nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

KUTABUK

trójmiejska premiera poematu
koncert poetycko-muzyczny

Wystąpią:
Artur Nowaczewski (melorecytacja)
Jakub Noga (sitar)
Jacek Stromski (bębny)

Kutabuk – to rodzaj melancholii opisany w XVIII-wiecznej Wielkiej Encyklopedii Francuskiej
od imienia mitycznego zwierzęcia skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody.
Ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia.
Taki tytuł nosi nowy poemat Artura Nowaczewskiego – gdyńskiego poety i podróżnika.
Poemat o objętości ponad dwustu wersów powstał w jedną noc i ulegał później niewielkim
poprawkom. Autor opisał w nim swoje doświadczenia z pieszych wędrówek.
W poemacie tym jako tło posłużyły zarówno niedalekie Lasy Oliwskie, jak i bezdróża Europy.
Bohater tak jak mityczny kutabuk nie może się zatrzymać, to opis życia w pędzie,
w ruchu, „on the road”, szalony korowód nazw, postaci, przygód
a jednocześnie medytacyjna podróż w głąb siebie.
Jak wykonać tak długi utwór? Komplementarną częścią poematu stał się hinduski instrument
strunowy sitar, na którym gra gdyński poeta i muzyk, Jakub Noga. Dźwięki sitaru nie są jedynie
akompaniamentem do słów, ale nadają tempo i rytm „marszu” bohatera utworu.
Czasem tekst podąża śladem muzyki a czasem muzyka za poezją.
W Młodym Byronie będziemy mieli okazję wysłuchać trójmiejskiej premiery poematu.
Pierwszy raz z Nowaczewskim i Nogą wystąpi znakomity wybrzeżowy perkusista Jacek Stromski.

piątek,10 grudnia, godz. 20
Młody Byron.
Dworek Sierakowskich
ul. Czyżewskiego 12, 81-706 Sopot

Artur Nowaczewski,
poeta, krytyk literacki, podróżnik, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Stały współpracownik „Toposu” i Magazynu Apokaliptycznego „44″. Wydał m.in. tomiki wierszy Commodore 64 i Elegia dla Iana Curtisa. Jego wiersze tłumaczono na język czeski i niemiecki.

Jakub Noga,
muzyk, poeta, prozaik. Współpracował z Przemkiem Dyakowskim, Jackiem Stromskim, DJ Romero, DJ Nasteem (Bernard Grey). Z Michałem Gosem (perkusja) Radovanem Jacuniakiem (bas) oraz Przemkiem Dyakowskim (sax) tworzy zespół muzyki improwizowanej „Śladami Gagarina”. Gra na hinduskim instrumencie strunowym sitar.

Jacek Stromski,
jeden z najbardziej znanych perkusistów trójmiejskich, w latach dziewięćdziesiatych grał w zespole Apteka. Współpracował także z Tymonem Tymańskim w zespołach: Miłość i Kury, a także z Mazzolem. Świetny improwizator, charakteryzujący się ogromnym wyczuciem i świadomością brzmienia.

Wędrowałem przez pastwiska otoczone wapiennymi skałami. Ominąłem zasłonę (schron)”Orlovo Gnezdo”. Nazwa ta – jak sądzę – nie miała odnosić się jedynie do gniazda orła, ale do niezdobytej reduty w bitwie pod Szipką. Wieczór zachmurzył się i próg chyży Dermenka przekroczyłem akurat z piewszymi kroplami deszczu. Schronisko, tak jak mówił Georgi, było odnowione i wypasione. W pokojach było czysto i przytulnie.
Na moje „Od Polsza sem. Ne syćko razbiraja” szefowa kuchni z uśmiechem odpowiedziała „Czego potrzebujesz, panie?”
Mało nie wybuchłem śmiechem. Zastanawiałem się skąd znała tą śmieszną frazę. Czy z jakiś przedpotopowych rozmówek a może z jakiegoś serialu? Jako mości hrabia w dziurawych portkach i śmierdzący kilkudniowym potem czułem się dość osobliwie.
Zjadłem suty obiad w dość postmodernistycznej stołówce. Stare sztandary z czasów komuny wisiały obok zielonego „Svoboda ili smirt”.  Nacjonalizm bułgarski współistniał tu z komunizmem -przeszłość nie przytłaczała.

