nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2010

O szóstej nie wstaliśmy. Ale wyszliśmy na szlak o dziewiątej. Ja, Kostatin i mała Weronika. Przed nami biegł Nord. Samoyed znikał raz po raz w głębokich zaroślach. Ścieżka prowadziła ostro pod górę. Szlak kluczył i kluczył aż zniknął.
-Ne ma markerovka – zmartwił się Kostatin.
-Nicievo, Nord znaet! – zażartowałem.
-Da, Nord znaet – zaśmiał się i ruszyliśmy za psem.
Przedzieraliśmy się przez zwalone pnie, raz po raz drogę przecinały nam gałęzie kosodrzewiny.
Wreszcie, po jakiejś godzinie marszu wydostaliśmy się na grań, ale dla małej Weroniki to już było za dużo. Kostatin musiał zawrócić, tym razem idąc już szlakiem, który okazało się wiódł wyraźną ścieżką. Ja ruszyłem na wschód w kierunku serbskiej granicy. Wysoki na 2016 metrów Vrch Kom okazał się kopulastym trawiastym wierzchołkiem. Wokół rozciągały się płowe połoniny. Na szczycie znalazłem fragment wiersza Iwana Wazowa poświęcony Kom. Byłem więc w miejscu, gdzie faktycznie zaczynał się bułgarski odcinek szlaku Kom-Emine. Za okolicznymi szczytami musiała już być Serbia. Niestety nie byłem przy samej granicy, więc nie wiem jak dziś wygląda jedna z ostatnich granic Europy…
Wróciłem do Kom. Iwan już na wejściu zaprosił mnie do stolika, przy którym rozmawiali z Asenem. Stanął przed mną kubek „domaszniej” rakiji. Rozmowa przeskakiwała z tematu na temat. Rozmawiali dużo o Rosji i Tadżykistanie, gdzie Asen spędził sporo czasu.Kostatin powiedział, że tej nocy będę spał w pokoju z jego dziadkiem. Dziadek Kostatina, chyba już dawno przekroczył osiemdziesiątkę. Chodzenie przychodziło mu z trudem i poruszał się o lasce. Ale wiek nie zabił w nim namiętności do tytoniu. Całkiem zdrowo popijał też rakijkę ze szklanki przyglądając się nam roześmianymi oczami. Znał język rosyjski, pracował nigdyś w kopalni, ale czy – była to praca przymusowa – nie zdołałem się dowiedzieć
Asen wypytywał mnie jak po polsku jest rakija.
Na początku trudno było mi wytłumaczyć, że rakija nie ma odpowiednika w polskim języku. Dla Bułgarów i innych mieszkańców Bałkanów – rakija to smak domu, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisów, splątanych z tą ziemią korzeni. W Polsce rakija to smak południa, właśnie Bałkanów… Na pewno nie można zestawiać rakiji ze smakiem bimbru czy zajeżdżającego spirtem samogonu. Gdy piszę te słowa słucham pieśni Cherno Feredje…
Rakijczice, svetaya muczenice!
Allllelluja…
Tak leniwie nam upływały godziny. Pomyślałem, że jutro z rana muszę wyruszyć w drogę i zrobiło mi się żal, gdyż czułem się tutaj pośród gościnnych gospodarzy znakomicie. Czekały mnie jednak nowe miejsca i także nowe – spotkania.

