nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

Pod nowy adres http://nowaczewski.blogspot.com

Wyszedłem i nie wiem kiedy wrócę. 



Serdecznie zapraszam na koncert grupy Kutabuk, którą tworzymy z Jakubem Nogą i Jackiem Stromskim. Tego wieczoru jeszcze raz połączą się: egzotyczny dźwięk sitara, transowy rytm bębnów z melicznością moich wierszy. Poszczególne utwory wiążą się ze sobą tematycznie, przez co tworzą coś na kształt suity. Najważniejszy utwór w programie to opublikowany niedawno w „Arteriach” długodystansowy (dosłownie!) poemat Kutabuk, którego sceniczne wykonanie trwa ponad osiemnaście minut. Premierowy koncert odbył się 10 grudnia zeszłego roku w sopockim Młodym Byronie i został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Pewnie nieprędko znów zagramy w Trójmieście, więc nie możecie tego przegapić!



środa, 16 lutego, g. 19



Bohema Jazz Club


81-342 Gdynia, Waszyngtona 21 (Centrum Gemini)


wstęp wolny


szlifibruki i flaneurzy

Nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria właśnie ukazała się moja nowa książka Szlifibruki i flaneurzy. Figura ulicy w literaturze polskiej po 1918 roku:

Panorama niemal stu lat polskiej literatury oglądanej z perspektywy ulicy. Swój przegląd literackich ulic autor opiera na trzech najważniejszych datach w historii najnowszej: 1918–1944–1989, dążąc do swoistej syntezy stulecia. Nie ogranicza się jednak do mimetycznego spojrzenia na ulicę, ale traktuje ją jako przestrzeń, w której konkret przenika się z porządkiem symbolicznym, a przestrzeń publiczna nakłada się na przestrzenie prywatne i uintymnione. Taki sposób lektury – skromny, „uliczny”, a jednocześnie szeroki, bo obejmujący prawie cały miniony wiek – pozwala przyjrzeć się nie tylko poszczególnym fenomenom literackim, ale i długofalowym przemianom zachodzącym w polskiej literaturze.


Wysiadając w Przemyślu pomyślałem: tu kończy się Polska.


W kantorze jakiś Cygan zamieniał drobną sumę na Euro a ja złotówki na hrywnie. Pozostawało wsiąść w ten dżdżysty dzień do busa do Medyki. Coś niesamowitego, metafizycznego zobaczyłem w tej drodze, która omijając posterunki Straży granicznej wprowadzała w głąb Ukrainy. Pierwszy raz na Ukrainie – w kraju-micie dzieciństwa, na dzikim-wschodzie-zachodzie. Kraj realny przecież nie przypomina baśni, którymi karmiła się dziecinna wyobraźnia, ale nazwy, same nazwy odsyłają w miejsca i czasy, których nigdy nie zobaczę. Szedłem szosą wzdłuż długiego sznura tirów do granicy skąd zawrócił mnie celnik. Przejście dla pieszych jest gdzie indziej, pokazał mi drogę. Chciałem przekroczyć granicę pieszo. Na własnych nogach to coś innego niż zwyczajnie przejechać autobusem lub koleją. Medyka nie zawiodła mnie -rojny wschód, mieszająca się przygraniczna ludność i jej słowiańskie języki splecione w miłosno-nienawistnym uścisku. Skazani na siebie swojo-obcy, zrozumiali i niepojęci. Mógłbym krążyć w tym tłumie żywiąc się jego pierwotną witalnością. Podsłuchiwać rozmowy, szukać korzeni, które wiodą na dwie strony granicy. Ustawiłem się w wężyku do przejścia. Opuściłem Polskę i stanąłem przed ukraińskimi celnikami. Dokąd jadę? Iwano-Frankiwsk, na dziesięć dni. Co tam będę robił? Będę uczył literatury. Jej oczy lustrują z uśmiechniętym zdziwieniem moją postać. Bo wyglądam raczej jak obszarpaniec szukający ekscytacji na bezdrożach Czarnohory niż pan adiunkt z uniwersytetu. Za granicą muszę się opędzać od miejscowych, którzy chcą mnie obłupić z pieniędzy – zawieżć samochodem do Lwowa. Parę kroków za granicą pierwszy test asertywności. Jak nie Lwów, to chociaż pół kilometra do postoju marszrutek. Nie – nie istnieje w ich słowniku. Dopiero po kilkudziesięciu metrach rezygnują, niech zgubi się tu Polaczek. Bo zmykając od nich postój przegapiłem i poszedłem kilometr w tą a potem w tamtą. Ale w końcu na tej pustej wiejskiej ulicy spotkałem miejscowego, który drogę wskazał. Przejazd marszrutką do Lwowa mija jakoś szybko. Kraj za oknem nie wygląda jak obcy, no może więcej cebulastych cerkwi, ale to i we wschodniej Polsce widać.