Spałem w pokoju na strychu. Całą noc wiatr huczał za oknem, rano przez świetlik ujrzałem zachmurzone niebo, więc z rezygnacją zamknąłem oczy. Rano, już sporo po dziewiątej wychodziłem na szlak. Idąc przez las znalazłem na szlaku grób młodej dziewczyny, która zagubiła się w zimie. Miejsce nie było przecież położone wysoko, wyglądało zupełnie niegroźnie. Zimą Bałkan stawał się barierą prawie nie do pokonania, rozdzielał kraj na dwie części. W dawnych wiekach, kto chciał podróżować jego przełęczami w zimie był uważany za szaleńca…  Tymczasem nagle wyszło słońce. W chyży Dobriła zjadłem obiad i ruszyłem dalej. Wspiąłem się na trawiasty wierzchołek, gdzie znów znalazłem grób z 1994 roku – tym razem młodej pary – chłopaka i dziewczyny. Płyta była pęknięta na cztery części. Z góry rozciągał się widok grani prowadzącej w stronę Boteva. Na pierwszym planie widniał wybitny szczyt Goliam Kupen, ostra iglica wżynająca się w niebo.

Ruszułem w jego kierunku. Minąłem stado owiec nad małym jeziorkiem. Stary pasterz przyjaźnie pokazał mi szlak. Okazało, że muszę wspiąć się na tę iglicę. Dziarsko wchodziłem posuwałem się w górę stromą ścieżką. Szlak był miejscami ubezpieczony linami, przypominał tatrzańską Orlą Perć.W jednym miejscu było bardzo wąsko i zaklinowałem się z plecakiem. Trzeba było się cofnąć i próbować innym sposobem. Wreszcie gdy stanąłem na szczycie i doznałem tego rozpierającego uczucia, gdy z wysokości oglądamy całą okolicę. Wpisałem się do książki wejść  i zrobiłem sobie zdjęcie na tle nieco już postrzępionego zielonego sztandaru „Svoboda ili smirt”. Hasła tego, jak dowiedziałem się później,  używali powstańcy w Starej Zagorze w 1875 roku. Bułgarzy nie wstydzili się romantyzmu, z dumą opowiadali mi o swoich bohaterach w walce o wolność. Widocznie ich południowy temperament nie znosił półśrodków. Chociaż powstanie zakończyło się szybką klęską, nikt tu chyba nie stawiał pytania – czy warto było przelewać krew. Szaleńczy poryw garstki słabo uzbrojonych partyzantów był krzykiem, że naród bułgarski istnieje – że ma prawo do czegoś więcej niż bycie „rają” (bydłem) w ramach gnijącego Osmańskiego Imperium. Trzy lata później Bułgarzy odzyskali niepodległość a imionami poległych nazywano miasta, miasteczka i szczyty. Nowożytna Bułgaria została zbudowana na nazwiskach czetników, powstańców kwietniowych, odrodzeniowych działaczy. Historia szybko zmieniała się w mit…

Mozolna droga grzbietami i trawersami zawiodła mnie na niewielki trawiasty skrawek grani. Rozbiłem swój namiocik, mogłem obserwować jak słońce zachodzi nad drogą, którą tu przyszedłem, nad imponującą szpicą Goliam Kupena. Z drugiej strony wyrastał już potężny Botev z widoczną maciupką iglicą meteorologicznej stacji. Tam miałem być jutro, na razie chłonąłem wieczór…

Następnego dnia postanowiłem odpocząć. Odpocząć znaczyło – pokonać mniejszą odległość i dojść do chyży Eho. Ruszyłem w stronę grani. Dzisiaj nie czułem się najlepiej – znać było już po mnie wyczerpanie. W poprzednich lat zdobyłem się na maksymalny wysiłek. Teraz, gdy opadła adrenalina, dotarło do mojej świadomości jak jestem zmęczony. Bolały przede wszystkim kark, doskwierały temperaratury. No i stopy…. Stopy stawały się coraz większym problemem. Obciążenie sprawiało, że na całej powierzchni stóp, która dotykała podłoża robiły mi się odciski. Wieczorami, gdy zdejmowałem skarpety, podeszwy były grubsze o pół centymetra i dosłownie białe. Rano częściowo opuchlizna schodziła, ale każdy krok po kamienistym podłożu sprawiał ból. Brnąłem mimo to naprzód.
Widoki tego dnia były piękne jak zwykle. Morale podniosła dwójka pierwszych od dawien dawna turystów.Sympatyczna para Czechów – chłopak i dziewczyna – zaczęli kilka dni temu z drugiej strony parku narodowego. Weszli na Botev i mieli zamiar kończyć trasę w Veżen. I już miałem informację o wszystkich schroniskach: Eho- pracuje. Koza stena – też. Dermenka, Dobriła – takoż. Nawet schrony Orlovo gnezdo, Botev. Tego dnia Czesi spali w Kozej stene. Tam dobry chyżar. Nawet piwo jest. Wypytywałem ich jeszcze o techniczne trudności. Uspokoili, że żadnych przeszli bez problemu. I już szliśmy każde w swoją stronę. Droga przed chwilą będąca niewiadomą teraz rysowała się w kolorach jaśniejszych. Chyża Eho była położona w miejscu zdawałoby się niedostępnym, między skałami. Zobaczyłem ją już z daleka, cudownie zawieszone na trawiastej grani. Widać nawet było powiewające na sznurach prześcieradła… Sielskość tego obrazka nie powinna jednak zwodzić. W bezpośredniej bliskości chyży, zobaczyłem tablicę nagrobną czternastoletniego chłopca. Zginął w lipcu. Piorun? Tuż obok stała również niewielka kapliczka. Nie był to pierwszy grób tego dnia – wcześniej widziałem nagrobek starszego mężczyzny, który zmarł prawdopodobnie na zawał. Potwierdzało się to, co mówił Iwo – szlak przez Płaninę – znaczyły tabliczki opowiadające górskie tragedie. Burze, śnieżyce, zasłabnięcia…Zupełnie jakby Bałkan potrzebował ofiar, wyławiał z tłumu bezimiennych turystów nazwiska i raz na zawsze wplatał w swój pejzaż. Imiona tragicznie zmarłych padały na żyzną dla pamięci drogę. Przypomniałem sobie pierwszy grób w górach, który widziałem w dzieciństwie – był to grób przewodnika PTTK o imieniu Wojtek położony w drodze na Trzy Korony. Patrz – mówił nagrobek – i tutaj śmierć przychodzi, nie wiesz jak, w drodze na tę górę niezbyt wysoką.

