Byłem na meczu Korei Północnej z Koreą Południową. Niedowiarkowie mogą sprawdzić w tabelach FIFA – spotkanie odbyło się 11 października 1990 na stadionie Rungrado w obecności 150 tysięcy ludzi. Wypełnili stadion od pierwszego do ostatniego miejsca. Byliśmy na trybunach już na godzinę przed rozpoczęciem. Nie bardzo potrafiłem odróżnić zawodników północnych od południowych. Do przerwy wynik pozostawał remisowy. Podobno ostatecznie północni Koreańczycy wygrali 2:1. Zresztą chyba niedługo potem znów byliśmy na meczu tych drużyn – niestety było to spotkanie pokazowe, po przerwie składy przemieszały się, część północnych założyła koszulki południowców i na odwrót, południowcy biegali po boisku w północnych trykotach. Grano nonszalancko w obronie, przez co jedna z drużyn – rzecz jasna ta, która grała w białych koszulkach północnokoreańskich – wygrała 5:1. Potem jeszcze raz, ale już na ulicy widziałem tłumy kibiców wracające z przegranego towarzyskiego meczu z ZSRR. Stadion Rungrado ponoć jest największy na świecie – słynna Maracana zmieściła prawie 200 tysięcy ludzi podczas finału mistrzostw świata w 1950 roku, ale oficjalnie wejść może tam prawie o połowę mniej widzów.

Czy w Korei Północnej działała liga? Pewnie tak. Przynajmniej w Phenianie było kilka stadionów – poza stadionem Rungrado w odległości kilometra na zachód, za wzgórzami Moranbon znajdował się stadion im. Kim Ir Sena na 100 tysięcy miejsc. Nowy stadion, także na kilkadziesiąt tysięcy widzów znajdował się w olimpijskiej dzielnicy Kwanbok, inni duży obiekt wybudowano na jednej z wysp na rzece Tedong, niedaleko naszego domu znajdował się stadion gabarytami przypominający nasze ligowe boiska – czyli dziesięć tysięcy miejsc. Przynajmniej teoretycznie było gdzie rozgrywać mecze i gdzie trenować. Chociaż dzisiaj, gdy ogląda się skład drużyny północnokoreańskiej międzynarodowe agencje często nie potrafią określić z jakiego klubu pochodzi dany zawodnik i wpisują „unknown”. Wyobrażam sobie wtedy w jak trudnych warunkach grają ci piłkarze. Dzieci z brazylijskich slumsów czy gracze z Afryki mogą liczyć, że gdy nie zawiedzie ich talent i szczęście wylądują w bogatym europejskim klubie, ale tacy Północni Koreańczycy?

A jednak to właśnie Północna Korea była pierwszą reprezentacją narodową z Azji, która osiągnęła coś na mundialu. Stało się to w 1966 roku w Anglii zaledwie dwa lata po tym jak północnokoreańska drużyna narodowa zadebiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Z mistrzostw wycofały się drużyny afrykańskie i azjatyckie z wyjątkiem właśnie Korei Północnej. Rozbiła ona w barażach Australię i dzięki temu pojechała na mundial… Zaczęło się przewidywalnie – od porażki z bardzo silną ekipą ZSRR – aktualnymi wicemistrzami Europy. W meczu z Chile remis Koreańczykom udało się uratować w ostatnich minutach. Pozostał ostatni mecz grupowy z drużyną Włoch. Azzuri zlekceważyli egzotycznego przeciwnika, przeciwko „dżokejom” jak nazywano Koreańczyków ze względu na niski wzrost wystawili rezerwowy skład. Tymczasem Koreańczycy wygrali 1:0 i to oni, nie faworyzowani Włosi awansowali do ćwierćfinału. Tu właściwie zaczął się dramat północnokoreańskiej drużyny – upojeni zwycięstwem zawodnicy hucznie świętowali zwycięstwo – upijając się w barze i nie zdążyli zregenerować sił. W ćwierćfinale trafili na rewelację turnieju Portugalię z legendarnym Eusebio w składzie. Pomimo iż prowadzili już 3:0 przegrali 3:5. Wielki wódz uznał, że piłkarze zachowali się „reakcyjnie i burżuazyjnie, ulegli wpływom zgniłego kapitalizmu i złych idei”. Całą drużynę z wyjątkiem rozgrywającego Pak Du Ika, który podczas feralnej imprezy został w hotelu ze względu na ból żołądka zesłano do obozów.

W latach osiemdziesiątych, w obozie Jodok, Kang Czholwan spotkał jednego z graczy legendarnej jedenastki. Pak Songdzin był na mundialu w Anglii kapitanem drużyny. Strzelił dwa gole – z Chile i Portugalią. W Jodok w niczym nie przypominał dawnego bohatera, inni więźniowie ochrzcili go przydomkiem Karaluch – bo żywił się prawie wyłącznie owadami. Bardzo długi czas spędził w karcerze. Kang Czholwan pisał, że kiedy widział go po raz ostatni piłkarz był już na skraju wyczerpania. Co działo się w jego głowie podczas tych lat spędzanych w koncentracyjnym obozie Jodok, skąd za drutami mógł oglądać ojczyste góry? Czy w nocy nawiedzały go wspomnienia z angielskich boisk? Skąd znajdował energię by kurczowo trzymać się życia? Wiedział przecież, że nie będzie już powrotu do krótkich chwil euforii.

W 2002 roku – żyło co najmniej siedmiu graczy z jedenastki. Przynajmniej taki obraz serwuje nam film Anglika Daniela Gordona – The game of their lives. Opowiada on o pobycie drużyny koreańskiej w Anglii – w Middlesbrough. Koreańczycy zdobyli sobie sympatię mieszkańców, podobno trzy tysiące kibiców z tego miasta wybrało się na mecz ćwiećrćfinałowy by dopingować swoich gości. W ujęciach z angielskich mistrzostw widzimy miejscowych wyrostków, ktorzy powiewają flagą Korei Północnej. Film przedstawia poszczególnych piłkarzy, którzy opowiadają o początkach swojej przygody z futbolem, wspominają pobyt na VIII Mistrzostwach Świata, emocje związane z meczowymi sytuacjami, wrażenie, jakie czynił na nich Eusebio… A także o lęku przed kościołem, który widoczny był z okien hotelu oraz przed wiszącymi w pokojach krzyżami. Widzimy oldboyów jak składają wieńce pod siedemnastometrowym pomnikiem Kim Ir Sena. Piłkarze płaczą wspominając wodza. Przed wyjazdem Kim Ir Sen miał powiedzieć – drużyny z Europy i Ameryki Południowej zdominowały mistrzostwa. Reprezentujecie Azję i Afrykę. Wygrajcie jeden lub dwa mecze… Film pokazuje ujęcia z powrotu piłkarzy do kraju, jak są fetowani przez mieszkańców Phenianu. Jak dzisiaj żyją w glorii narodowych bohaterów. Oczywiście stanowczo zaprzeczają plotkom, jakoby zostali zesłani do obozów.

Przyglądałem się wątłemu człowiekowi w mundurze, który prawie czterdzieści lat wcześniej zakładał białą koszulkę z numerem 8. Czy to rzeczywiście był Pak Songdzin, zwany w Jodok Karaluchem?