Chryste Panie Lwów! Poczułem się zagubiony. Dworzec wielki – do Iwano-Frankiwska pociąg jakoś w nocy dopiero. Pozostaje marszrutka, ale jak ją znaleźć? Na parkingu przed dworcem dziesiątki, co tam setki żółtych busów i busików. Dokąd? Do miejsc najróżniejszych – chyba cała zachodnia Ukraina… Żadnych rozkładów. Ludzie wsiadają, wysiadają. Busy podjeżdżają i zaraz ich nie ma. Jak się połapać? Pytam kobiety w średnim wieku, gdzie marszrutka do Iwano-Frankiwska, z jakiego stanowiska jedzie. Oni przecież się tu oreintować jakoś muszą. I już wiem – muszę iść do kasy, bo jest kasa – i za pół godziny z hakiem już z Lwowa odjeżdżam. Już wyjeżdżając mamy komplet pasażerów a na zakręcie wskakują następni i już stojących także mamy. A przed wyjazdem z parkingu wskakuje jeszcze grubas w skórze i sprzedaż prowadzi. Mówi szybko jak karabin – że możemy u niego kupić gazetę jakąś, jakiś miejscowy Fakt lub Skandale, bo droga daleka, za jedyne ułamki hrywni, a dla pań krzyżówka, dziesiątki krzyżówek, do wygrania jakieś cuda…. Patrzę na niego z niedowierzaniem, ale schodzą mu z przedramienia gazety i już babki na przednich siedzeniach pogrążone w krzyżówce. Zawodowiec. Wyjeżdżamy z miasta, ale już szarawo. Widzę przestrzeń. Ukraina to przestrzeń. Wzgórza – pagórkowatości, po których wspina się szosa. No pięknie by było, ale leje. Zasypiam przed tą ścianą deszczu wsłuchany w rytm starego silnika.


Budzę się w ciemności i spietrany – skąd ja wiem, jak długo do Iwano-Frankiwska ta marszrutka jedzie? A jak przegapię? Wysiądę w ukraińskiej dupie, w tej ulewie, w błocie? Rotacja pasażirow duża – nie możesz się przyzwyczaić, wciąż wsiadają nowi, inni znikają w ciemnościach wsi i miasteczek. Już ze czterdzieści osób jedzie z nami i ich toboły. Na szczęście wąsal koło mnie, koło sześćdziesiątki Ukrainiec jedzie też do Iwano-Frankiwska, powie kiedy mam wysiąść. Marszrutki pokochałem tego pierwszego dnia. Nie były to Boże broń, czerwone autobusy jak z obrazu Linkego – nikt nie nie chciał mnie pożreć. Wreszcie sąsiad trącił mnie łokciem – to już muszę wysiadać… Jest godzina 21 i ląduję po kostki w błocie. Leje i leje, miasto schowało się za zasłoną deszczu i co dalej?

W najnowszym Kwartalniku Literackim Wyspa (nr 4 2010) można znaleźć recenzję mojej książki. Jej autor Mariusz Solecki pisze m.in.:

Nowaczewski nie pyta jak żyć po Oświęcimiu. Za odległe to dzieje i nie jego bezpośrednie dziedzictwo. W otwierającym „Elegię dla Iana Curtisa” „Polaku Małym” pyta, jak żyć po PRL-u, pozostawiającym oczywiście nieporównywalnie mniejsze spustoszenie niż doświadczył ocalony Różewicz, ale przecież ogromne na miarę człowieka czującego się wygnańcem z krainy czystości języka.