W chyży były miejsca, ale – co gorsze – na jedzenie musiałem czekać. Wieczorem ma pojawić się grupa Francuzów, która zamówiła jedzenie. Wtedy będę mógł zjeść zupę. Dobre i to. Zdrzemnąłem się w pokoju. Wieczorem dostałem zupę, ale przy okazji zajrzałem do środka kuchni. Smażyły się tam ryby. Skwierczało, pachniało. Dwie kobiety uwijały się przy garach. Cholerne żabojady! Dla nich smażona rybka a dla solowego turysty talerz zupy z Bożej łaski. Ale to właśnie dzięki grupie francuskiej miałem tego dnia z kim rozmawiać. W pokoju ze mną spał Georgi – planinski vodac (górski przewodnik). To on prowadził wycieczkę. Okazał się bardzo serdecznym towarzyszem a co ważniejsze doświadczonym turystą, który bardzo dużo wiedział o Planinie. Mapy, które posiadał były jeszcze lepsze od tych, które widziałem wcześniej u Iwo. Szybko poradził mi, gdzie najlepiej udać się na kolejny nocleg. Chyża Dermenka – znakomicie wyposażone, odnowione schronisko – to był mój następny cel. Georgi był oficerem bułgarskiej armii. Znakomicie wykształcony – mówił kilkoma językami. Po angielsku, francusku, rosyjsku…Dużo starszy ode mnie – już sporo po czterdziestce – wyglądał bardzo młodo. Łagodny przyjemny tembr głosu nie zdradzał w nim żołnierza. Raczej sposób poruszania się, sprężystość ruchów, przyczajona siła. Widać było, że jest znakomicie wysportowany. Ale jakże mogło być inaczej… W większość weekendów, przez cały rok, Georgi wędrował po górach. W latach, kiedy zaczynał swoją przygodę z trekkingiem nie było dobrych map. Dochodził w piękne miejsca metodą prób i błędów. Teraz po przejściu na wojskową emeryturę,  dorabiał sobie latem prowadzeniem francuskich wycieczek. Załatwiał wszystkie hotele, schroniska, wyżywienie, prowadził najciekawszymi szlakami. Suma, którą za to zarabiał, rozparcelowana na wszystkich użytkowników wycieczki nie była taka duża. Przyjrzałem się Francuzom. Duża część z nich, to byli już ludzie po pięćdziesiątce. Dla nich bułgarskie ceny musiały być atrakcyjne a miejscowy przewodnik z perfekcyjnym francuskim otwierał dla nich możliwości poznania najpiękniejszych zakątków kraju bez żadnego stresu. W ofercie Georgi miał wszystkie najbardziej atrakcyjne pasma w Bułgarii. Oczywiście Riłę, Pirin, także Bałkan i Rodopy. Kochał to robić, wypoczywał i jednocześnie wspomagał wydatnie domowy budżet. Mieszkał w okolicach Wielkiego Tyrnowa i rozsnuwał przede mną uroki tego miasta. Niestety, nasze szlaki przecinały się tylko w chyży Eho i następnego dnia rozchodziły w różne strony. Francuzi schodzili do jakichś ciepłych źródeł i opuszczali główną grań Starej Płaniny. Tymczasem Georgi opowiadał o roślinie, która jest widoczna w logo parku. Ten kwiat rośnie tylko w jednym miejscu na świecie. Na szczycie Koza stena. Proponował mi tam następnego dnia zajrzeć, ale byłem zbyt zmęczony. Droga na szczyt była stroma, plecak trzeba było zostawiać na dole. A gdybym tam nawet wlazł, czy rozpoznałbym ten kwiat? Wystarczyła mi więc jego opowieść. Siedzieliśmy na ganku schroniska. Dochodziła dziewiętnasta, słońce schodziło za krawędź upalnego dnia. Jakaś grupka Bułgarów głośno rechotała się przy rakiji. Dałbym głowę, że ich gdzieś już widziałem. Być może natknąłem się na nich w zeszłym roku, w którymś ze schronisk w Rile albo Pirinie? Czas zaczął przyspieszać. Gdy masz za sobą już znaczną część drogi – wyprawa nabiera całkiem innych proporcji – zaczyna się kurczyć. Chyba tego lata poczułem to pierwszy raz właśnie w Eho.

