nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2010

W tym roku palącą kwestią stało się oglądanie mundialu na Białorusi. Nie było to sprawą łatwą. Piłka nie jest tu zbyt popularna wśród młodych. Raczej interesują się nią starsi, pamiętający czasy Sojuza i sukcesów Ssbornej. Młodzi wolą motoryzację. Rok temu mieliśmy okazję oglądać mecz I ligi białoruskiej. Niemen Grodno podejmował jakąś drużynę z Mińska. Poziomem mecz przypominał mecze naszej ekstraklasy. Niemen zajmował chyba 6 miejsce w tabeli, Mińsk walczył o europejskie puchary. Kupiliśmy na pamiątkę żółto-zielone szaliki grodzieńskiego klubu. Niemen został założony w 1964 roku, jego największym sukcesem było zdobycie pucharu Białorusi i wicemistrzostwa kraju. Mecz o ile pamiętam skończył się wynikiem 2:1 a bramka dla gospodarzy padła w ostatniej minucie. Widzów było niewielu. Wybraliśmy sektor naprzeciwko ultrasów, żeby obserwować ich doping. Byli nieźle zorganizowani, był bębniarz, głośne śpiewy O Nieman Moj…. Ale poza tym sektorem, gdzie weszło chyba z niewiele ponad tysiąc kibiców, siedziały pojedncze grupki widzów. Na stadion pozwolono mi wejść z dużą butelką wody, musiałem jedynie wyrzucić zakrętkę. Porządku pilnowała milicja i pilnowała skutecznie. Na naszym sektorze przysiadło kilku dziadków i kilku mężczyzn w podkoszulkach ażurowych. Gdy jeden z nich, po nieodgwizdanym faulu puścił wiązkę w stronę sędziego, wielki milicjant zrobił dwa kroki w stronę płotu – i zgromił go krótkim:
-A ty szto?!
Ażurowy momentalnie zamilkł.
Stadion w Grodnie to duży nowoczesny obiekt na kilkanaście tysięcy miejsc. Wiąże się z nim ponura historia, o której dowiedzieliśmy się później. Mianowicie w jego miejscu, jak widać na przedwojennych mapach, znajdował się żydowski cmentarz. Potwierdzili to wykładowcy z Grodna, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać. Za czasów Związku Sowieckiego kirkut był systematycznie niszczony i okradany. Wykopywano kości szukając tam złota, zabierano nawet nieboszczykom złote zęby. Dziś na równej murawie przykrywającej resztki nekropolii gra się w piłkę…  
Niemniej – i tu wracamy do punktu wyjścia – palącą kwestią w tym roku stało się oglądanie telewizyjnych relacji z mundialu. Jak jednak napisałem wyżej – pubu jeszcze na Białorusi nie wynaleziono – nie ma też zwyczaju wspólnego oglądania meczów. Ruszyliśmy w stronę stadionu łudząc się, że może tam – pod jakimś parasolem – zbierze się grupka fanatyków futbolu, by śledzić starcia najlepszych drużyn świata. Próżne nadzieje. Nawet z lokalu w podziemiach stadionu przegonił nas pewien łysy bodygard. Akurat odbywała się tam „swadba” (wesele) i nasze pytania o „futboł” rozbijały się o mur niezrozumienia. Przechodnie – nawet chcąc – nie potrafili nam pomóc. Tymczasem zaczął się już jeden z ćwierćfinałów. Zgaszeni, zrezygnowani i źli szliśmy w stronę akademika. I wtedy przyszło wybawienie.
Pewien gość w dresie wyprowadzający psa na spacer usłyszał, że rozmawiamy po polsku.
-Polacy? – ucieszył się – Co tu robicie?
Wyjaśniliśmy skąd my i po co. Polak pochodził z Grodna, coś zaczął mówić o swoim kumplu z Holandii, spytał o maryśkę. Rzecz jasna nie mieliśmy, pożaliliśmy się jednak, że nie mamy gdzie oglądać meczów.
-Jak to nie ma? – rzekł na to rodak – Chodźcie ze mną! I mecz obejrzycie i piwko będziecie mogli wypić!
Po czym zaprowadził nas do klubu gier w środku blokowiska, gdzie za cholerę nie trafilibyśmy sami. Oprócz jednorękich bandytów i ruletek znajdowały się tam dwa duże płaskie ekrany, gdzie leciały mecze mundialu transpitowane przez kanał Rossija. Grupka miejscowych oglądała już mecz i życzliwie podsunęła nam wysokie krzesełka.
Odtąd – aż do momentu gdy odkryliśmy telewizor w świetlicy na piątym pietrze – tzw. komnacie oddycha – przybytek ten odwiedzialiśmy codziennie. Miejscowi rozpoznawali już nas i kiwali głowami na znak powitania.