Arterie nr 8

W numerze 8 „Arterii” można m.in. znaleźć mój poemat Kutabuk.

Szipka!

1 komentarz

Epizod, O Szipka!

Na przełęczy Szipka zdecydowałem zakończyć tegoroczny marsz przez Starą Płaninę. Trudno było wybrać miejsce bardziej efektowne na koniec wyprawy; do Morza Czarnego było jeszcze daleko i wiadomo było, że tego lata nie dam już rady tam dojść. Tak jak rok wcześniej naturalnie marsz przez Riłę i Pirin wieńczył pobyt z Misą i Tomikiem w Melniku, tak teraz – również chciałem oddać się zasłużonemu lenistwu w jakimś starym mieście. Przypomniała mi się rozmowa z Georgim w chyży Eho, z jakim zapałem mówił o Wielkim Tyrnowie. Na mapę nie potrzebowałem patrzeć – wiedziałem, że z przełęczy można dostać się autobusem w tamten rejon.

Góry były tutaj już dużo niższe. Szedłem leśnymi drogami, bez większych przewyższeń. Spotykało się pojedynczych ludzi, którzy w ten rejon wjechali samochodami i odbywali długie spacery. Wreszcie wyszedłem na dużą łąkę i moim oczom ukazała się Szipka. Widziałem już sylwetkę pomnika na wzgórzu. Dalej na szczycie góry widniało coś niezidentyfikowanego i kolosalnego – coś niby monstrualne UFO. Był to – jak dowiedziałem się potem -komunistyczny monument na Buzłudży. Znalazłem się w cieniu drzew, gdy dobiegły mnie… odgłosy wystrzałów. Polowanie? Poligon? Strzały nie tylko nie cichły, ale nasilały się. To już była cała kanonada! Zrozumiałem, że to rekonstrucja bitwy. Na przełęczy Szipka decydowały się losy wojny rosyjsko-tureckiej w 1877 roku. Główne uderzenie Turków miało miejsce 21 sierpnia – czyli teraz…Niezwykły i nieplanowany zbieg okoliczności. Zupełnie nie kalkując trafiłem po przeszło dwu tygodniach wędrówki właśnie na największą rekonstrukcję historyczną w Bułgarii….Gnałem więc, zapominając o zmęczeniu na złamanie karku, chcąc zobaczyć to widowisko. Gdy wypadłem na szosę trzeba było przejść jeszcze spory kawałek po kilkuset stopniach. Strzały powoli cichły, turecki atak został zapewne jak zwykle odparty. Wszędzie było pełno ludzi. Przełęcz zastawiona samochodami, tłumy schodziły powoli po stopniach, całe rodziny – od emerytów po małe dzieci, mnóstwo flag narodowych i patriotycznych t-shirtów….Bitwa już się skończyła, ale barwne wojska pozostały na pobojowisku. Kogo tam nie było! Zielone mundury armii carskiej, czarne bułgarskich formacji ochotniczych, niebiesko-czerwone kubraki Turków… Najbarwniejsi jednak byli bułgarscy hajducy – górale. Prym wiódł wśród nich pewien brzuchacz z imponującym pasem, za który zatknął sobie kilka starodawnych pistoletów i równie zmilitaryzowany prawosławny mnich – dziewiętnastowieczne wcielenie Gandalfa. Robiłem im zdjęcia a oni dumnie wypinali brzuchy i robili groźne miny. Wszyscy powoli zaczynali się rozchodzić – w większości spali w namiotach, które teraz trzeba było rozstawić na polu. Wyobrażałem sobie, że wieczorem spotkają się w grillowej atmosferze popijając rakiję – piechurzy tureccy z bułgarskimi hajdukami, carskie formacje z poddanymi sułtana. Historia z tej perspektywy wygląda jak barwna maskarada, piknik, gdzie różnorodność jest pożądana – byle barwna i efektowna. Z punktu widzenia polityki nie wyglądało to już tak sielsko. Czy na imprezie byli rządowi oficjele? Na pewno natomiast widziałem na obrzeżach tłumu grupki młodych nacjonalistów. Słyszałem też, że wiele osób mówi po rosyjsku. Znowu moja samotność i duży plecak prowokowały do pytań. W ten sposób wdałem się w rozmowę z Siergiejem, pracownikiem rosyjskiej ambasady. Siergiej przyjechał tu na jeden dzień z Sofii z delegacją. Rozmowa z nim po rosyjsku sprawiała mi przyjemność. Więcej mogłem powiedzieć w tym języku niż swoją kiepską bułgarszczyzną. Zdążyłem opowiedzieć Siergiejowi marszrutę swojej wyprawy a nawet wspomniałem sowiecką szkołę w Korei i swojego nauczyciela od rosyjskiego, nomen omen – Siergieja Iwanowicza. Niestety na Siergieja wołali już koledzy, ambasadzka fura stała już na włączonym silniku. Uścisnął mi serdecznie rękę i znów byłem sam.

