Wędrowałem przez pastwiska otoczone wapiennymi skałami. Ominąłem zasłonę (schron)”Orlovo Gnezdo”. Nazwa ta – jak sądzę – nie miała odnosić się jedynie do gniazda orła, ale do niezdobytej reduty w bitwie pod Szipką. Wieczór zachmurzył się i próg chyży Dermenka przekroczyłem akurat z piewszymi kroplami deszczu. Schronisko, tak jak mówił Georgi, było odnowione i wypasione. W pokojach było czysto i przytulnie.
Na moje „Od Polsza sem. Ne syćko razbiraja” szefowa kuchni z uśmiechem odpowiedziała „Czego potrzebujesz, panie?”
Mało nie wybuchłem śmiechem. Zastanawiałem się skąd znała tą śmieszną frazę. Czy z jakiś przedpotopowych rozmówek a może z jakiegoś serialu? Jako mości hrabia w dziurawych portkach i śmierdzący kilkudniowym potem czułem się dość osobliwie.
Zjadłem suty obiad w dość postmodernistycznej stołówce. Stare sztandary z czasów komuny wisiały obok zielonego „Svoboda ili smirt”.  Nacjonalizm bułgarski współistniał tu z komunizmem -przeszłość nie przytłaczała.

Spałem w pokoju na strychu. Całą noc wiatr huczał za oknem, rano przez świetlik ujrzałem zachmurzone niebo, więc z rezygnacją zamknąłem oczy. Rano, już sporo po dziewiątej wychodziłem na szlak. Idąc przez las znalazłem na szlaku grób młodej dziewczyny, która zagubiła się w zimie. Miejsce nie było przecież położone wysoko, wyglądało zupełnie niegroźnie. Zimą Bałkan stawał się barierą prawie nie do pokonania, rozdzielał kraj na dwie części. W dawnych wiekach, kto chciał podróżować jego przełęczami w zimie był uważany za szaleńca…  Tymczasem nagle wyszło słońce. W chyży Dobriła zjadłem obiad i ruszyłem dalej. Wspiąłem się na trawiasty wierzchołek, gdzie znów znalazłem grób z 1994 roku – tym razem młodej pary – chłopaka i dziewczyny. Płyta była pęknięta na cztery części. Z góry rozciągał się widok grani prowadzącej w stronę Boteva. Na pierwszym planie widniał wybitny szczyt Goliam Kupen, ostra iglica wżynająca się w niebo.

Ruszułem w jego kierunku. Minąłem stado owiec nad małym jeziorkiem. Stary pasterz przyjaźnie pokazał mi szlak. Okazało, że muszę wspiąć się na tę iglicę. Dziarsko wchodziłem posuwałem się w górę stromą ścieżką. Szlak był miejscami ubezpieczony linami, przypominał tatrzańską Orlą Perć.W jednym miejscu było bardzo wąsko i zaklinowałem się z plecakiem. Trzeba było się cofnąć i próbować innym sposobem. Wreszcie gdy stanąłem na szczycie i doznałem tego rozpierającego uczucia, gdy z wysokości oglądamy całą okolicę. Wpisałem się do książki wejść  i zrobiłem sobie zdjęcie na tle nieco już postrzępionego zielonego sztandaru „Svoboda ili smirt”. Hasła tego, jak dowiedziałem się później,  używali powstańcy w Starej Zagorze w 1875 roku. Bułgarzy nie wstydzili się romantyzmu, z dumą opowiadali mi o swoich bohaterach w walce o wolność. Widocznie ich południowy temperament nie znosił półśrodków. Chociaż powstanie zakończyło się szybką klęską, nikt tu chyba nie stawiał pytania – czy warto było przelewać krew. Szaleńczy poryw garstki słabo uzbrojonych partyzantów był krzykiem, że naród bułgarski istnieje – że ma prawo do czegoś więcej niż bycie „rają” (bydłem) w ramach gnijącego Osmańskiego Imperium. Trzy lata później Bułgarzy odzyskali niepodległość a imionami poległych nazywano miasta, miasteczka i szczyty. Nowożytna Bułgaria została zbudowana na nazwiskach czetników, powstańców kwietniowych, odrodzeniowych działaczy. Historia szybko zmieniała się w mit…

Mozolna droga grzbietami i trawersami zawiodła mnie na niewielki trawiasty skrawek grani. Rozbiłem swój namiocik, mogłem obserwować jak słońce zachodzi nad drogą, którą tu przyszedłem, nad imponującą szpicą Goliam Kupena. Z drugiej strony wyrastał już potężny Botev z widoczną maciupką iglicą meteorologicznej stacji. Tam miałem być jutro, na razie chłonąłem wieczór…