Pożegnany serdecznie przez całą rodzinę ruszyłem w stronę przełęczy Petrohan. Droga wiodła przez bukowe lasy, niebo z początku było pochmurne, więc góry robiły dziś blade, wyprane z kolorów wrażenie. Szybko pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie od Petrohan, samą przełęcz i chyżę. Postanowiłem nocować w Pribojnicy. Chyża Pribojnica leżała w głębokiej dolinie, nad potokiem. Budynek był dość sporych rozmiarów, ale w środku zastałem jedynie rodzinę chyżara i dwójkę turystów, którą spotkałem dwa dni wcześniej w starym Kom.
-Nice to see you – uśmiechnęła się kobieta – i podzielili się ze mną swoim posiłkiem, którym było jakieś ekologiczne, ale pożywne danie.
-Iskasz rakija? – spytał chyżar.
Odpowiedziałem, że „iskam”, ale „małko”.
Nalał mi pełną szlaneczkę.
-To jest małko?! – zaśmiałem się.
-Sto gram – odpowiedział.
Chyżar nazywał się Atanas i podobnie, jak Iwan z Kom, dopiero od roku prowadził chyżę. Jego rodzina pochodziła z Płowdiw. Wszyscy spędzali tutaj teraz wakacje -żona Atanasa, dorastająca córka i syn uczący się w płowdiwskim liceum. Opowiadałem łamaną bułgarszczyzną o swoich bułgarskich podróżach. Oczywiście musiałem tłumaczyć, dlaczego sam wybrałem się w tak długą wyprawę.
Mówiłem zatem, że nie jestem sam, bo cały czas jestem wśród przychylnych i gościnnych ludzi – i że Bułgaria urzekła mnie właśnie taką otwartością. Zresztą, nieraz towarzystwo przeszkadza w podróżowaniu, czlowiek jest mniej otwarty na nowe kontakty. Na przykład plecakowi polscy turyści przemierzający Riłę i Pirin wzdłuż szlaków opisanych szczegółowo w przewodniku Bezdroży. Przyjeżdżają góry konsumować a prawie nie poznają kraju, kultury.
Pewnie masz rację – potwierdził Atanas -Wielu takich turystów tędy przechodzi. Byli tu też Polacy, ale nie byli tak rozmowni jak ty. Przejść szlak – to tylko ich interesowało.
Jakieś pół godziny – rozmawiałem z Georgim i Aleksandra dostarczyli mi nazw bułgarskich zespołów rockowych, których później, już po powrocie do kraju szukałem na youtube. W telewizji leciała ekranizacja znanej gry komputerowej Doom. Nie była zbyt skomplikowana. Wiadomo – duża ilość krwi i mózgów na ścianach. Znów się poczułem tak, jakbym daleko nie wyjeżdżał. Czy to nie dziwne – prawie nie znam ich języka – siedzę dwa tysiące kilometrów od domu i rozmawiałem z bułgarskimi licealistami o grze Wolfenstein 3D… Opuszczałem Pribojnicę z uśmiechem, przekonany, że tak będzie już do końca – chyże, dobre jedzenie, damasznia rakija… i że w ten sposób, to mogę podróżować choćby miesiąc. Jakżesz się myliłem…

Topos 2-3/2010 r. przynosi m.in. kolejny odcinek Lekturnika Przemysława Dakowicza, tym razem poświęcony mojemu ostatniemu zbiorowi wierszy.

Pełny spis treści można znaleźć na stronie Toposu.
Fragmenty szkicu o Elegii na blogu Przemysława Dakowicza.

Po kilku godzinach doszedłem do sporej polany. Okazało się, że wszystkie samochody jechały w to samo miejsce. Wyrosło tu małe miasteczko namiotów. Byli Harleyowcy, byli brodaci wyznawcy Che Guevary. Tu i tam grała muzyka. Ludzie z wielkimi plastikowymi butlami szli do czeszmy nabierać wodę. Na krańcu polany zamajaczyła sylwetka chyży Nowy Kom. Widziałem w necie, że chyża Stary Kom jest dużo mniejsza i spodziewałem się zastać tam atmosferę bardziej kameralną niż tutaj. Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Po około pół godzinie leśną drogą dotarłem do skrytej w cieniu drzew chyży. Niewielka „stołowa” sprawiała wrażenie przytulności. Zwłaszcza pięknie musiało tu być w długie zimowe wieczory, gdy trzaskające iskry kominka pulsowały ciepłem roztapiającym się w migotliwym półmroku. Czuć tu wtedy musiało intensywny zapach drewna. Za kontuarem pojawił się Chyżar. Miał w sobie coś z dobrotliwego niedźwiedzia, oczy znad zarośniętej twarzy uśmiechały się do mnie przyjaźnie. Okazało się, że są dziś wolne miejsca.