Jeden mecz wzbudził szczególnie wiele emocji a był to, jak się można domyślać, ćwierćfinał Niemcy – Argentyna. Stali bywalcy klubu grali w zakłady piłkarskie. Połowa z nich, pragmatycy, którzy nie wierzyli w trenerską rękę boskiego Diego, postawiła gotówkę na Niemców, ale niepoprawni romantycy wybrali błyszczącą zresztą w fazie grupowej Argentynę. Już w trzeciej minucie gol dla Niemców wstrząsnął proargentyńską frakcją, do której złożyliśmy akces jeszcze przed początkowym gwizdkiem.Wówczas to rosyjski komentator zauważył również, że mało niemieccy ci Niemcy. Bo oto zobaczcie – w drużynie niemieckiej był i ghanijczyk Boateng, byli zawodnicy pochodzenia tureckiego a w napadzie – polscy napastnicy Podolski i Klose.
Gdy nazwisko Podolskiego wybrzmiało, cała frakcja białorusko-argentyńska zwróciła oczy w naszą stronę.
-Podolski i Klose, to Polacy? Czy to prawda?
Trzeba było frakcji coś odpowiedzieć. Perspektywa, że właśnie przegrywają swoje ciężko zarobione białoruskie ruble przez jakiś Polaczków, którzy zgłosili się do Loewa i jego komandy nie mogła wpłynąć dobrze na nasze akcje. Odpowiedziałem więc:
-Prawda! Oni radilis w Polsze. No pradali Polszu za giermanskije diengi!
Że tak się wyparłem wrednej mordy Klosego nie było mi żal. Trochę inaczej z sympatycznym Poldim, ale cóż było robić. Cóż, najpierw oni wyparli się reprezentacji Polski. Albo PZPN o nich zapomniał. Nieważne.
Bez zakłóceń oglądaliśmy więc mecz dalej. Niemcy dominowali coraz wyraźniej. Argentyna jakby przestała istnieć.
Jeden z kibiców był szczególnie zapalczywy. Witał triumfalnym okrzykiem każde udane zagranie Argentyńczyków.
Adin – i piłka wędruje od nogi do nogi – Dwa! – kolejne podanie- Tri! – piłkę przejmuje Lionel Messi na wysokości pola karnego.
-Lionia, dawaj!
-BIJ!
-BIJ!
-O blad’!
I leciały najcięższe słowiańskie przekleństwa zrozumiałe od Bułgarii po Słowenię, od Serbów Łużyckich po Chabarowsk.
-Ależ Niemcy dobrze wyglądają! – powiedział komentator ze stacji Rossija, widząc, że zapowiada się kolejne zwycięstwo ekipy Loewa. Że Argentyna, podobnie jak Anglia ugnie się pod niemieckim naporem.
-Nicziewo! – odkrzyknął na to zapalczywiec – W czterdziestym pierwszym też dobrze wyglądali! Blad’! Faszisty!
Nie było jednak dane zwyciężyć Argentynie tego dnia.
Zaczęły się nużące próby ataków zawodników w biało-niebieskich koszulkach na bramkę niemiecką. Ale ta odpierała ich ataki niczym mury Malborka wojska Jagiełły. Nie było jak do bramki niemieckiej się dobrać. Gdy Messi przebił się przez dwóch obrońców niemieckich, zaraz wyrastał trzeci, który mu piłkę odbierał i w przód podawał. Kontrataki Niemców były coraz groźniejsze. I nawet boski Diego, który niczym Napoleon obserwował wszystko zza bocznej linii poczuć musiał, że oto nadchodzi jego Waterloo. Trwał co prawda wciąż wynik 1:0 i wszystko wciąż wisiało na włosku. Mogły się jeszcze lody batalii odwrócić. Jeden gol i nowy duch mógłby wstąpić w gorące południowe dusze Argentyńczyków. Gol jednak nie padał. Diego zamykał oczy i myślą oberwował oddalające się mistrzostwo. Inni to byli Niemcy, niż ci w 1986. I inny to był Diego, nie ten, który sam jeden kiedyś potrafił rozstrzygnąć losy meczu. Teraz stary i bezsilny stał za boczną linią i nie mógł wbiec na murawę.
-Maradona dawaj! Ty im zabij gola! Blad’!
Lecz nie mógł nic zrobić dziś stary Maradona. Messi, ktory jak syn miał go zastąpić, biegał na boisku jak śnięty. Bez wiary, bez siły…wycieńczony ligą hiszpańską i ligą mistrzów. Rozgrywki klubowe wycisnęly z niego wszystkie soki. Inni teraz błyszczeli… nieniemieccy Niemcy, których budesliga specjalnie wcześniej skończyła sezon.
Padł drugi gol dla Niemiec. Padł trzeci i na koniec czwarty. Argentyna została zmiażdżona. Cicho, niczym cienie opuszczaliśmy lokal… Znów pragmatycy liczyli wygrane ruble.
Wiemy dziś przecież, że już w półfinale niemiecki walec rozbije się o Hiszpanię. A bramkę (głową) strzeli mały Puyol. Ale wówczas zostawiam nas w niepewności – idących przez Grodno – nocną ulicą (tfu!) Dzierżyńskiego. Za kilka dni będziemy Hiszpanami. Ha!

