nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

Szipka!

1 komentarz

Epizod, O Szipka!

Na przełęczy Szipka zdecydowałem zakończyć tegoroczny marsz przez Starą Płaninę. Trudno było wybrać miejsce bardziej efektowne na koniec wyprawy; do Morza Czarnego było jeszcze daleko i wiadomo było, że tego lata nie dam już rady tam dojść. Tak jak rok wcześniej naturalnie marsz przez Riłę i Pirin wieńczył pobyt z Misą i Tomikiem w Melniku, tak teraz – również chciałem oddać się zasłużonemu lenistwu w jakimś starym mieście. Przypomniała mi się rozmowa z Georgim w chyży Eho, z jakim zapałem mówił o Wielkim Tyrnowie. Na mapę nie potrzebowałem patrzeć – wiedziałem, że z przełęczy można dostać się autobusem w tamten rejon.

Góry były tutaj już dużo niższe. Szedłem leśnymi drogami, bez większych przewyższeń. Spotykało się pojedynczych ludzi, którzy w ten rejon wjechali samochodami i odbywali długie spacery. Wreszcie wyszedłem na dużą łąkę i moim oczom ukazała się Szipka. Widziałem już sylwetkę pomnika na wzgórzu. Dalej na szczycie góry widniało coś niezidentyfikowanego i kolosalnego – coś niby monstrualne UFO. Był to – jak dowiedziałem się potem -komunistyczny monument na Buzłudży. Znalazłem się w cieniu drzew, gdy dobiegły mnie… odgłosy wystrzałów. Polowanie? Poligon? Strzały nie tylko nie cichły, ale nasilały się. To już była cała kanonada! Zrozumiałem, że to rekonstrucja bitwy. Na przełęczy Szipka decydowały się losy wojny rosyjsko-tureckiej w 1877 roku. Główne uderzenie Turków miało miejsce 21 sierpnia – czyli teraz…Niezwykły i nieplanowany zbieg okoliczności. Zupełnie nie kalkując trafiłem po przeszło dwu tygodniach wędrówki właśnie na największą rekonstrukcję historyczną w Bułgarii….Gnałem więc, zapominając o zmęczeniu na złamanie karku, chcąc zobaczyć to widowisko. Gdy wypadłem na szosę trzeba było przejść jeszcze spory kawałek po kilkuset stopniach. Strzały powoli cichły, turecki atak został zapewne jak zwykle odparty. Wszędzie było pełno ludzi. Przełęcz zastawiona samochodami, tłumy schodziły powoli po stopniach, całe rodziny – od emerytów po małe dzieci, mnóstwo flag narodowych i patriotycznych t-shirtów….Bitwa już się skończyła, ale barwne wojska pozostały na pobojowisku. Kogo tam nie było! Zielone mundury armii carskiej, czarne bułgarskich formacji ochotniczych, niebiesko-czerwone kubraki Turków… Najbarwniejsi jednak byli bułgarscy hajducy – górale. Prym wiódł wśród nich pewien brzuchacz z imponującym pasem, za który zatknął sobie kilka starodawnych pistoletów i równie zmilitaryzowany prawosławny mnich – dziewiętnastowieczne wcielenie Gandalfa. Robiłem im zdjęcia a oni dumnie wypinali brzuchy i robili groźne miny. Wszyscy powoli zaczynali się rozchodzić – w większości spali w namiotach, które teraz trzeba było rozstawić na polu. Wyobrażałem sobie, że wieczorem spotkają się w grillowej atmosferze popijając rakiję – piechurzy tureccy z bułgarskimi hajdukami, carskie formacje z poddanymi sułtana. Historia z tej perspektywy wygląda jak barwna maskarada, piknik, gdzie różnorodność jest pożądana – byle barwna i efektowna. Z punktu widzenia polityki nie wyglądało to już tak sielsko. Czy na imprezie byli rządowi oficjele? Na pewno natomiast widziałem na obrzeżach tłumu grupki młodych nacjonalistów. Słyszałem też, że wiele osób mówi po rosyjsku. Znowu moja samotność i duży plecak prowokowały do pytań. W ten sposób wdałem się w rozmowę z Siergiejem, pracownikiem rosyjskiej ambasady. Siergiej przyjechał tu na jeden dzień z Sofii z delegacją. Rozmowa z nim po rosyjsku sprawiała mi przyjemność. Więcej mogłem powiedzieć w tym języku niż swoją kiepską bułgarszczyzną. Zdążyłem opowiedzieć Siergiejowi marszrutę swojej wyprawy a nawet wspomniałem sowiecką szkołę w Korei i swojego nauczyciela od rosyjskiego, nomen omen – Siergieja Iwanowicza. Niestety na Siergieja wołali już koledzy, ambasadzka fura stała już na włączonym silniku. Uścisnął mi serdecznie rękę i znów byłem sam.

