I znów szedłem odkrytym, trawiastym grzbietem, połonina za połoniną, wierzchołek, za wierzchołkiem. Ścieżka trawersowała zbocza, słupy oznaczające zimowy przebieg szlaku pięły się po grzebieniach grani. Góry znów były coraz wyższe, 1800, 1900 metrów, wreszcie sięgnęły dwóch tysięcy, trawa ustąpiła skałom. Pod Vrch Pascal rozbiłem namiot. Tryb zero-jedynkowy, zachodnio-wschodni, zachód, wschód, zachód, wschód, ciągle na wschód…Byłem zmordowany i głodny. I samotny. Samotność w górach trwająca dwa-trzy dni jest nawet pożądana. Wydłużająca się na ponad tydzień staje się uciążliwa. Zdałem sobie sprawę, że na przesuwające się widoki, na północy i południu, jestem coraz bardziej zobojętniały. W dzień nie było czasu się nimi cieszyć. Wieczorem stawałem wobec wielkiej ciszy. Nie napiszę, że „majestatycznej”. Jak łatwo to, co piszę zamienia się w klisze, jak banalnie język przylega do krajobrazów. Jak cyfrowe zdjęcia – daje obraz w dobrej rozdzielczości, ale jak bardzo niepełny. Myślałem o ludziach, którzy przemierzali Starą Płaninę w przeszłości. Podczas tej wyprawy nieraz natrafiałem na ich ślady. Tablice upamiętniające czetników walczących z Turkami. Grupy partyzantów przenikały tu zza Dunaju i posuwały się wzdłuż pasma. Musieli przetrwać w tych górach, żyć właściwie z tego, co udało im się upolować, bo nie mogli zbyt wiele zapasów wziąć na swoje plecy. Żywność od pasterzy chyba można było kupić, ale czy każdy pasterz sprzyjał im? Może groziła im zdrada? Czy umiem wypowiedzieć akurat te góry? To jedno, jedyne miejsce zwane raz Starą Płaniną, raz Bałkanem a raz Hajmonem?

Prawdopodobnie język, którym mówiły te sześcio-siedmioosobowe grupy Polaków wspomniane przez Iwo, nawet nie muskał Bałkanu. Ześlizgiwał się po turystycznych banałach, konsumował krajobraz, pędził z gór, w góry. Czepiał się turystycznego sprzętu, wysokości, technicznych trudności. Polszczyzna pozostawała sobą przy rozpalanych tu ogniskach, zamykała się na historiach przywiezionych z domu i kolejnych wypraw. Tak podróżować nie chciałem. Zapominałem swojego języka, w samotności oddychałem bułgarszczyzną i powoli otwierał się dla mnie świat Bułgarów. Nie szeroko, na oścież. Pozostawał uchylony, ale już nabierał różnych odcieni…