Postanowiłem obejrzeć całe pole bitwy. Wszedłem na szczyt pomnika-mauzoleum skąd roztaczał się imponujący widok na okolicę. W kiosku z pamiątkami zakupiłem za drobne sotinki publikacje o Szipce po rosyjsku, jeszcze z czasów Sojuza. Każdą z nich otwierały fragmenty płomiennych przemówień Teodora Żiwkowa. O przyjaźni bułgarsko-sowieckiej, o symbolu tej przyjaźni, którym na wieki wieków jest Szipka. Jak radzono sobie z tym – że przecież to nie bolszewicy, ale armia carska oswobodzała Bułgarię? Polityka historyczna jest elastyczna. Ani tego faktu nie tuszowano, ani przesadnie nie eksponowano. W Bułgarii nawet car Aleksander stojący na jednym z centralnych placów Sofii mógł służyć bułgarsko-sowieckiej. Nosił przecież oksymoroniczne miano cara-oswoboditiela. Oksymoroniczne było wszędzie, ale nie tu – więc car przetrwał komunę. Przetrwały też cmentarze bohaterów Szipki, kartkowałem broszurę poświęconą okolicznym mogiłom. Po wyjściu z mauzoleum podreptałem na Orlovo Gnezdo – grupę wapiennych skał, która stanowiła kluczowy punkt w systemie obronnym. To tu rozgrywały się najdramatyczniejsze i uwiecznione w obrazach i filmach sceny. Poniżej na pozycjach stały uśpione działa na zawsze już wymierzone w stronę nacierających Turków. Potężny masyw Bałkanu przedzielał kraj na połowę. Rosjanie wylądowawszy na południowym brzegu Dunaju szybko opanowali północną Bułgarię, odcinając Turków w czworoboku twierdz w dolnym biegu rzeki i armię Osmana Paszy w Plewen. Powodzenie kampanii zależało od tego, kto utrzyma przełęcze Starej Płaniny – Turcy szybko ściągali posiłki z południa. Rosjanie wspierani przez ochotnicze oddziały bułgarskie musieli utrzymać przełęcz. Jeśli wojskom tureckim nie udałoby się przebić przez góry los izolowanych armii na północy był przesądzony. Główne uderzenie Turcy skierowali więc właśnie na Szipkę. Atakowali z wściekłością i determinacją, nie licząc się ze stratami. Szczupłe siły obrońców musiały wytrzymać kilka dni aż nadejdzie pomoc. Jedna chwila załamania mogła ich drogo kosztować. Łatwo sobie wyobrazić jak wielkie znaczenie ma dla Bułgarów Szipka…Rozmawiając z nimi na temat bitwy zauważyłem, że postrzegają ją w innych proporcjach. Bardzo protestowali, gdy mówiłem, że Rosjanie przy pomocy Bułgarów pokonali tu armię turecką. Rzecz jasna – według nich – Rosjanie oczywiście pomogli, ale bitwę wygrali Bułgarzy. Uśmiechałem się wtedy pod nosem – przypominając sobie bułgarskiego hajduka, uzbrojonego w tuzin pukawek. Zapewne to ten bałkański niedźwiedź, Iwan Borimeczka z powieści Iwana Wazowa zaważył na losach batalii. Nie było sensu się spierać, bo i o co? Narody, zwłaszcza te, które zaznały niewoli mają prawo do snów.