Postanowiłem obejrzeć całe pole bitwy. Wszedłem na szczyt pomnika-mauzoleum skąd roztaczał się imponujący widok na okolicę. W kiosku z pamiątkami zakupiłem za drobne sotinki publikacje o Szipce po rosyjsku, jeszcze z czasów Sojuza. Każdą z nich otwierały fragmenty płomiennych przemówień Teodora Żiwkowa. O przyjaźni bułgarsko-sowieckiej, o symbolu tej przyjaźni, którym na wieki wieków jest Szipka. Jak radzono sobie z tym – że przecież to nie bolszewicy, ale armia carska oswobodzała Bułgarię? Polityka historyczna jest elastyczna. Ani tego faktu nie tuszowano, ani przesadnie nie eksponowano. W Bułgarii nawet car Aleksander stojący na jednym z centralnych placów Sofii mógł służyć bułgarsko-sowieckiej. Nosił przecież oksymoroniczne miano cara-oswoboditiela. Oksymoroniczne było wszędzie, ale nie tu – więc car przetrwał komunę. Przetrwały też cmentarze bohaterów Szipki, kartkowałem broszurę poświęconą okolicznym mogiłom. Po wyjściu z mauzoleum podreptałem na Orlovo Gnezdo – grupę wapiennych skał, która stanowiła kluczowy punkt w systemie obronnym. To tu rozgrywały się najdramatyczniejsze i uwiecznione w obrazach i filmach sceny. Poniżej na pozycjach stały uśpione działa na zawsze już wymierzone w stronę nacierających Turków. Potężny masyw Bałkanu przedzielał kraj na połowę. Rosjanie wylądowawszy na południowym brzegu Dunaju szybko opanowali północną Bułgarię, odcinając Turków w czworoboku twierdz w dolnym biegu rzeki i armię Osmana Paszy w Plewen. Powodzenie kampanii zależało od tego, kto utrzyma przełęcze Starej Płaniny – Turcy szybko ściągali posiłki z południa. Rosjanie wspierani przez ochotnicze oddziały bułgarskie musieli utrzymać przełęcz. Jeśli wojskom tureckim nie udałoby się przebić przez góry los izolowanych armii na północy był przesądzony. Główne uderzenie Turcy skierowali więc właśnie na Szipkę. Atakowali z wściekłością i determinacją, nie licząc się ze stratami. Szczupłe siły obrońców musiały wytrzymać kilka dni aż nadejdzie pomoc. Jedna chwila załamania mogła ich drogo kosztować. Łatwo sobie wyobrazić jak wielkie znaczenie ma dla Bułgarów Szipka…Rozmawiając z nimi na temat bitwy zauważyłem, że postrzegają ją w innych proporcjach. Bardzo protestowali, gdy mówiłem, że Rosjanie przy pomocy Bułgarów pokonali tu armię turecką. Rzecz jasna – według nich – Rosjanie oczywiście pomogli, ale bitwę wygrali Bułgarzy. Uśmiechałem się wtedy pod nosem – przypominając sobie bułgarskiego hajduka, uzbrojonego w tuzin pukawek. Zapewne to ten bałkański niedźwiedź, Iwan Borimeczka z powieści Iwana Wazowa zaważył na losach batalii. Nie było sensu się spierać, bo i o co? Narody, zwłaszcza te, które zaznały niewoli mają prawo do snów.