Wieczorem usiadłem w rogu stołowej z przewodnikiem i mapami, planowałem marszrutę na kolejny dzień. Widząc, że jestem sam Chyżar zaprosił mnie do swojego stolika. Siedziało przy nim jeszcze młode małżeństwo  oraz dwójka turystów w średnim wieku. Wylądowała przede mną szklaneczka Jimiego Beana i mleko na zapojkę. Dostałem też talerz gęstej gulaszowej czorby i sałatkę na zagrychę. Sympatyczny młody człowiek o żywej fizjonomii przedstawił się jako Kostatin. Okazało się, że dzisiaj jest jego siódma rocznica ślubu, czyli „godiszte”. Obficie polewał brandy. Zwróciły teraz moją uwagę psy, które spały przy kominku. Śnieżnobiały samoyed wabił się Nord. W puchu jego sierści spała mała spanielka Lora. To na cześć drugiej żony pisarza Pejo Jaworowa – powiedział Kostatin. Rzecz jasna nic mi nie powiedziało nazwisko poety, który okazał się być czołowym bułgarskim symbolistą. Dzisiaj – odtwarzam przeszukując dzieje dzieje tragicznej miłości Peyo i Lory. Jest to historia jak z Ibsena. Oboje byli osobami nietuzinkowymi z kręgu bułgarskiej moderny. Peyo – był zarazem rewolucjonistą, jak i usilnie zgłębiającym współczesną poezję francuską czołowym poetą swojego czasu. Piękna Lora, córka poety Lubena Karawełowa, jednego z ważniejszych bułgarskich twórców XIX wieku doprowadziła swojego męża do zguby. Emocjonalna i nadwrażliwa, była chorobliwie zazdrosna o Pejo. Podejrzewając go o romans popełniła samobójstwo. On wkrótce potem – również nieskutecznie próbował się zabić. Przeżył, ale nie był to koniec dramatu. Policja wszczeła postępowanie rozważając dwie możliwości – jako drugą obok samobójstwa przyczynę śmierci Lory podejrzewano zabójstwo z ręki męża. Rok później Pejo po raz kolejny strzelił do siebie – tym razem już skutecznie.Tego wieczoru była to tylko wzmianka i nazwisko, które zapisałem sobie na kartce. Dzisiaj ta historia nakłada się na raz już zapamiętane spotkanie w Stary Kom…