Jeżeli wybierasz się w podróż, niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Z Vrchu Pascal ruszyłem w kierunku nieczynnej chyży Planinski Izvori. Stała na rozległej połoninie, dostrzegłem tutaj, prawie nieobecną w innych miejsach, kosodrzewinę. Przy źródełku widać było ślady turystów. Jakiejś swołoczy, która pozostawiła pordzewiałe puszki, pety, ślady ogniska. Konie pasły się na połoninie. Gnałem dalej na wschód…
Teraz  jeden po drugim następowały trawiaste wierzchołki. W głębi zobaczyłem potężny masyw Veżen. Rozległy płaski wierzchołek tej góry wyrastał ponad wszystko dookoła. Wysokość prawie 2200 metrów, to był jeden z najwyższych szczytów w Bałkanie. Zanim jednak tam doszedłem, droga była długa i żmudna. Był 15 sierpnia – Święto Wojska Polskiego – dla kurażu śpiewałem polskie pieśni wojskowe. Nikogo nie spotkałem od rana. Żadnego turysty. Przed wejściem na Veżen trzeba było pokonać skałki spiętrzone przed grzbietem. Wreszcie, wieczorem wyszedłem na rozległą połoninę na wierzchołku. Nie wiem, czy widziałem w życiu tak rozległą połoninę. Poczułem się jak „w stepie szerokim”. Ruszyłem w stronę słupa, który oznaczał szczyt góry. Nieco w dole pasło się wielkie stado owiec. Usłyszałem szczek psów. Psy już nieraz dawały mi się tu we znaki, ale szczęśliwie udało się je omijać. Teraz nie było szans. Błyskawicznie oderwały się od stada i pędziły w moim kierunku.Pięć pasterskich owczarków opadło mnie ze wszystkich stron, wściekle ujadając.
-”Paszli won” – krzyczałem rozpaczliwie, opędzając się terkingowymi kijami i starając schować się za niewielką wyniosłość terenu. W końcu daly spokój, uszedłem cało.
Schowany z drugiej strony góry robiłem zdjęcia.
Nagle zobaczyłem, że zbliża się do mnie człowiek. Domyśliłem się, że jest pasterzem – podpierał się długim pasterskim kijem, na bose stopy miał założone gumowe buty. Całości dopełniały – dżinsowa koszula i czapeczka z daszkiem opatrzona logo Hondy. Nie pamiętam dziś dokładnie jego twarzy, chyba jednak była nieco zarośnięta.
-Słyszałem, że masz problem z psami – odezwał się bułgarski juhas.
-Błagodaria! – odpowiedziałem – miałem problem, ale już wszystko w porządku.
-Pokażę ci, jak postępować z psami. Kiedy cię zaatakują nie możesz wykonywać gwałtownych ruchów – unaoczniał te gwałtowne ruchy zamaszystymi ruchami swojego kija -Tak źle. Na psy jest jeden sposób. Pies nie ukąsi kucającego. Więc gdy zaatakują cię psy, musisz przysiąść – bułgarski góral przysiadł podpierając się z przodu kijem. Kucnąć, nie ruszać się i wołać owczarza. Psy wtedy ci nic nie zrobią.
-Dziękuję za radę
-Skąd przyjechałeś?
-Od Polsza sem.
-Słyszę, że znasz rosyjski?
Skinąłem głową.
-Ja też. Ale nie lubię Rosjan. Niektórzy Bułgarzy mówią, że Rosjanie „bracia”, ale to nieprawda. Rosjanie przywieźli tu komunizm a w górach nigdy nie było komunizmu.
-Ale od Turków was wyzwolili? Tu przecież w Bałkanie była ta bitwa pod Szibką. Tam właśnie idę.
-Wyzwolili i nie wyzwolili… Rozumiesz: dominat. Ale My wszyscy Słowianie. Rozumiesz bułgarski?
-Bołgarski razbiraja, gawariu na ruski…Jak znam polski i rosyjski, to z bułgarskim łatwiej. Trochę się już nauczyłem.
-W bułgarskim są takie słowa, jakich nie ma w żadnym innym słowiańskim języku. Na przykład „kucze” – to znaczy pies. To słowo z języka Hunów. Słyszałeś o Attyli?
Skinąłem głową.
-Dokąd idziesz?
Opowiedziałem o tym skąd wyruszyłem i dokąd zmierzam.
-I sam? – upewnił się.
-Sam. Myślałem, że kogoś spotkam, ale w górach „małko turistow”
-Samemu niedobrze. Nie wiadomo, co może się stać. Skręcisz nogę na prostej drodze. Albo żmija cię ukąsi…
-Są tu żmije?
-Pewnie, że tak. Zobacz! – wyciągnął kija wskazując miejsce jakieś półtora metra od ścieżki.
-Tu na przykład młoda żmija…
Na pierwszy rzut oka nic nie zauważyłem.
-To twoje stado?
-Tak.
-Duże?
-Trzysta sztuk.
-Można z tego żyć?
Nie zrozumiał w pierwszej chwili.
-Czy można się z tego utrzymać? Jak żyje się owczarzom w Bułgarii?
-A.. nie jestem ani bogaty, ani biedny… Mam kysztę, auto. Sprzedaję mleko i wełnę. Rozumiesz? Ani bogaty, ani biedny. W sam raz. Jak ci na imię?
-Artur.
-Krasimir.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
-Zimą mieszkam w swojej kyszcie. – ciągnął Krasimir -Od maja do października mieszkam w górach, w krytym wozie. Z psami.
-Psy chronią stado przed wilkami? Wołczi tu są?
-Są.
-A niedźwiedzie?
-Też.
-No. Tą drogą, wzdłuż słupów trafisz do chyży. Lek put!
-Lek put!
Krasimir zawrócił w stronę swojego stada a ja wędrowałem ścieżką w stronę schroniska Weżen.

Wydawało się, że nic złego mnie już tego dnia nie spotka. Jakim więc zaskokiem była dla mnie droga do schroniska! Schodziła niemal pionowo w dół, ubezpieczona była łańcuchami. Gdyby nie ciężki plecak nie sprawiłaby mi większej trudności, nie bałem się takich stromizn. Byłem przecież w Alpach, Pirenejach, na Orlej Perci…Ale teraz z ciężkim plecakiem i wyczerpany kilkudniowym marszem byłem prawie wobec niej bezradny. Posuwałem się bardzo powoli a zejśćie, które miało trwać pół godzinki zamieniło się w koszmar. Głód, zmęczenie, lęk przed spadnięciem skumulowały się w jednej chwili.
Boże, jeśli tak w następnych dniach będzie wyglądać droga, to się poddaję! – pomyślałem.
Kryzys przychodzi znienacka. Jeszcze przed chwilą rozmawiając z Krasimirem święcie wierzyłem w powodzenie swojej wyprawy. Teraz kompletnie w nią zwątpiłem. Od samego początku swojej wędrówki przez Starą Płaninę natrafiałem na nieprzewidziane trudności. Czy porwałem się na coś, co przekracza moje siły?
Trzeba powiedzieć stop. Umieć się wycofać. Nie jestem przecież szaleńcem…
Wreszcie doszedłem do ciemnej linii lasu. W lesie zmrok najpierw zapada blisko ziemi, w cieniu wielkich świerków, potem stopniowo zamazuje coraz wyższe kontury lasu. Już dawno minęła dwudziesta, kiedy zobaczyłem chyżę Weżen. Kolosalny budynek. Ale kompletnie pusty, jak się zorientowałem po braku świateł w oknach. Czy i ta chyża jest zamknięta?
Na szczęście w pustej jadalni przy jednym stoliku siedzieli właściciele i dwójka gości. Właściciele chyży przywitali mnie ciepło.
Wylądowała przede mną zupa, wielki talerz szopskiej, kiufteta…
Wystarczyło napełnić żołądek, żeby odzyskać stracone morale.
Gdy się najadłem, szefowa zaprowadziła mnie do pokoju. Spytała, czy mam latarkę.
-Mam, a czemu pani pyta?
-Bo w schronisku nie ma światła.
Po prostu super. Jeszcze jeden „suprize”. Zasnąłem natychmiast.