Grodno. Zawsze przyjeżdżałem tu w lipcu. Najbardziej słoneczne, zachodnie miasto Białorusi. Z rzeką otwartą na panoramę, w której mieszczą się stary i nowy zamek, fara, inne wieże kościelne, cerkiew na Kołoży, brzydka ciężka bryła sowieckiego teatru. Przedeptałem grodzieńskimi ulicami chyba ze sto kilometrów – od nowych blokowisk, przez drewniane przedmieścia między starym miastem a rejonem stadionu aż po podwórka starówki i drugi brzeg, gdzie trwa sylwetka kościoła franciszkanów. Poznałem Grodno posklejane z różnych epok – barokowej Rzeczpospolitej, carskich cebul cerkiewnych, sowieckich monumentów. Grodno cmentarzy – katolickich, prawosławnych, sowieckich. Grodno żółtych parasoli z reklamami lidskogo piwa.

Chodziłem po mieście, gdzie place ulice upamiętniały Lenina, Dzierżyńskiego, 17 września. Widziałem grodno 3 lipca podczas narodowego święta, gdy na Placu Sowieckim na wielkiej scenie odbywał się koncert gwiazd krajowej piosenki. Bladych gwiazdeczek na obrzeżach sąsiedniej potężniejszej rosyjskiej popkultury.
Widziałem Grodno, po którego ulicach śmigały luksusowe samochody. I Grodno trzeszczących autobusów przegubowych, w których odzywał się głos pedantycznego lektora:
Uważajyme pasażiry! Ostarożna! Dwier zaczinajetsia!
Poznałem Grodno nocne, w którym działały dwa bodajże kluby. Jedna dyskoteka nazywa się Epolet. Mieści się w przedwojennym klubie garnizonowym przy ulicy Orzieszki. Porządku pilnują tam milicjanci OMON-u. Puszcza się tu na ogół rosyjskie przeróbki znanych zachodnich przebojów.
A i o kobietach muszę napisać. Starannie ubranych, sunących jak łanie po trotuarach. Niemalże wszystkie na szpilkach, w dokładnym wyrazistym makijażu.

