, mogącą otwierać nowy, groźny wątek w osnowie opowieści. Ale na razie sielanka. Mgliście, siąpi, ale my prujemy kamienistą drogą jak po autostradzie. Połykamy kilometry. Ile mamy kilometrów do celu? osiem? Cztery połykamy w godzinę i zaczyna się podejście w stronę Chabenca. Mgła nasila się, deszcz coraz mocniej zacina, ściemnia się, nieustająca kanonada wiatru. Furkają peleryny. Bart jako najmocniejszy prowadzi, przejmuje od Rudolfa jedyną w drużynie czołówkę. Bezbłędnie odnajduje ukryte na kamieniach znaki. Sam miałbym z tym duże kłopoty, bo okulary mam zasnute deszczem. Ale iść za plecami Barta to proste – jak trzymać się koła podczas kolarskiego wyścigu. Wchodzimy pod górę. Chabenec musi być blisko a za nim zbawcza otulnia. Choć przemoczeni już kompletnie, zmęczeni – siłą rozpędu poruszamy się naprzód w zapadających ciemnościach. Blade światło czołówki nas prowadzi.

-Nie podoba mi się to – Bart zatrzymuje się i po raz pierwszy od rana czuję lekką zmianę w jego głosie – Nie mogę znaleźć znaków.
Leje jak z cebra, wieje coraz silniej, trzęsę się z zimna.
-Czekajcie tutaj, wrócę kawałek. Może szlak gdzieś skręca.
Zostajemy z Rudolfem w ciemnościach. Deszcz, teraz już z gradem wali coraz mocniej w nasze kaptury.
Za chwilę światło czołówki wraca.
Jest szlak! – słyszymy krzyk Barta.
Jest szlak. Jest nadzieja. Idziemy naprzód. Początkowo wspinamy się po zboczu, ale później szlak schodzi coraz mocniej w dół.
-Nie kręcimy się przypadkiem w kółko?! – krzyczę do Barta – przypominając sobie jak niedawno błądziłem koło Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach.
-To niemożliwe! – odkrzykuje.
Jasne. Jak w wierszu Świetlickiego. „Pewnych rzeczy nie przyjmują do wiadomości. Tym samym te rzeczy są skompromitowane. Nie istnieją”.
A jednak okazuje się, że mam rację. Dochodzimy do krzyżówki szlaków. Mijaliśmy ją jakieś pół godziny temu. W dół odchodzi żółty, czerwony, którym mamy iść idzie granią.
Narada. Co robić.
-Wracajmy na Chopok. Znamy drogę. – mówię – lepiej wracać znaną drogą, nie wiemy czy w ogóle trafimy do otulni.
-Jesteśmy już blisko, niecała godzina- mówi Bart – a na Chopok trzy godziny. Trzeba iść na Chabenec.
-Rudolf?
-Idźmy.
Idziemy na Chabenec. Dochodzimy znów do miejsca, gdzie zgubiliśmy się wcześniej. Odnajdujemy teraz właściwy przebieg szlaku. Droga pnie się do góry. Jesteśmy wysoko na grani, szczyt Chabenca zapewne tuż tuż. Słyszymy daleki grom.
-Burza! – mówi któryś z nas.
A potem dodaje:
-Kurwa.
-Jeszcze tego brakowało. Co robimy?
Nagle błysk roświetla całą grań.
Ułamek sekundy, ale widzimy swoje przerażone twarze, rozszerzone oczy.
-JEZUS! – wrzeszczę na całe gardło.
-PADNIJ! – krzyczy ktoś.
Grom zagłusza nasz krzyk.
W gasnącej błyskawicy widzimy siebie trzęsących się ze strachu, tulących do ziemi. Wyrzucamy kije. Zapada ciemność. Ale jeszcze dobrą chwilę nikt nie rusza się z miejsca.
-Zostawiamy kije? – krzyczy nagle Bart.
-Ja zostawiam! – odkrzykuję.
I tak tego dnia jeden kijek ostatecznie się zepsuł. Wyrzucam zdrowy kijek w ciemność.
-Jednak szkoda – waha się Bart – i podnosi swoje kije.
Podążam teraz za nimi, ale wyrzucenie kijka było błędem. Teraz potykam się o skały zostaję w tyle. Ta chwila przy ziemi kosztowała mnie sporo ciepła. Trzęsą mi się łydki i wywalam się na prostej drodze.
