Zaczyna się to na przykład tu: w pociągu Sofia-Widyń. Od Svoge po obu stronach torów wyrastają pionowe skały. Plenery iście westernowe – dnem kanionu płynie Iskyr.Jedyna rzeka, która przebija się przez potężny masyw Starej Płaniny. Za kilka dni będę musiał przeciąć ten kanion. Zejść ze stromizny na samo dno doliny, by później wspiąć się na przeciwległe pasmo. Na razie jednak tylko podziwiam potężne ściany z okien pociągu. Na jednej z małych stacji przesiądę się na „putniczeski vlak” do Berkovicy. Wsiądę do pamietającego wczesne lata sześćdziesiąte wagonu o oknach tak brudnych, że niemal przesłaniających z wolna przesuwający się za nimi pejzaż. Putniczeskie vlaki Bułgarii, zatrzymające się we wszystkich gradach i selach a nawet w szczerym polu, wlokące się niemiłosiernie z prędkością roweru… Podróż autobusem do Berkovicy trwa niewiele ponad godzinę. Pociągiem – cztery… Z dworca ruszam przez miasteczko, ruchliwe w słońcu południa bazary z warzywami. Zatrzymuję się tylko, żeby zakupić prowiant i ruszam dalej. Trafić jak najszybciej na szlak Kom-Emine. Wejść na Wrch Kom i ruszyć na wschód w stronę morza…

Mapa, którą posiadam to setka sprzed dwudziestu lat. Innej nie dostaniesz – powiedział sprzedawca na Grafa. Siedem arkuszy obejmuje Starą Płaninę od granicy serbskiej aż do morza. Długodystansowy szlak prowadzi dokładnie grzbietem pasma. Liczy 650 kilometrów. Jak daleko uda mi się dojść w tym roku? Na rogatkach miasta myślę o tym, że przeraża mnie ten dystans dwóch-trzech tygodni, który mam do przejścia. Z nieba leje się żar, w cieniu jest trzydzieści parę stopni. Wczoraj, w hostelu przy Cara Symeona widziałem miejscowe wiadomości. Temperatura wody w Morzu Czarnym przekroczyła trzydzieści stopni. Woda jest jak zupa, nie chroni przed upałem. A ja właśnie wchodzę w ten upał i dźwigam prawie trzydzieści kilo bagażu i po kwadransie jestem już dokumentalnie mokry. Do tego jestem sam. Żadnego towarzysza, przed którym wstydziłbym się chwili słabości. Żadnej dyskretnej nuty rywalizacji, która pognałaby nas naprzód. Od dzisiaj tylko ja. Rano ja. W południe ja. Wieczorem znów ja. Dobrzy ludzie pokazują jak dojść do asfaltu. Ruszam w stronę schroniska Chyży Kom. Dwadzieścia kilometrów wijącej się po stromych zboczach szosy. Jedno z tych niemiłosiernie długich nużących podejść, podczas których myślisz tylko o tym, kiedy się skończą. Najlepiej zająć wtedy mózg czymś innym. Najlepiej jakimś długim wyliczeniem. Przypominam sobie, gdzie rok po roku byłem na wakacjach podczas mojego trzydziestoletniego życia, ważniejsze wspomnienia z tych wyjazdów; na przykład sierpień 1981 – wczasy na wsi w Szymonowie i gryzącą słomę. Wielkie koło traktora. I potem pęd obrazów, z roku na rok, od jeziora do jeziora, od gór, do gór… Gdy dochodzę do dnia dzisiejszego zaczynam nowe wyliczanie – wszytkich szczytów, na których byłem. A gdy i one się skończą, sięgam po coś niezawodnego – poczet królów i książąt polskich. Samo wyliczenie synów Bolesława Krzywoustego i przydzielonych im dzielnic zajmuje dobre kilkadziesiąt metrów. Tak upływa godzina. Po niej druga i trzecia. Potem wychodzę na łąkę i miasto jest już daleko w dole. Siadam na jakimś pniaku, ale inwazja nadzwyczaj wkurwiających much zmusza mnie do powstania. Wymija mnie dość sporo samochodów. Można próbować w zasadzie jazdy na stopa. Ale stop zmusza do bezruchu. Całkowitego zdania się na łaskę lub niełaskę. Zawsze wolałem jednostajny powolny, ale jednak ruch w określonym kierunku. Tempo piechura jest stałe. Pozwala pochłaniać wszystko dookoła, inaczej już niż chociażby jazda rowerem. Autostop – to inne skupienie pamięci. Miejsca jak wyspy, z których zabierają nas krążowniki szos. Bezruch-wydarzenie-bezruch-człowiek-bezruch-niebieska łada Niva-bezruch-miasto. Można powiedzieć, że autostop wyzwala nas z pogoni za czasem. Możemy czekać na okazję dziesięć minut, godzinę a może pół dnia. A piechur? Widzicie ile już napisałem, chociaż prawie nic nie opisałem.  Marsz to niesienie czasu na własnych plecach. Chciałoby się uciec stąd, z tego upału. Z tego ruchomego środka czasu, który przechodzi przez nasze serce. Ale nie możemy robić nic ponad to – iść. Iść.

W powieściach załatwia się to jednym zdaniem. Na przykład „po dwóch tygodniach marszu drużyna pierścienia dotarła do Morii”. Znaczy zakłada się w tych dwóch tygodniach nie zdarzyło się nic godnego uwagi. Pozostał czas nieopisany. Tak i ja mogę napisać – po dwóch tygodniach dotarłem do przełęczy Szipka. Ale w chwili, gdy idę szlakiem Kom-Emine, nie ma Szipki ani wszystkich innych miejsc przede mną. Jest tylko marsz. Jest tylko teraz. Są  tylko planiny. Dzień za dniem. Kolejne małe cele. Jeśli mam opisać Starą Płaninę muszę ją przejść. Muszę opisać nie góry same, ale jak zmierzam w ich kierunku. Droga jest ważniejsza od celu. Kto oczekuje tutaj czegoś krótkiego, syntetycznego o Starej Płaninie niech zaraz zamknie tę stronę. Przez następne strony będę tylko szedł i szedł. Zdarzą się po drodze ludzie i miejsca. Opisy przyrody. Będę oddychał Starą Płaniną. Będę się tu budził i śnił.