W sklepach stawałem przy stoiskach z alkoholem i studiowałem etykiety wódek. Oficer, Bogatyrskaja, Srebnyje Rozy, z dziesięć rodzajów bulbaszu… Na jednej z etyket znaleźliśmy wizerunek jakby-Kościuszki… Także piw był wybór spory – od zachodnich, przez czeskie po miejscowe, ukraińskie i rosyjskie. Jak to bywa za wschodnią granicą – popularne jest piwo w plastikowych butelkach. Nawet półtora i dwulitrowych.
W upały raczyłem się kwasem chlebowym. Na zagryzkę między posiłkami najlepiej było się wybrać na czieburieki do naleśnikarni opodal Placu Lenina – rodzaj bardzo smacznych placuszków z mielonym mięsem. Tanie i pożywne. W pobliskiej pizzerii ceny były już polskie, unijne. Restauracji w mieście ledwie kilka, akurat żeby mieli gdzie się pokazywać miejscowi nowobogaccy. Takim lokalem była chociażby Karczma przy Sowieckiej albo lokal nad Niemnem, gdzie stoliki wychodziły bezpośrednio na rzekę. Czegoś w rodzaju pubów nie uświadczyliśmy. Ostatnie takie lokale w tym roku były już nieczynne. Bar Stary Kufel przy Karola Marksa – smętnie zamknięty. Podobnie podziemny bar na jednej z bocznych ulic starówki, do którego schodziło się jak do wnętrza u-bota… Zauważyłem natomiast, że kwitną rozmaite jaskinie hazardu.

Zaostrzyły się przepisy dotyczące internetu. Doświadczyliśmy tego już pierwszego dnia.

-Dobry den, na interniet, adin czas…

-Pasport!

Od 1 lipca każdy musi w kafejkach mieszczących się przy białoruskiej poczcie zostawiać swoje dane paszportowe… Oficjalnie służy to walce z pedofilą. Faktycznie zaś sprawia, że nikt nie jest anonimowy w białoruskiej sieci.

Gdy wieczorem usiedliśmy z Pawłem na trawiastej skarpie koło zamku i gadając patrzyliśmy w Niemen z drugiej strony płotu podeszli grzeczni panowie i powiedzieli po polsku, że mamy tu prawo siedzieć do osiemnastej.
Poszliśmy więc przez Plac Sowiecki w kierunku centrum. Na Placu jaśniała fara. Z drugiej strony ziała zieleń skweru. W latach sześćdziesiątych wysadzono tu stojącą od XIV wieku farę Witolda. Przypomina się Brodski i jego Postój w pustyni. Jak to szło?

Tak mało teraz w Leningradzie Greków,

żeśmy zburzyli Kościół Grecki, aby

na jego miejscu salę koncertową

postawić. Jest coś w tej architekturze

beznadziejnego, chociaż sama przez się

sala na tysiąc albo więcej miejsc

beznadziejnością nie tchnie. To świątynia.

Świątynia sztuki. Nie zawinił nikt,

że większą kasę daje dziś wokalna

wirtuozeria niż rytuał wiary.

Szkoda jedynie, że z daleka teraz

będziemy oglądali nie kopułę,

tylko płaszczyznę szpetną nieskończenie.

Dzisiaj nie wysadza się już kościołów. Uczestniczyliśmy w nabożeństwach. Polskiej mszy w farze. W prawosławnym monastyrze. W cerkwi na Kołoży, gdzie oprowadzał nas Ojciec Włodzimierz.

Pewnego dnia dziewczyny wróciły z miasta z wieścią, że spotkały jurodiwą. Częstowała je wafelkami. Pani Anna w największe upaly miała na sobie kilka warstw ubrań. Kiedyś byłam artystką – mówiła – malowałam portrety Lenina. Ale Bóg mnie pokarał i straciłam władzę w palcach.
Na Placu Sowieckim zwrócił naszą uwagę dziadek z grzebieniem. Stawiał swój kubek i grał, i grał, i grał… w miejscach, gdzie nikt nie przechodził. Nie było widać, żeby ktoś wrzucił mu coś do tego kubka. W uszach mam jękliwą grę grzebienia. Schizofreniczną jękliwą grę grzebienia. A właśnie. Grzebienia, na Placu Sowieckim w Grodnie, tak!