-Poczekajcie! Nie nadążam!
Bart oddaje mi jeden ze swoich kijków.
-Tylko go nie wyrzucaj – mówi.
Łatwo mówić. Cały czas krzyczymy. Znów błysk, grom i znowu leżymy przy ziemi.
-Kurwa! Kurwa! Następnego dnia spierdalam do Polski! – klnę na cały głos.
Tak jest kilka razy.Ilekroć błyski rozświetlają grań padamy na ziemię, jak robaki przylegamy do gruntu.
Tak docieramy trzeci raz do znajomej już krzyżówki ze szlakiem żółtym.
-Co robimy?
Znów to pytanie.
-Wracamy do Chopoka.
-Schodzimy z grani.
-Przebijamy się przez Chabenec.
Trzech ludzi i trzy wersje. I tylko jedna czołówka.
To trzyma nas razem. Inaczej już dawno rozdzielilibyśmy się.
-Musimy zejść z grani – mówi Rudolf. – Dojść do linii lasu.
Bart obsesyjnie myśli o Otulni.
Otulnia lepsza niż mój Chopok. Chopok to trzy godziny granią. Przy tych piorunach. Otulnia bliżej.
No to schodzimy z grani – krzyczę.
Schodzimy żółtym droga początkowo sprowadza nas w dół a potem znów zaczyna się wspinać.
Cały czas strugi deszczu, huraganowy wiatr. Gromy jakby się oddaliły. Ale raz po raz błyska w oddali. Burza jakby zawisła nad masywem i nie mogła się przesunąć. Z centrum uciekliśmy na jej obrzeża, ale ona jak wielka płaszczka gotowa zmienić kierunek i odnaleźć trzy bezbronne mrówki, które nieopacznie znalazły się na jej terytorium.
-MAPA! MUSIMY SPOJRZEĆ NA MAPĘ!
Bart zgrabiałymi palcami rozwija strzęp mapy, którą kupił kilka godzin wcześniej na Chopoku. Arkusze zlepiły się i nie chcą odsłonić swych wnętrzności, skrawek mapy, gdzie akurat się znajdujemy pozostał w środku. Wreszcie udaje się.
-Panowie – mówi drżącym głosem Bart – jesteśmy na szczycie Skaly. To jest boczny masyw. Ta góra jest wyższa niż Chabenec.
Zatem zamiast uciec przed burzą, wyleźliśmy na wierzchołek, gdzie jesteśmy widoczni dla piorunów jak trzy groszki na patelni.
-Co robimy? – pada nie wiadomo już który raz.
-Nie wiem – mówię.
-Nie wiem – mówi jak głuche echo Rudolf.
Trzy kijki leżą u naszych stóp, układają się w trójkąt. Czwarty tuż obok. Dlaczego pamiętam takie szczegóły.
-Nie wiem – mówi Bart – dzwonić po Zachrannu Służbu?
Sam zdaje sobie sprawę, że to beznadziejne. Włączać telefon w tych warunkach. Nikt z nas nie ma chyba nawet ich numeru. Gdyby cudem dodzwonić się, jak przekazać własną pozycję przy takim wietrze, przecież nic nie usłyszą…
Musimy przetrwać tu do rana albo iść.
-Byłem po tej stronie Tatr w 96 roku – mówię – tu nie ma żadnych osad. Same lasy. Najbliższe jest Tale wiele kilometrów stąd.
-W lesie niedźwiedzie – mówi Bart – Największa ostoja niedźwiedzi na całej Słowacji.
-W takim razie idźmy na Chopok. Byliśmy tam. Znamy drogę – wracam do poprzedniego pomysłu. -Będziemy mieć przed sobą jakiś cel. Będzie łatwiej iść, choćby i dłużej.
-To brzmi rozsądnie – mówi Rudolf. – Wracamy.
Zatem wracamy. Jest przynajmniej kierunek. Teraz następują godziny mozolnego odwrotu.
Różnie reagujemy na stres. Bart zamyka się w sobie. Mobilizuje się, żeby zachować kontrolę. Rudolf popada w zobojętnienie. Ono roztacza nad nim płaszcz bezpieczeństwa, który wbrew strachowi pozwala iść dalej. Ja zamieniam się w choleryka, klnę i gadam do siebie. Niech emocje wychodzą na zewnątrz, nie ma nic gorszego niż strach, który dławi gardło.