Odpoczynek wrócił mi siły. Następnego dnia trasa wiodła przez najpiękniejsze ścieżki Centralnego Bałkanu o wyraźnie alpejskim charakterze. Z Georgim i Francuzami pożegnałem się koło chyży Koza Stena i dziarskim krokiem maszerowałem na wschód. Minąłem słynny wierzchołek jedynymi takimi kwiatami na świecie i zmierzałem w stronę dużej przełęczy, przez którą przechodziła szosa. Ruch samochodów był tu dość spory, więc rozłożyli się tu miejscowi chłopi i sprzedawali z samochodów mleko i inne produkty. Krowy łaziły swobodnie po pobliskim pastwisku. Niedaleko znajdował się ogromny pomnik – brama z żelaza z datą 1878 – a więc powstania nowożytnej Bułgarii.
Kawałek za przełęczą – znowu napadły mnie „złe kucze”. Lecą psy, jeden, drugi, trzeci…
Czas było wypróbować sposób Krasimira. Gdy owczarki dobiegły na kilka metrów przykucnąłem. Plecak osłaniał mi plecy, z przodu miałem kije, w razie czego mogące służyć do obrony.
Niepotrzebne były jednak obawy. Było dokładnie tak jak mówił Krasimir. Psy zadowoliły się „osaczeniem” intruza. Zatrzymały się w niedalekiej odległości wściekle szczekając. Wołałem owczarza, ale nikt nie nadchodził. Po kilku minutach, znudzone, odbiegły same w stronę swojego stada.

I znów szedłem odkrytym, trawiastym grzbietem, połonina za połoniną, wierzchołek, za wierzchołkiem. Ścieżka trawersowała zbocza, słupy oznaczające zimowy przebieg szlaku pięły się po grzebieniach grani. Góry znów były coraz wyższe, 1800, 1900 metrów, wreszcie sięgnęły dwóch tysięcy, trawa ustąpiła skałom. Pod Vrch Pascal rozbiłem namiot. Tryb zero-jedynkowy, zachodnio-wschodni, zachód, wschód, zachód, wschód, ciągle na wschód…Byłem zmordowany i głodny. I samotny. Samotność w górach trwająca dwa-trzy dni jest nawet pożądana. Wydłużająca się na ponad tydzień staje się uciążliwa. Zdałem sobie sprawę, że na przesuwające się widoki, na północy i południu, jestem coraz bardziej zobojętniały. W dzień nie było czasu się nimi cieszyć. Wieczorem stawałem wobec wielkiej ciszy. Nie napiszę, że „majestatycznej”. Jak łatwo to, co piszę zamienia się w klisze, jak banalnie język przylega do krajobrazów. Jak cyfrowe zdjęcia – daje obraz w dobrej rozdzielczości, ale jak bardzo niepełny. Myślałem o ludziach, którzy przemierzali Starą Płaninę w przeszłości. Podczas tej wyprawy nieraz natrafiałem na ich ślady. Tablice upamiętniające czetników walczących z Turkami. Grupy partyzantów przenikały tu zza Dunaju i posuwały się wzdłuż pasma. Musieli przetrwać w tych górach, żyć właściwie z tego, co udało im się upolować, bo nie mogli zbyt wiele zapasów wziąć na swoje plecy. Żywność od pasterzy chyba można było kupić, ale czy każdy pasterz sprzyjał im? Może groziła im zdrada? Czy umiem wypowiedzieć akurat te góry? To jedno, jedyne miejsce zwane raz Starą Płaniną, raz Bałkanem a raz Hajmonem?