Czas było opuszczać Szipkę. Jak się okazało większość autokarów były to okazjonalne przewozy a o regularne połączenie było trudniej. Rozkład zerwany. Musiałem polegać na tym, co powiedziała mi nieco opryskliwa klozet-babcia. Autobus po południu miał być, ale nie wiadomo na pewno kiedy. Następne trzy godziny koczowałem przy drodze. Nie pomyślałem, żeby łapać stopa, w końcu autobus miał być zaraz… Dwóch malowniczych autostopowiczów nie miało takich dylematów. Chyba byli to Amerykanie. Jeden z nich wytatuowany Jack Sparrow w czerwonej chuście nabazgrał flamastrem napis Gabrovo i dziko wymachiwał nim przed maskami przejeżdżających samochodów. Towarzyszył mu nieco mniej ekstrawertyczny Indianiec. Nim się obejrzałem, już ich nie było.
 

(TUTAJ URYWA SIĘ MOJA OPOWIEŚĆ O WYPRAWIE PRZEZ BUŁGARIĘ. TAK TO CZASEM BYWA, ŻE COŚ Z POCZĄTKU TRAKTUJEMY JAKO MARGINALNE PÓŹNIEJ MOŻE STAĆ SIĘ WAŻNIEJSZE NIŻ SIĘ NAM WYDAJE. TAK SIĘ STAŁO Z MOIMI PODRÓŻNICZYMI ZAPISKAMI. JUŻ NIEDŁUGO CZĘŚĆ Z NICH ZOBACZYCIE W DRUKU NA ŁAMACH CZASOPISM. TYMCZASEM ZAPOWIADAM RELACJĘ Z UKRAINY, KTÓRĄ ODWIEDZIŁEM WE WRZEŚNIU 2010 ROKU).

W recenzji pt. Śmierć męskich mitów Wojciech Kudyba, poeta, krytyk literacki, profesor UKSW pisze:

Czy w ogóle istnieją jeszcze wzory męskości, których nie trzeba brać w nawias, opatrywać cudzysłowiem? Na tak postawione pytanie nie pada w książce jednoznaczna odpowiedź. (…) Jest w tomie kilka wierszy-śladów. Kilka tekstów, które każą myśleć o drodze i jej etosie. Aby mówić o jej bohaterach trzeba wydobyć nieznane kulturze masowej, nieobecne w świadomości literackiej. Trzeba upomnieć się o lewicowego radykała i mistycznego pisarza zarazem – o poległego pod Villeroy porucznika Charles’a Peguy. Wydobyć z niepamięci charyzmatycznego obrońcę Gdyni – pułkownika Dąbka a także dominatora miedzywojennego alpinizmu – Mallory’ego. Każdy z nich ma w sobie przejmujący portret – różniący się od plakatów Leona Zawodowca i Jacka Sparrow w sposób zasadniczy.
Czym? Tym, że ponieśli klęskę? Że są postaciami tragicznymi? Pewnie tak, ale nie tylko. Koncentrując się na tym, by ukazać ich postać w chwili, gdy padają ciosami losu, wydobywa Artur pewien szczególny rys, który dla odbiorcy może wydać się decydujący: wiarygodność. Ich śmierć ma wymiar świadectwa. Nie jest załamaniem, lecz przypieczętowaniem, ostatecznym dopełnieniem drogi, którą podążali. Nękany przez dziennikarzy, pytających o to, po co chce się wspinać na Czomolungmę, Mallory miał odpowiedzieć: „ponieważ istnieje”. Kiedy zginął u podnóża Mount Everestu, fraza przeszła do historii alpinizmu, przypomina ją też poeta. W kontekście innych wierszy nabiera ona jednak dodatkowych znaczeńl. Staje się odpowiedzią, jakiej mógłby udzielić każdy z wymienionych wcześniej bohaterów. Ponieważ nie są to dziś rzeczy oczywiste, stawiamy pytania: dlaczego mamy być wierni tym, którzy nam zaufali, dlaczego mamy być wierni wspólnocie z której wyrastamy, ludziom, których znamy tylko trochę; dlaczego mamy za nich umierać? Wciąż nie możemy uwierzyć, że odpowiedź może być tak prosta: ponieważ istnieją…

Całość do przeczytania w nowym numerze (96) dwumiesięcznika „Arcana”.

