nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011


Wysiadając w Przemyślu pomyślałem: tu kończy się Polska.


W kantorze jakiś Cygan zamieniał drobną sumę na Euro a ja złotówki na hrywnie. Pozostawało wsiąść w ten dżdżysty dzień do busa do Medyki. Coś niesamowitego, metafizycznego zobaczyłem w tej drodze, która omijając posterunki Straży granicznej wprowadzała w głąb Ukrainy. Pierwszy raz na Ukrainie – w kraju-micie dzieciństwa, na dzikim-wschodzie-zachodzie. Kraj realny przecież nie przypomina baśni, którymi karmiła się dziecinna wyobraźnia, ale nazwy, same nazwy odsyłają w miejsca i czasy, których nigdy nie zobaczę. Szedłem szosą wzdłuż długiego sznura tirów do granicy skąd zawrócił mnie celnik. Przejście dla pieszych jest gdzie indziej, pokazał mi drogę. Chciałem przekroczyć granicę pieszo. Na własnych nogach to coś innego niż zwyczajnie przejechać autobusem lub koleją. Medyka nie zawiodła mnie -rojny wschód, mieszająca się przygraniczna ludność i jej słowiańskie języki splecione w miłosno-nienawistnym uścisku. Skazani na siebie swojo-obcy, zrozumiali i niepojęci. Mógłbym krążyć w tym tłumie żywiąc się jego pierwotną witalnością. Podsłuchiwać rozmowy, szukać korzeni, które wiodą na dwie strony granicy. Ustawiłem się w wężyku do przejścia. Opuściłem Polskę i stanąłem przed ukraińskimi celnikami. Dokąd jadę? Iwano-Frankiwsk, na dziesięć dni. Co tam będę robił? Będę uczył literatury. Jej oczy lustrują z uśmiechniętym zdziwieniem moją postać. Bo wyglądam raczej jak obszarpaniec szukający ekscytacji na bezdrożach Czarnohory niż pan adiunkt z uniwersytetu. Za granicą muszę się opędzać od miejscowych, którzy chcą mnie obłupić z pieniędzy – zawieżć samochodem do Lwowa. Parę kroków za granicą pierwszy test asertywności. Jak nie Lwów, to chociaż pół kilometra do postoju marszrutek. Nie – nie istnieje w ich słowniku. Dopiero po kilkudziesięciu metrach rezygnują, niech zgubi się tu Polaczek. Bo zmykając od nich postój przegapiłem i poszedłem kilometr w tą a potem w tamtą. Ale w końcu na tej pustej wiejskiej ulicy spotkałem miejscowego, który drogę wskazał. Przejazd marszrutką do Lwowa mija jakoś szybko. Kraj za oknem nie wygląda jak obcy, no może więcej cebulastych cerkwi, ale to i we wschodniej Polsce widać.


Chryste Panie Lwów! Poczułem się zagubiony. Dworzec wielki – do Iwano-Frankiwska pociąg jakoś w nocy dopiero. Pozostaje marszrutka, ale jak ją znaleźć? Na parkingu przed dworcem dziesiątki, co tam setki żółtych busów i busików. Dokąd? Do miejsc najróżniejszych – chyba cała zachodnia Ukraina… Żadnych rozkładów. Ludzie wsiadają, wysiadają. Busy podjeżdżają i zaraz ich nie ma. Jak się połapać? Pytam kobiety w średnim wieku, gdzie marszrutka do Iwano-Frankiwska, z jakiego stanowiska jedzie. Oni przecież się tu oreintować jakoś muszą. I już wiem – muszę iść do kasy, bo jest kasa – i za pół godziny z hakiem już z Lwowa odjeżdżam. Już wyjeżdżając mamy komplet pasażerów a na zakręcie wskakują następni i już stojących także mamy. A przed wyjazdem z parkingu wskakuje jeszcze grubas w skórze i sprzedaż prowadzi. Mówi szybko jak karabin – że możemy u niego kupić gazetę jakąś, jakiś miejscowy Fakt lub Skandale, bo droga daleka, za jedyne ułamki hrywni, a dla pań krzyżówka, dziesiątki krzyżówek, do wygrania jakieś cuda…. Patrzę na niego z niedowierzaniem, ale schodzą mu z przedramienia gazety i już babki na przednich siedzeniach pogrążone w krzyżówce. Zawodowiec. Wyjeżdżamy z miasta, ale już szarawo. Widzę przestrzeń. Ukraina to przestrzeń. Wzgórza – pagórkowatości, po których wspina się szosa. No pięknie by było, ale leje. Zasypiam przed tą ścianą deszczu wsłuchany w rytm starego silnika.


Budzę się w ciemności i spietrany – skąd ja wiem, jak długo do Iwano-Frankiwska ta marszrutka jedzie? A jak przegapię? Wysiądę w ukraińskiej dupie, w tej ulewie, w błocie? Rotacja pasażirow duża – nie możesz się przyzwyczaić, wciąż wsiadają nowi, inni znikają w ciemnościach wsi i miasteczek. Już ze czterdzieści osób jedzie z nami i ich toboły. Na szczęście wąsal koło mnie, koło sześćdziesiątki Ukrainiec jedzie też do Iwano-Frankiwska, powie kiedy mam wysiąść. Marszrutki pokochałem tego pierwszego dnia. Nie były to Boże broń, czerwone autobusy jak z obrazu Linkego – nikt nie nie chciał mnie pożreć. Wreszcie sąsiad trącił mnie łokciem – to już muszę wysiadać… Jest godzina 21 i ląduję po kostki w błocie. Leje i leje, miasto schowało się za zasłoną deszczu i co dalej?

W najnowszym Kwartalniku Literackim Wyspa (nr 4 2010) można znaleźć recenzję mojej książki. Jej autor Mariusz Solecki pisze m.in.:

Nowaczewski nie pyta jak żyć po Oświęcimiu. Za odległe to dzieje i nie jego bezpośrednie dziedzictwo. W otwierającym „Elegię dla Iana Curtisa” „Polaku Małym” pyta, jak żyć po PRL-u, pozostawiającym oczywiście nieporównywalnie mniejsze spustoszenie niż doświadczył ocalony Różewicz, ale przecież ogromne na miarę człowieka czującego się wygnańcem z krainy czystości języka.

Arterie nr 8

W numerze 8 „Arterii” można m.in. znaleźć mój poemat Kutabuk.


  • RSS