Prawdopodobnie język, którym mówiły te sześcio-siedmioosobowe grupy Polaków wspomniane przez Iwo, nawet nie muskał Bałkanu. Ześlizgiwał się po turystycznych banałach, konsumował krajobraz, pędził z gór, w góry. Czepiał się turystycznego sprzętu, wysokości, technicznych trudności. Polszczyzna pozostawała sobą przy rozpalanych tu ogniskach, zamykała się na historiach przywiezionych z domu i kolejnych wypraw. Tak podróżować nie chciałem. Zapominałem swojego języka, w samotności oddychałem bułgarszczyzną i powoli otwierał się dla mnie świat Bułgarów. Nie szeroko, na oścież. Pozostawał uchylony, ale już nabierał różnych odcieni…

Jeżeli wybierasz się w podróż, niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Z Vrchu Pascal ruszyłem w kierunku nieczynnej chyży Planinski Izvori. Stała na rozległej połoninie, dostrzegłem tutaj, prawie nieobecną w innych miejsach, kosodrzewinę. Przy źródełku widać było ślady turystów. Jakiejś swołoczy, która pozostawiła pordzewiałe puszki, pety, ślady ogniska. Konie pasły się na połoninie. Gnałem dalej na wschód…
Teraz  jeden po drugim następowały trawiaste wierzchołki. W głębi zobaczyłem potężny masyw Veżen. Rozległy płaski wierzchołek tej góry wyrastał ponad wszystko dookoła. Wysokość prawie 2200 metrów, to był jeden z najwyższych szczytów w Bałkanie. Zanim jednak tam doszedłem, droga była długa i żmudna. Był 15 sierpnia – Święto Wojska Polskiego – dla kurażu śpiewałem polskie pieśni wojskowe. Nikogo nie spotkałem od rana. Żadnego turysty. Przed wejściem na Veżen trzeba było pokonać skałki spiętrzone przed grzbietem. Wreszcie, wieczorem wyszedłem na rozległą połoninę na wierzchołku. Nie wiem, czy widziałem w życiu tak rozległą połoninę. Poczułem się jak „w stepie szerokim”. Ruszyłem w stronę słupa, który oznaczał szczyt góry. Nieco w dole pasło się wielkie stado owiec. Usłyszałem szczek psów. Psy już nieraz dawały mi się tu we znaki, ale szczęśliwie udało się je omijać. Teraz nie było szans. Błyskawicznie oderwały się od stada i pędziły w moim kierunku.Pięć pasterskich owczarków opadło mnie ze wszystkich stron, wściekle ujadając.
-”Paszli won” – krzyczałem rozpaczliwie, opędzając się terkingowymi kijami i starając schować się za niewielką wyniosłość terenu. W końcu daly spokój, uszedłem cało.
Schowany z drugiej strony góry robiłem zdjęcia.
Nagle zobaczyłem, że zbliża się do mnie człowiek. Domyśliłem się, że jest pasterzem – podpierał się długim pasterskim kijem, na bose stopy miał założone gumowe buty. Całości dopełniały – dżinsowa koszula i czapeczka z daszkiem opatrzona logo Hondy. Nie pamiętam dziś dokładnie jego twarzy, chyba jednak była nieco zarośnięta.
-Słyszałem, że masz problem z psami – odezwał się bułgarski juhas.
-Błagodaria! – odpowiedziałem – miałem problem, ale już wszystko w porządku.
-Pokażę ci, jak postępować z psami. Kiedy cię zaatakują nie możesz wykonywać gwałtownych ruchów – unaoczniał te gwałtowne ruchy zamaszystymi ruchami swojego kija -Tak źle. Na psy jest jeden sposób. Pies nie ukąsi kucającego. Więc gdy zaatakują cię psy, musisz przysiąść – bułgarski góral przysiadł podpierając się z przodu kijem. Kucnąć, nie ruszać się i wołać owczarza. Psy wtedy ci nic nie zrobią.
-Dziękuję za radę
-Skąd przyjechałeś?
-Od Polsza sem.
-Słyszę, że znasz rosyjski?
Skinąłem głową.
-Ja też. Ale nie lubię Rosjan. Niektórzy Bułgarzy mówią, że Rosjanie „bracia”, ale to nieprawda. Rosjanie przywieźli tu komunizm a w górach nigdy nie było komunizmu.
-Ale od Turków was wyzwolili? Tu przecież w Bałkanie była ta bitwa pod Szibką. Tam właśnie idę.
-Wyzwolili i nie wyzwolili… Rozumiesz: dominat. Ale My wszyscy Słowianie. Rozumiesz bułgarski?
-Bołgarski razbiraja, gawariu na ruski…Jak znam polski i rosyjski, to z bułgarskim łatwiej. Trochę się już nauczyłem.
-W bułgarskim są takie słowa, jakich nie ma w żadnym innym słowiańskim języku. Na przykład „kucze” – to znaczy pies. To słowo z języka Hunów. Słyszałeś o Attyli?
Skinąłem głową.
-Dokąd idziesz?
Opowiedziałem o tym skąd wyruszyłem i dokąd zmierzam.
-I sam? – upewnił się.
-Sam. Myślałem, że kogoś spotkam, ale w górach „małko turistow”
-Samemu niedobrze. Nie wiadomo, co może się stać. Skręcisz nogę na prostej drodze. Albo żmija cię ukąsi…
-Są tu żmije?
-Pewnie, że tak. Zobacz! – wyciągnął kija wskazując miejsce jakieś półtora metra od ścieżki.
-Tu na przykład młoda żmija…
Na pierwszy rzut oka nic nie zauważyłem.
-To twoje stado?
-Tak.
-Duże?
-Trzysta sztuk.
-Można z tego żyć?
Nie zrozumiał w pierwszej chwili.
-Czy można się z tego utrzymać? Jak żyje się owczarzom w Bułgarii?
-A.. nie jestem ani bogaty, ani biedny… Mam kysztę, auto. Sprzedaję mleko i wełnę. Rozumiesz? Ani bogaty, ani biedny. W sam raz. Jak ci na imię?
-Artur.
-Krasimir.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
-Zimą mieszkam w swojej kyszcie. – ciągnął Krasimir -Od maja do października mieszkam w górach, w krytym wozie. Z psami.
-Psy chronią stado przed wilkami? Wołczi tu są?
-Są.
-A niedźwiedzie?
-Też.
-No. Tą drogą, wzdłuż słupów trafisz do chyży. Lek put!
-Lek put!
Krasimir zawrócił w stronę swojego stada a ja wędrowałem ścieżką w stronę schroniska Weżen.