pisze na swoim blogu Przemysław Dakowicz. To zapowiedź dłuższego szkicu o Elegii dla Iana Curtisa, który ukaże się wkrótce w Toposie.
Fragment prywatnego listu do mnie sprzed dwóch lat o Elegii publikuje Jarosław Jakubowski.

kiedy na przejściu granicznym w grodnie
stary celnik zapytał mnie
„co wieziecie” odpowiedziałem mu:
wiozę dziadka umarłego
stojącego obok konia z batem w szorstkiej dłoni
aby bił mnie jeśli kłamie w żywe płomienne oczy
wiozę babcię moją żywą ikonę
by mi odwagi dodawała swoją cowieczorną pieśnią
wiozę wujków pijaniców na przestrogę i smutek wielki
wiozę chatę garbatą której śmierć zagląda w okna (…)

Piotr Cielesz, przejście graniczne

Ilu jest dzisiaj ludzi w Polsce, którzy tak jak Piotr Cielesz mogą powiedzieć, że mają swoją korzenie na Białorusi, wywożą stamtąd obraz zapadłych wiejskich domów, kilka fotografii, zmarłych twarzy? Trudno mi o tym nie pamiętać. Wszak i mój pradziadek urodził się nad Berezyną i już po traktacie ryskim jego rodzinna miejscowość została połknięta przez sowieckiego lewiatana. Dziś tamta Białoruś sprzed stu lat ledwie prześwituje spod komunistycznego nalotu. Na przejściu granicznym nie ma czasu na sentymenty. Granica się zabliźniła, wżyna się głęboko w przeszłość, odcina już kilka pokoleń. I wjeżdżamy do obcego państwa. Witajcie w kraju wysokich czapek. Państwo, które reprezentują takie czapki na więcej może sobie pozwolić. To państwo, którego trzeba się bać i respektować. Siła. Przez pociąg typu przemytnik przesuwa się straż graniczna i wpuszcza nas paszport po paszporcie, wiza po wizie. Zacziem jedietie w Bielarus? Co może kryć się w tym pytaniu? Zacziem zaglądacie za naszą szczelnie zasłoniętą zasiekami i drutami granicę? Zacziem chce wchodzić w nasze blokowiska, oglądać z okien samochodu nasze kołchozy? Zacziem chcecie sprawdzać ceny w sklepach? Nie macie czego tu szukać. Musicie mieć imienne zaproszenia. Inaczej nie macie prawa oglądać naszych miast, wsi, lasów, jezior. Musicie co trzy dni zameldować się na milicji, żeby nie przyszła wam ochota szpiegować. Rozmawiać z ludźmi i mącić im w głowach. -Wy gruppa? Kto u was starszyj? -Ja starszyj. Tylko ja mówię po rosyjsku. I drugi raz na Białorusi. Tylko ja jestem w stanie płynnie powiedzieć graźdanką, kim jesteśmy i po co przyjechaliśmy. Gdy będziecie wracać polscy celnicy będą was pytać o wódkę i papierosy. Nic nie można stąd wywieźć prócz wódki i papierosów. Rozprują sufit pociągu i wyciągną stamtąd całe kartony tańszych Malboro. Gdy polski celnik na granicy – spyta was – co wieziecie? Odpowiecie zgodnie z prawdą. Wódkę. Papierosy. Ale tym razem zapamiętam sympatyczną twarz białoruskiego celnika. Czapka taka sama, ale inne ciepłe oczy, no i uśmiech. Ile zmieniają oczy i ton głosu. Wysoka czapka staje się bardziej swojska, nabiera pewnej świadomej siebie zawadiackości i teatralności. Twarz tego celnika jest pierwszą w tym roku twarzą Białorusi. We wszystkich twarzach będziemy szukać jego twarzy lub jej zaprzeczenia. To wielka odpowiedzialność być pierwszą wysoką czapką spotkaną w tym kraju. Ze wszystkich polskich granic, jakie w życiu przekraczałem granica z Białorusią – jest dla mnie najbardziej pamiętną. I najbardziej niewątpliwą.

