Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa….

Cokolwiek się stanie, muszę odzyskać plecak… Widząc że się zbliżam owczarek flegmatycznym krokiem udał się do budy. Miałem więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby pies okazał się agresywny, czekałyby mnie sądne godziny… Chwyciłem plecak i czym prędzej stamtąd spierdalałem. Tak, w sposób wulgarnie jednoznaczny spierdalałem. Uciekać – byłby to eufemizm. Znalazłem się znów przy cygańskich wozach, gotowy iść dalej – byle dalej od przeklętej chyży Murgasz. Wtedy usłyszałem rzężenie silnika. To gazik, wojskowy gazik z płanincami w środku wspinał się na przełęcz. Zatrzymał się na moment przy szczeniakach. Wysiadł z niego śniady Bułgar, wyjął telefon komórkowy i z kimś rozmawiał. Zapewne właściciel psów polecił mu po drodze przyjrzeć się pozostawionemu w górach dobytkowi. Drugi z pasażerów, siwy, siedział na przednim siedzeniu. Śniady wsiadł znów za kierownicę, trzasnął drzwiami, miał zamiar jechać…

Nie zastanawiałem się długo. Mimo ciężkiego plecaka i masakrycznego zmęczenia podbiegłem do gazika niemal rzucając się na maskę.
-Dobry ludi! Tri dni sam v planina. No food! Glodny i umiereny! Mozna z wami?
Śniady skinął głową.
-Siadaj!
Wrzuciłem plecak i wskoczyłem do wozu. Silnik gazika zarzęził, szarpnął i ruszył.
-Dokąd wy jedite?
-W selo – odpowiedział kierowca krótko.
Znaczy „do wsi” mało precyzyjne. Ale tam z pewnością jest jedzenie. Może ktoś mnie przenocuje. I już jawiła mi się wizja jak siedzę w jakimś bułgarskim domu i opowiadam o swoich przygodach a wszyscy po bułgarsku kręcą głowami. Nie, nie to znaczy tak, tak: co za lekkomyślny wariacki Polak, co za dziwo.
Droga była straszliwie dziurawa, w gaziku trząsło straszliwie, teraz wiedziałem dlaczego dach jest brezentowy. Raz po raz odrywałem się dupą od siedzenia i szybowałem dwadzieścia centymetrów w górę uderzając głową w dach. Śniady prowadził szaleńczo. Dobrze, że żołądek miałem pusty, inaczej zhaftowałbym się chyba na podłogę… Byłem szczęśliwy i przerażony.
Masakryczna jazda ruskim gazikiem przez bezdroża Starej Płaniny…
Miałem zacząć swoją gadkę z noszczuwką, przedstawić w dramatyczny sposób swoją sytuację i prosić swoich zbawców o radę, ale siwy uprzedził to wszystko. Gdy tylko dojechaliśmy do miejscowości powiedział, żebym śpieszył się, bo autobus do Sofii właśnie odjeżdża. Nie było już czasu wylewnie dziękować, chwyciłem plecak i pobiegłem. Kierowca patrzył na mnie jak na wariata, bo wyglądałem nieszczególnie. Zlepione włosy, trzydniowy pot, siedmiodniowy zarost, fatalny bułgarski, w którym to języku spytałem się, w jakiej właściwie wsi jesteśmy i ile kosztuje bilet do Sofia.

Buhovo. Miejscowość nazywało się Buhovo. I leżała niecałe 40 km od centrum…Autobus należał do sofijskich linii miejskich. Zapłaciłem za niego jeden lewa. Teraz zdałem sobie ze śmieszności sytuacji. Idąc cały tydzień grzbietem pasma zapomniałem, że znajduję się wciąż niedaleko od stolicy…Ze swoim rejtanowskim rzutem na maskę gazika i „no food” mógłbym przypominać jakiegoś Angola, który w Polsce zgubił się na przykład w Kampinosie…

Mniejsza o to. Następnego dnia dałem sobie luz. Łaziłem po Sofii, spotkałem się z Jordanem i opowiadałem o swoich przygodach, głodny kontaktu z ludźmi. Idąc na stację poznałem przypadkowo bułgarskiego maszynistę, z którym uciąłem sobie miłą pogawędkę po rosyjsko-bułgarsku. On poradził mi, że na powrót w Starą Płaninę dotrę putniczeskim vlakiem, który wlecze się u południowego podnóża gór. Dzień potem w południe stałem już na stacji Bunovo żądny nowych przygód. Nażarty i napity, znowu hardy i nieuleczalnie chory na góry ruszyłem w stronę chyży Czawdar.