Wydawało się, że nic złego mnie już tego dnia nie spotka. Jakim więc zaskokiem była dla mnie droga do schroniska! Schodziła niemal pionowo w dół, ubezpieczona była łańcuchami. Gdyby nie ciężki plecak nie sprawiłaby mi większej trudności, nie bałem się takich stromizn. Byłem przecież w Alpach, Pirenejach, na Orlej Perci…Ale teraz z ciężkim plecakiem i wyczerpany kilkudniowym marszem byłem prawie wobec niej bezradny. Posuwałem się bardzo powoli a zejśćie, które miało trwać pół godzinki zamieniło się w koszmar. Głód, zmęczenie, lęk przed spadnięciem skumulowały się w jednej chwili.
Boże, jeśli tak w następnych dniach będzie wyglądać droga, to się poddaję! – pomyślałem.
Kryzys przychodzi znienacka. Jeszcze przed chwilą rozmawiając z Krasimirem święcie wierzyłem w powodzenie swojej wyprawy. Teraz kompletnie w nią zwątpiłem. Od samego początku swojej wędrówki przez Starą Płaninę natrafiałem na nieprzewidziane trudności. Czy porwałem się na coś, co przekracza moje siły?
Trzeba powiedzieć stop. Umieć się wycofać. Nie jestem przecież szaleńcem…
Wreszcie doszedłem do ciemnej linii lasu. W lesie zmrok najpierw zapada blisko ziemi, w cieniu wielkich świerków, potem stopniowo zamazuje coraz wyższe kontury lasu. Już dawno minęła dwudziesta, kiedy zobaczyłem chyżę Weżen. Kolosalny budynek. Ale kompletnie pusty, jak się zorientowałem po braku świateł w oknach. Czy i ta chyża jest zamknięta?
Na szczęście w pustej jadalni przy jednym stoliku siedzieli właściciele i dwójka gości. Właściciele chyży przywitali mnie ciepło.
Wylądowała przede mną zupa, wielki talerz szopskiej, kiufteta…
Wystarczyło napełnić żołądek, żeby odzyskać stracone morale.
Gdy się najadłem, szefowa zaprowadziła mnie do pokoju. Spytała, czy mam latarkę.
-Mam, a czemu pani pyta?
-Bo w schronisku nie ma światła.
Po prostu super. Jeszcze jeden „suprize”. Zasnąłem natychmiast.