Czas było opuszczać Szipkę. Jak się okazało większość autokarów były to okazjonalne przewozy a o regularne połączenie było trudniej. Rozkład zerwany. Musiałem polegać na tym, co powiedziała mi nieco opryskliwa klozet-babcia. Autobus po południu miał być, ale nie wiadomo na pewno kiedy. Następne trzy godziny koczowałem przy drodze. Nie pomyślałem, żeby łapać stopa, w końcu autobus miał być zaraz… Dwóch malowniczych autostopowiczów nie miało takich dylematów. Chyba byli to Amerykanie. Jeden z nich wytatuowany Jack Sparrow w czerwonej chuście nabazgrał flamastrem napis Gabrovo i dziko wymachiwał nim przed maskami przejeżdżających samochodów. Towarzyszył mu nieco mniej ekstrawertyczny Indianiec. Nim się obejrzałem, już ich nie było.
 

(TUTAJ URYWA SIĘ MOJA OPOWIEŚĆ O WYPRAWIE PRZEZ BUŁGARIĘ. TAK TO CZASEM BYWA, ŻE COŚ Z POCZĄTKU TRAKTUJEMY JAKO MARGINALNE PÓŹNIEJ MOŻE STAĆ SIĘ WAŻNIEJSZE NIŻ SIĘ NAM WYDAJE. TAK SIĘ STAŁO Z MOIMI PODRÓŻNICZYMI ZAPISKAMI. JUŻ NIEDŁUGO CZĘŚĆ Z NICH ZOBACZYCIE W DRUKU NA ŁAMACH CZASOPISM. TYMCZASEM ZAPOWIADAM RELACJĘ Z UKRAINY, KTÓRĄ ODWIEDZIŁEM WE WRZEŚNIU 2010 ROKU).

W recenzji pt. Śmierć męskich mitów Wojciech Kudyba, poeta, krytyk literacki, profesor UKSW pisze:

Czy w ogóle istnieją jeszcze wzory męskości, których nie trzeba brać w nawias, opatrywać cudzysłowiem? Na tak postawione pytanie nie pada w książce jednoznaczna odpowiedź. (…) Jest w tomie kilka wierszy-śladów. Kilka tekstów, które każą myśleć o drodze i jej etosie. Aby mówić o jej bohaterach trzeba wydobyć nieznane kulturze masowej, nieobecne w świadomości literackiej. Trzeba upomnieć się o lewicowego radykała i mistycznego pisarza zarazem – o poległego pod Villeroy porucznika Charles’a Peguy. Wydobyć z niepamięci charyzmatycznego obrońcę Gdyni – pułkownika Dąbka a także dominatora miedzywojennego alpinizmu – Mallory’ego. Każdy z nich ma w sobie przejmujący portret – różniący się od plakatów Leona Zawodowca i Jacka Sparrow w sposób zasadniczy.
Czym? Tym, że ponieśli klęskę? Że są postaciami tragicznymi? Pewnie tak, ale nie tylko. Koncentrując się na tym, by ukazać ich postać w chwili, gdy padają ciosami losu, wydobywa Artur pewien szczególny rys, który dla odbiorcy może wydać się decydujący: wiarygodność. Ich śmierć ma wymiar świadectwa. Nie jest załamaniem, lecz przypieczętowaniem, ostatecznym dopełnieniem drogi, którą podążali. Nękany przez dziennikarzy, pytających o to, po co chce się wspinać na Czomolungmę, Mallory miał odpowiedzieć: „ponieważ istnieje”. Kiedy zginął u podnóża Mount Everestu, fraza przeszła do historii alpinizmu, przypomina ją też poeta. W kontekście innych wierszy nabiera ona jednak dodatkowych znaczeńl. Staje się odpowiedzią, jakiej mógłby udzielić każdy z wymienionych wcześniej bohaterów. Ponieważ nie są to dziś rzeczy oczywiste, stawiamy pytania: dlaczego mamy być wierni tym, którzy nam zaufali, dlaczego mamy być wierni wspólnocie z której wyrastamy, ludziom, których znamy tylko trochę; dlaczego mamy za nich umierać? Wciąż nie możemy uwierzyć, że odpowiedź może być tak prosta: ponieważ istnieją…

Całość do przeczytania w nowym numerze (96) dwumiesięcznika „Arcana”.

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.


  • RSS