Botev. Ostatni odcinek w kierunku najwyższej góry Balkanu wiódł przez odkryte połoniny. Potężna sylweta góry robiła imponujące wrażenie. Nie na darmo jej turecka nazwa brzmi „Jumrukczał”, co tłumaczy się jako „podobny do pięści”. Faktycznie wyglądała jak ogromna pięść śpiącego olbrzyma. Za niewielką „zasłoną Botev” pozostawało jeszcze nietrudne, choć dość strome podejście na szczyt. Kilkaset metrów niższy od Musały i Wihrena, Botev ma swoją mitologię. Klimat jest tu bardzo surowy, pogoda kapryśna. Wierzchołek przez trzysta dni w roku pozostaje we mgle. Mówi się, że kto trafi na dobrą pogodę na Botevie będzie miał powodzenie w interesach przez cały rok. I tym razem pogoda zmieniła się dwa-trzy razy. Gdy mijałem „zasłonę Botev” szczyt był całkowicie wolny od chmur, ale niespełna godzinę później widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, później znów nieco się wypogodziło. Góra musiała przynosić zawód tym, którzy spodziewali się po niej dzikości. Można tu było wjechać samochodem i spotkać grupki niedzielnych turystów, którzy hałaśliwie ładowali się do budynku stacji meteorologicznej. Słychać było chrapliwy dźwięk motocykli. Ale gdy zapadała cisza, w oparach mgły mogło się wydawać, że znaleźliśmy się w jakiejś stacji arktycznej. Chwilę później – przywrócony do rzeczywistości promieniami sierpniowego słońca, zauważyłem porozwieszane na ścianach kartki z ostrzeżeniem przed żmijami. Żadnej żmii jednak nie uświadczyłem. Natomiast poczułem na kolanie nos wychudzonego psa. Wyglądał żałośnie, ale nie karmiłem go. Ruszyłby wtedy za mną i trudno byłoby się pozbyć jego kłopotliwego towarzystwa. Jeśli droga przez Bałkan, to było jak mówił Iwo, „grob, grob” to apogeum tego szlaku mogił nastąpiło na Botevie. Nagrobek młodego nauczyciela i kilkorga uczniów.
Październik, lata sześćdziesiąte. Co się mogło stać? Burza? Inny nagrobek: trójka wspinaczy z lat pięćdziesiątych. Surowy kamień z czekanem zamiast krzyża. Data styczniowa. Lawina? A może któryś z nich odpadł od ściany pociągając za sobą kolegów?

Schodziłem stąd dość szybko. Zorientowałem się parę minut potem, że przecież miał to być jeden z najbardziej eksponowanych momentów wyprawy a minął prawie niezauważenie. Przecież od dwóch-trzech dni myślałem o tym, czy uda się wejść na Botev. Odtąd szlak mógł wieść już tylko niżej… Zejście było proste, częściowo wiodło utwardzoną szosą i znów najbardziej dokuczały mi obolałe stopy. Był  to już trzynasty dzień podróży. Znów spotkałem grób, tym razem jakiegoś dziewiętnastowiecznego powstańca, osaczonego przez Turków. W chyży Taza byłem znów jedynym gościem. Gospodarze byli uprzejmi, mogłem zjeść dwa talerze zupy, ale nie wdawali się w dłuższe rozmowy. Oglądałem więc bułgarskie wiadomości, ale nic się nie działo. Środek sezonu ogórkowego. Brudna plaża gdzieś tam. Brak miejsc parkingowych „na moreta” i tak dalej. Wyglądało na to, że cała Bułgaria wyjechała nad morze a ci co zostali zaraz mieli wyjechać.