W Bunovie zrobiłem zakupy (czytaj zakupiłem większą ilość banic, biskuitów i wafli) i ruszyłem wzdłuż potoku w stronę gór. Minąłem efektowny wiadukt. Staruszka pasąca kozy pokazała mi drogę do Czawdar. Było lekko po południu, gdy doszedłem do skrytego w cieniu drzew budynku. Zapukałem do drzwi. Po chwili otwarły się i stanął w nich niewiele ode mnie starszy mężczyzna. Jego chłodne, ale przyjazne oczy szybko lustrowały moją postać.
-Dobry den, iskam za hrana! – zacząłem swoją gadkę.
-Sorry, no food, no hrana – wyraźnie skonfudował się gospodarz.
Moje pojawienie się widać było dla niego zaskoczeniem.
Boże, czyżbym był jedyną turystą w tych górach?
-A czeszma u was jest?
-Jest.
To już coś. Przynajmniej nabiorę wody. Ruszyłem w stronę źródełka.
-Poczekaj – odezwał się za mną chyżar po angielsku. Mogę ci dać pomidory, tomatoes….
I po chwili przyszedł do mnie z wielkim talerzem. Były tam pomidory, świeży ogórek, spory kawałek wędliny, serek bałkański typu feta. Chyba dosłownie wszystko, co miał w lodówce. Zrozumiałem, że ze względu na mały ruch nie prowadzi tu stołówki i sięgnął do swoich osobistych zapasów.
Usiedliśmy przy stole niedaleko źródełka.
Okazało się, że chyżar ma na imię Iwo. Okazało się, że znał rosyjski. Więc rozmowa szła wartko.
-Od Polsza sem. Gawariu na ruski, razbiraja bołgarski…
-Dokąd idziesz?
-Tak daleko, jak się da. Kom-Emine. Może do przełęczy Szipka?
-A gdzie będziesz spał?
-Myślę spać i jeść w chyżach, jeśli będą otwarte. A jak nie, to jest pałatka.
Opowiedziałem mu swoje perypetie z Trsteną, Leskovą i Murgasz.
-Nie możesz liczyć, że schroniska będą otwarte.- uśmiechnął się ironicznie Iwo -A jeśli będą otwarte, to nie możesz zakładać, że kupisz tam jedzenie. Jaką masz mapę?
Pokazałem mu swój komplet map z 1991 roku.
-Niedobre, są tu błędy. Przyniosę lepszą.
Wrócił z mapą Parku Narodowego Centralny Bałkan.
-Musisz uważać na siebie. Ludzie lekceważą Starą Planinę. Myślą niższe góry, to znaczy łatwiejsze. Myślą: byliśmy w Rile, w Pirinie, co to dla nas Bałkan? I mylą się. Tutaj szybkie zmiany pogody. Najtrudniejsze szlaki w Bułgarii, najniebezpieczniejsze. Idziesz przez Płaninę i cały czas widzisz „grob, grob”.
Iwo pochylił się nad mapą.
-Gdzie masz zamiar dzisiaj spać?
-Murgana. Jest otwarta?
-Jest. A potem gdzie?
-Svistiplaz? Oni rabotajut?
-Ne znaju. Jeden rok pracowali, potem zamknęli, potem znowu otworzyli…
-To w takim razie Planinski Izvori.
-Ne rabotajut. Tam pasterze, nie lubią turystów, bo tamci śmiecą. Nie wiem czy pozwolą ci przenocować w namiocie…Następne schronisko, które na pewno pracuje to Veżen. Tam możesz dotrzeć za trzy dni…
Nie wyglądało to dobrze, zapowiadało się, że czekają mnie bardzo trudne trzy dni marszu, w których mogę liczyć tylko na siebie.
-Co się dzieje z tymi chyżami?! puste albo pozamykane. To jakaś katastrofa…
-Zła polityka. Ludzie wynajmowali chyże na dziesięć lat i doprowadzali je do ruiny. Tam, gdzie gospodaruje turysticzeskij sojuz, tam jest dobrze. A tam, gdzie schroniska przejęły województwa – bankructwo.
-To nikt po tych górach nie chodzi?
-Chodzą. Owszem chodzą. Ale nie w sierpniu.
-To kiedy?
-Jesienią. Wiosną.W lipcu. Nawet w zimie. Ale teraz Bułgarzy są nad morzem (na morieta).
-A zagraniczni turyści?
-Są czasami. Niemcy. Polacy też. Częściej idą od morza na zachód…Duże grupy najczęściej. Po sześć – siedem osób. I nie chcą rozmawiać po rosyjsku.
Zapadła chwila milczenia.
Przyjrzałem się ukradkiem mojemu rozmówcy. Przypominał introwertyków, samotników, których spotykałem w górach nieraz – trochę niczeańskie typy, o czarnym poczuciu humoru.
-Jak ci się tu żyje przez cały rok? Ile lat jesteś chyżarem?
-Jestem tu od pięciu lat. Sam. Nie mam kobiety, dzieci. To jest moje życie. Robota zawsze się znajdzie. Zawsze jest coś do zrobienia.
-A wieczorami, zimą?
-Mam tu internet, telewizję. Książki. Nie nudzę się.
Zapadła chwila milczenia, zastanawiałem się nad następnym pytaniem, ale brakowało mi słów.
-Nie idź do tego Vezen – odezwał się nagle Iwo. – Zostań tu. Mam zdjęcia. Nikt nie sprawdzi, że nie byłeś. Posiedzimy tutaj kilka dni. Pogadamy, piwa możemy się napić. Zaraz będzie lało. Na co ci leźć przez te góry?
-Jednak muszę iść.
-Wiem, to był żart – zaśmiał się.
Żałowałem jednak, że nie mam czasu. Wiedziałem, że przez kilka dni czeka na mnie samotność. Tutaj, razem z Iwo, czas by upłynął inaczej. Mógłbym poznać jego historię, mam wrażenie, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić. To by było coś – zobaczyć Czawdar w grudniu pod zwałami śniegu, albo w październiku w ostatnim blasku złotej jesieni, zobaczyć Czawdar wiosną – zobaczyć Czawdar oczyma Iwo…
Wziąłem od niego adres mailowy. Kiedyś jeszcze muszę go odwiedzić – Iwo, samotnego chyżara z Czawdar.