Dzisiaj ci serdeczni ludzie przypominają mi – dobrych i szczerych bohaterów powieści bułgarskiego klasyka Iwana Wazowa, po którego książki sięgnąłem już teraz – po powrocie. Oto Bułgarzy tacy, jakimi chcieliby siebie widzieć. Niemniej była to serdeczność wykraczająca poza narodowe ramy, moi nowi prijateli nie byli bynajmniej ludźmi o nacjonalistycznych poglądach. Jako ludzie pogranicza mieli splątane korzenie, co powiedział Kostatin wprost mówiąc, że mieszka w Berkowicy a jest „pół Bułgarem, ćwierć Serbem i ćwierć Macedończykiem”, bo jedna jego babcia była Serbką a druga Macedonką. Mówiłem im też o polskich historycznych zawiłościach. O Wileńszczyźnie, kresach wschodnich, o poniemieckim mieście, gdzie się urodziłem. Były to dla nich rzeczy nowe, podobnie jak dla mnie obco brzmiące nazwiska ich najwybitniejszych pisarzy. Pytali też o Lecha Kaczyńskiego i Smoleńsk. Mówiłem więc o tym jak różnie w Polsce mówi się o tej katastrofie. Jak spiskowe teorie ścierają się ze skrajnie niechętnymi opiniami wobec zmarłego prezydenta. W rozmowie stało się dla mnie oczywiste – że Lech Kaczyński stał się – obok Jana Pawła II i Lecha Wałęsy, trzecim najbardziej rozpoznawanym tu Polakiem i że katastrofa smoleńska jest wydarzeniem, które już raz na zawsze zapadnie im w pamięci, podobnie jak Katyń. Z wielkim zainteresowaniem sluchali więc, że moja chrzestna była w latach Solidarności jego sekretarką. Media mediami, może istnieć satelitarna telewizja i internet, ale nic nie zastąpi bezpośredniej rozmowy. Ale jak to bywa – nie tylko na sieriozne tematy – rozmawialiśmy. Najbardziej zdziwiona była Petra, że Kostatin prowadzi ze mną tak ożywioną konwersację. Nie znał przecież rosyjskiego a ja tylko trochę bułgarskich słów. Śmiejąc się wyjaśniliśmy, że rozmawiamy w języku „obszczesłowiańskim”. Po obszczesłowiańsku spytałem więc Kostatina, jakie piwo uważa za najlepsze.
-Zagorka! – odpowiedział krótko i dolał mi jeszcze Jimiego Beana. -Chociaż ja wolę zagraniczne browary i wymienił nazwę jakiegoś belgijskiego piwa, którą zapisałem tuż obok nazwiska Pejo Jaworowa. Kartka zaczęła się zmieniać w jakąś dziwną sarmacką książeczkę Pana Podbipięty, gdzie „straszne materii pomieszanie”.
Właściwie nazwę tego belgijskiego piwa mogę podać. Zwie się ono Stela Artoa.
Potem Kostadin własnoręcznie zapisał imię jugosłowiańskiej gwiazdy pop – Lepy Brena, której imię padło w tej rozmowie nie wiem już czemu.
Zrobiła się druga w nocy.
-Artur, jutro o szóstej wyjdziemy na Vrch Kom! – powiedział Kostadin.
Rozbawiło to Chyżara:
-Co ty opowiadasz, nie wstaniesz!
-Ne! – odrzekł na to Kostadin i zdaje mi się, że podniósł do góry palec.
I powiedział bardzo powoli.
-Artur,
utro
v sest casov,
Vrch Kom!

Zaczyna się to na przykład tu: w pociągu Sofia-Widyń. Od Svoge po obu stronach torów wyrastają pionowe skały. Plenery iście westernowe – dnem kanionu płynie Iskyr.Jedyna rzeka, która przebija się przez potężny masyw Starej Płaniny. Za kilka dni będę musiał przeciąć ten kanion. Zejść ze stromizny na samo dno doliny, by później wspiąć się na przeciwległe pasmo. Na razie jednak tylko podziwiam potężne ściany z okien pociągu. Na jednej z małych stacji przesiądę się na „putniczeski vlak” do Berkovicy. Wsiądę do pamietającego wczesne lata sześćdziesiąte wagonu o oknach tak brudnych, że niemal przesłaniających z wolna przesuwający się za nimi pejzaż. Putniczeskie vlaki Bułgarii, zatrzymające się we wszystkich gradach i selach a nawet w szczerym polu, wlokące się niemiłosiernie z prędkością roweru… Podróż autobusem do Berkovicy trwa niewiele ponad godzinę. Pociągiem – cztery… Z dworca ruszam przez miasteczko, ruchliwe w słońcu południa bazary z warzywami. Zatrzymuję się tylko, żeby zakupić prowiant i ruszam dalej. Trafić jak najszybciej na szlak Kom-Emine. Wejść na Wrch Kom i ruszyć na wschód w stronę morza…