Czy gdybym słyszał wojenną historię o Chabencu, tak rześko wyruszyłbym kilka godzin temu z Chopoka w stronę tej przeklętej góry?
Chabenec, 1955 metrów, tutaj w 10 listopada 1944 roku burza zaskoczyła wycofujące się oddziały słowackich powstańców. 80 żołnierzy i cywili zginęło w śniegu. Wśród nich komunistyczny polityk Jan Sverma. Tego nie wiem, kiedy wyczerpany i wyziębiony wlokę się przez ulewę w środku nocy w kierunku Chopoka. Wyobraźnia nie podsuwa mi pod oczy zamarzających partyzantów. Ścigani jak zwierzęta przez Waffen SS znaleźli śmierć w zamieci, gdzieś tutaj.
Docieramy cali i zdrowi do Chopoka o 4.30 rano. Kiedy już do schroniska pozostaje kilkanaście minut, koledzy wyprzedzają mnie i znikają za zakrętem. Idę teraz swoim rytmem. Ale jest już spokojnie. Nie leje. Wiatr jest słaby. Na niebie widać księżyc. W tym świetle księżycowym ukazują się wpierw czerwone lampy Chopoka a poniżej pojedyncza lampka schroniska.
Wiatr świszcze i zdaje mi się, że ktoś mnie woła. Czyżby czekali na mnie w innym miejscu i teraz znaleźli się za moimi plecami?
-Artuuur! Artuuur!
-Tu jestem! – odkrzykuję – Ale nie słyszę odpowiedzi.
Trudno. Nie mam siły, nie ma sensu ich szukać. Idę do schroniska, stamtąd wyślę im SMS-a, że jestem w schronisku. Ale gdy docieram Bart i Rudolf stoją już w holu i zrzcuają przmoczone ciuchy. Nic nie krzyczeli. Przyszli tutaj kilkanaście minut wcześniej.
Zali to ty mnie wołałeś ateistyczny duchu Jana Svermy? Zali to wy powstańcy byliście tymi głosami spod Chabenca?

Celebrity deathmatch nr 2
Foks vs Nowaczewski

Spotkanie z Cyklu Wrocławskie Studium Literackie pod patronatem Miesięcznika Odra oraz Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu


Wieczór autorski Darka Foksa i Artura Nowaczewskiego to drugie z cyklu
spotkań spotkań, na których chcemy zderzać różne typy liryki,
konfrontować podejścia do pisania szukając konfliktu i sporu. Chcemy
znaleźć nowe sposoby opisu sytuacji, w której jest teraz polska poezja,
wyjść poza schemat „barbarzyńcy i klasycyści”, rozruszać zastałą
sytuację, w której wszyscy są bezpiecznie okopani na swoich pozycjach.
Taki konflikt może zmienić statyczną sytuację, w jakiej znajduje się
polska poezja, zmusić poetów do otwarcia się i wyjścia poza „ogród
koncentracyjny”, podjęcia głosu. W spotkaniu czerwcowym sprawdzamy, czy
wytworzy się ferment między czołowym postmodernistą (czy to coś jeszcze
znaczy?) polskiej poezji Darkiem Foksem, a dopiero miksującym kulturę
popularną z tradycją literacką Arturem Nowaczewskim. Krytyk związany z
prawicowymi pismami „44″ i „Fronda” siądzie obok recenzenta ksiązkowego
„Machiny”. Skrzyżują rękawice na literackim ringu reprezentanci Pomorza
i Warszawy. To musi być ciekawe.

9 czerwca – Klubokawiarnia Falanster ul. Św Antoniego 23, Wrocław
Po spotkaniu odbędzie się specjalna edycja turnieju jednego wiersza z pulą nagród 600 zł

spotkanie poprowadzą:
Bartosz Sadulski & Przemek Witkowski

Darek Foks (ur. 1966) – poeta, prozaik, scenarzysta. Autor książek
poetyckich min. „Wiersze o fryzjerach”, „Misterny tren”, „Sonet drogi”,
„Ustalenia z Maastricht” oraz ostatnią „Sto najlepszych polskich reklam
i jedna niemiecka”. Za prozatorskie można uznać jego książki „Orcio”,
„Pizza weselna”, „Mer Betlejem” oraz „Wielkanoc z tygrysem”. W 2005
roku wspólnie ze Zbigniewem Liberą opublikował książkę „Co robi
łączniczka”, którą wyróżniono Nagrodą TVP Kultura i nominowano do
Nagrody Literackiej Gdynia. Pracuje w redakcji „Twórczości”. Mieszka w
Skierniewicach.

Artur Nowaczewski (ur. 1978) – polski poeta i krytyk literacki; doktor
nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Adiunkt na
Uniwersytecie Gdańskim. Wydał arkusz poetycki „Wyrywki”, tomiki wierszy
„Commodore 64″ i „Elegia dla Iana Curtisa”, książkę
historycznoliteracką „Trzy miasta, trzy pokolenia”. Współpracuje z
sopockim „Toposem”, stały współpracownik Magazynu Apokaliptycznego
„44″. Mieszka w Gdyni.


  • RSS