Miałem wysiąść w Kolinie, ale nie wysiadłem. Teraz mogłem tylko bezsilnie oglądać przesuwające się za oknem  krajobrazy, umykające z prędkością 100 km/h nazwy małych stacji. Cokolwiek by się działo, to jednak z pociągu na pociąg zbliżałem się do miejsca przeznaczenia: Svetloj nad Sazavou, na Wyżynę Czesko-Morawską. 13 kilometrów od tej stacji, w rustykalmej głuszy pod jabłonią koło domu Jany i  Miloša Doležalów z Wojtkiem Wenclem mieliśmy poczytać wiersze. Svetla nad Sazavou – stacja, gdzie wysiadł kiedyś Jaroslav Hasek, więcej do Pragi już nie powrócił, ale poszedł do knajpy naprzeciwko. Piliśmy tam z Milošem i Wojtkiem kawę i wymyślaliśmy pierwsze zdania do powieści, które nigdy nie powstaną. Myślę, że te nie istniejące powieści tak samo należą do literatury jak te napisane, gdzieś te słowa niewypowiedziane przecież się zbierają, wystarczy je odnaleźć. W domach, które oglądałem z okien pociągu mieszkają ludzie, dojrzewają ich miłości i dramaty, korzenie wczepiają się w pejzaż i przypominają o tym, co kiedyś już istniało, ale nie wiadomo do końca i nie będzie już wiadomo jak. Dowiedziałem się, że umarł Jerry – król alkoholików. Parę miesięcy temu dostałem SMS-a z tą informacją, ale wolałem w niego nie wierzyć, wolałem wierzyć w twardy alkoholowy sen, który Jerremu nie pozwolił otworzyć drzwi jego knajpki. U Jerrego każdy gość przybyły tu po raz pierwszy zostawał członkiem klubu. Jeśli tu powrócił – za drugim razem pił za darmo, on i cała jego kompanija… Miałem i ja tu swój numer, ale już z niego nie skorzystam… Barman Jerry naleje nam piwa dopiero gdzieś po drugiej stronie. Dom Jany i Miloša tym razem był pełen ludzi – blisko stu pisarzy, malarzy, filozofów, twórców teatralnych, muzyków, fotografików, redaktorów czasopism, wydawców i regionalistów, rozstawiali namioty na pobliskiej łące, znosili na stoły chleb, gulasz, śliwowicę i inne pyszności. Trwały gorączkowe przygotowania do divadla. Przez półtorej godziny przed naszymi oczyma przesuwał się korowód ludzkich losów związanych z pobliskim, zalanym przez zalew miasteczkiem. Tradycyjny świat czeskiej prowincji znikał nie tylko pod powierzchnią wody, ale także pod powierzchnią współczesności. W tle rozgrywają się wojny i systemy a na pierwszym planie coraz bardziej wydrążeni ludzie. Z boku sceny obok stodoły wyrastał symboliczny cmentarz. Divadlo nie było jedynym punktem programu. Dom obwieszony został obrazami Jiřego Bašty. Ekscentryczna ta postać zaskoczyła mnie następnego dnia. Jiri porwawszy strój psa podwórzowego z wczorajszego divadla wydawał dzikie pomruki nad wygasłym w nocy ogniskiem. Zabił mnie strzałem z plastikowego pistoletu, gdy nieopatrznie wkroczyłem na podwórko.Poprzedniej nocy, jeszcze długo po zmroku rozbrzmiewał nieokiełznany folk grupy Pláče Kočka. Było i z przytupem i sentymentalnie. Od frontmana zespołu Jakuba Sejkory dostałem płytę, która rozbrzmi na moich urodzinach. Na innych ścianach zawisły fotografie uczestników spotkań; my z Wojtkiem czytaliśmy swoje wiersze, ba, nawet zeszłoroczną nota z tego bloga w tłumaczeniu na czeski… Wencel otrzymał Order Biały Karla Vrány I. stopnia za „poetyckie i śliwowicowe propagowanie Wyżyny Czesko-Morawskiej w Polsce”. Żal było wyjeżdżać.

Zdjęcia znajdziecie na blogu Wojtka Wencla
Na youtube można zaś znaleźć nagrania Pláče Kočka.


  • RSS