Mapa, którą posiadam to setka sprzed dwudziestu lat. Innej nie dostaniesz – powiedział sprzedawca na Grafa. Siedem arkuszy obejmuje Starą Płaninę od granicy serbskiej aż do morza. Długodystansowy szlak prowadzi dokładnie grzbietem pasma. Liczy 650 kilometrów. Jak daleko uda mi się dojść w tym roku? Na rogatkach miasta myślę o tym, że przeraża mnie ten dystans dwóch-trzech tygodni, który mam do przejścia. Z nieba leje się żar, w cieniu jest trzydzieści parę stopni. Wczoraj, w hostelu przy Cara Symeona widziałem miejscowe wiadomości. Temperatura wody w Morzu Czarnym przekroczyła trzydzieści stopni. Woda jest jak zupa, nie chroni przed upałem. A ja właśnie wchodzę w ten upał i dźwigam prawie trzydzieści kilo bagażu i po kwadransie jestem już dokumentalnie mokry. Do tego jestem sam. Żadnego towarzysza, przed którym wstydziłbym się chwili słabości. Żadnej dyskretnej nuty rywalizacji, która pognałaby nas naprzód. Od dzisiaj tylko ja. Rano ja. W południe ja. Wieczorem znów ja. Dobrzy ludzie pokazują jak dojść do asfaltu. Ruszam w stronę schroniska Chyży Kom. Dwadzieścia kilometrów wijącej się po stromych zboczach szosy. Jedno z tych niemiłosiernie długich nużących podejść, podczas których myślisz tylko o tym, kiedy się skończą. Najlepiej zająć wtedy mózg czymś innym. Najlepiej jakimś długim wyliczeniem. Przypominam sobie, gdzie rok po roku byłem na wakacjach podczas mojego trzydziestoletniego życia, ważniejsze wspomnienia z tych wyjazdów; na przykład sierpień 1981 – wczasy na wsi w Szymonowie i gryzącą słomę. Wielkie koło traktora. I potem pęd obrazów, z roku na rok, od jeziora do jeziora, od gór, do gór… Gdy dochodzę do dnia dzisiejszego zaczynam nowe wyliczanie – wszytkich szczytów, na których byłem. A gdy i one się skończą, sięgam po coś niezawodnego – poczet królów i książąt polskich. Samo wyliczenie synów Bolesława Krzywoustego i przydzielonych im dzielnic zajmuje dobre kilkadziesiąt metrów. Tak upływa godzina. Po niej druga i trzecia. Potem wychodzę na łąkę i miasto jest już daleko w dole. Siadam na jakimś pniaku, ale inwazja nadzwyczaj wkurwiających much zmusza mnie do powstania. Wymija mnie dość sporo samochodów. Można próbować w zasadzie jazdy na stopa. Ale stop zmusza do bezruchu. Całkowitego zdania się na łaskę lub niełaskę. Zawsze wolałem jednostajny powolny, ale jednak ruch w określonym kierunku. Tempo piechura jest stałe. Pozwala pochłaniać wszystko dookoła, inaczej już niż chociażby jazda rowerem. Autostop – to inne skupienie pamięci. Miejsca jak wyspy, z których zabierają nas krążowniki szos. Bezruch-wydarzenie-bezruch-człowiek-bezruch-niebieska łada Niva-bezruch-miasto. Można powiedzieć, że autostop wyzwala nas z pogoni za czasem. Możemy czekać na okazję dziesięć minut, godzinę a może pół dnia. A piechur? Widzicie ile już napisałem, chociaż prawie nic nie opisałem.  Marsz to niesienie czasu na własnych plecach. Chciałoby się uciec stąd, z tego upału. Z tego ruchomego środka czasu, który przechodzi przez nasze serce. Ale nie możemy robić nic ponad to – iść. Iść.

W powieściach załatwia się to jednym zdaniem. Na przykład „po dwóch tygodniach marszu drużyna pierścienia dotarła do Morii”. Znaczy zakłada się w tych dwóch tygodniach nie zdarzyło się nic godnego uwagi. Pozostał czas nieopisany. Tak i ja mogę napisać – po dwóch tygodniach dotarłem do przełęczy Szipka. Ale w chwili, gdy idę szlakiem Kom-Emine, nie ma Szipki ani wszystkich innych miejsc przede mną. Jest tylko marsz. Jest tylko teraz. Są  tylko planiny. Dzień za dniem. Kolejne małe cele. Jeśli mam opisać Starą Płaninę muszę ją przejść. Muszę opisać nie góry same, ale jak zmierzam w ich kierunku. Droga jest ważniejsza od celu. Kto oczekuje tutaj czegoś krótkiego, syntetycznego o Starej Płaninie niech zaraz zamknie tę stronę. Przez następne strony będę tylko szedł i szedł. Zdarzą się po drodze ludzie i miejsca. Opisy przyrody. Będę oddychał Starą Płaniną. Będę się tu budził i śnił.


  • RSS