Co działo się następnego dnia w drodze do chyży Uzana? Znów zobaczyłem Cyganów wynajmujących się do roboty w górach. Oblepili wypchany samochód jak owady, siedzieli w otwartym bagażniku, na dachu, trzęsąc się na krzywej bitej górskiej drodze. Gdybym zrobił im zdjęcie, w kraju mógłbym szpanować, że trafiłem do jednego z najdzikszych miejsc Europy. Nasza literatura czeka na takie obrazki – z Rumunii, Mołdowy, Macedonii… Smętny bałkański jazz wypełnia ponure krajobrazy. Jeździmy się ekscytować bezpieczną dzikością, biedą większą niż nasza, czasem spóźniającym się o dwadzieścia-trzydzieści lat. Uciekamy w melancholię. Ale przecież nie będę ściemniał. Niedługo potem trafiłem do chyży Mazalat. Po rozpadających się schroniskach, prowadzonych przez przypadkowych ludzi ta chyża musiała zrobić wrażenie. Schludna do perfekcji, w promieniu kilku kilometrów idealnie oznaczone szlaki – tak jakbym trafił do bułgarskiej stolicy marszów na orientację. Odmalowane słupy zimowego szlaku, z informacją, co ile metrów są ustawione i jaki należy obrać azymut. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dzień był słoneczny – na ławkach na zewnątrz wygrzewali się emeryci. Starsi ludzie w górach… Ich wysłużone buty, starannie zawinięte wełniane skarpety. Plecaki wyblakłe od lat i deszczy. Przychodzili z czarnobiałych zdjęć, wolnym, ale pewnym krokiem. Możliwe, że okoliczne ścieżki przemierzali od kilkudziesięciu lat. Coraz bardziej zmęczone serca mierzyły im czas.

Z Mazalat starym lasem bukowym zmierzałem w tereny bardziej cywilizowane. Dochodziły tu asfalty, ludzie budowali weekendowe domy. Ludzie na rowerach. Chyża Uzana leżała na rozległej polanie, gdzie zatrzymywały się autobusy. Całe piętro schroniska było wynajęte na obóz językowy. Wielonarodowa młodzież uczyła się angielskiego, wszędzie porozwieszane były angielskie napisy i hasła. Przyglądałem się tym młodym ludziom zunifikowanym w europolitycznej poprawności. Wędrowałem przez ten kraj, żeby szukać, uczyć się innego. Oni się ujednolicali. Narody? To tylko różne stroje i kolory twarzy w ramach jewropiejskiego sojuza. Również oni mi się przyglądali – słyszałem złośliwe komentarze. Bo przecież nie przyznawałem się do angielskiego i mówili w mojej obecności całkiem swobodnie. Teraz zdałem sobie sprawę z tego, dlaczego duże zachodnie nacje budziły moją niechęć. Ich języki, te „języki obce”, o których konieczności uczenia słyszałem od dzieciństwa -  angielski, niemiecki, francuski, hiszpański – to były języki narodów i kultur kolonialnych. Kiedy myśmy walczyli za wolność „naszą i waszą”, Murzyni pracowali na ich plantacjach. Tam, gdzie Polacy albo Bułgarzy przyjeżdżają na Zachód do pracy jak tania siła robocza, niewiele różnią się dla nich od przybyszów z trzeciego świata. Angielski, francuski, czy niemiecki dawały swoim etnicznym użytkownikom prawo do debilstwa, z którego wyżyn i tak patrzyło z góry na resztę świata. Odgrodziłem się od nich. Brudem, zarostem, smrodem potu, łamanym językiem. Chciałem czuć „rytm ziemi, pod ręką coś namacalnego” – jak pisze Eldredge. Nic nie wiedzieć o zegarach, terminach, zyskach i stratach. Spędzać czas tak, żeby mieć brudne paznokcie. Powoli wracałem do miasta. Tylko po to, żeby za kilka dni, tygodni, miesięcy, znowu uciec. Marzyć o życiu, które jest gdzie indziej.


  • RSS