Ruszyłem dalej. Nie poszedłem do chyży Murgana. Chcąc nadrobić drogi nocowałem dalej w namiocie. Burze omijały mnie szczęśliwie. Widziałem wielkie kamieniołomy Etropolskiej Płaniny, zdewastowany krajobraz po północnej stronie gór. Miejsce, gdzie się rozbiłem nie było szczególnie piękne, było wtedy już ciemno. O świcie zwinąłem się i ruszyłem w kierunku góry Svistiplaz.
Gdy jadłem śniadanie, opodal na boku szosy zatrzymał się stary, wysłużony wóz i wysiadło z niego trzech cyganów. Przyjechali zbierać „borowinku” (jagody). Całe zbocza gór były pokryte ogromnymi jagodowymi polami. Cyganie niczym mrówki poruszali się po tarasach jagodowych krzewów, byli tyci, malutcy, ledwie można było ich dojrzeć na tle potężnego masywu. Nawoływali się nawzajem głośno.
Przed wejściem na Vrch Svistiplaz zatrzymał mnie jeden z nich i poprosił o wodę.
Twarz miał zmęczoną życiem, alkoholem i tytoniem. Nie był jeszcze stary, ale już stracił połowę zębów. Te, które mu pozostały wyglądały jak czarne opieńki. Normalnie czarna śmierć w ustach. W tym strasznym upale wziął ze sobą tylko półlitrową buteleczkę jakiegoś słodkiego gazowanego napoju. Łagodnie mówiąc: idiotyzm. Nalałem mu wody do kubka z termosu. Wypił poprosił o jeszcze. Gdy chciałem schować termos, powstrzymał mnie ruchem ręki. Nadchodziła jego kobieta. W jego widać wieku, lecz mniej zniszczona. Jej też kazał nalać kubek. Wypiła.
Bułgarzy nie lubią Cyganów (zresztą kto w ogóle tak naprawdę ich lubi? kto im ufa?).Jeśli, jakiś region kraju słabiej sobie radzi gospodarczo, mówi się: „tam jest dużo Cyganów”. Cygan to w Bułgarii „cziorny”. „Cziorny wypowiedziany często z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Gdy byłem w Bułgarii głośna była sprawa powrotu do kraju kilkunastu Cyganów wydalonych przez Francję. Od tej informacji zaczynały się wszystkie informacyjne serwisy. „Cziornymi” nazywano chyba też, jak się zorientowałem, bułgarskich Turków. Przypomniałem sobie pomnik przy stacji, który minąłem dzień wcześniej. Postawiony w połowie lat osiemdziesiątych upamiętniał ofiary tureckiego terroru. Czemu akurat turecki terror powrócił na pomniki w latach osiemdziesiątych? Czy miało to związek z wyjazdem dziesiatek tysięcy bułgarskich Turków do Turcji?

Krótka wymiana zdań ze zbieraczami borowinki była ostatnią w tych dniach. Przez najbliższe dni miałem nie spotkać nikogo.

Nowaczewski-Noga w Koronowie

Istnieje rodzaj melancholii, którą Arabowie nazywają kutabuk,
od imienia zwierzęcia, skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody.;
ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia –
czytamy w Encyklopedii Diderota i A’Alemberta.
W żadnych innych tekstach melancholicznych nie spotkałem się
z tą arabską nazwą ani z takim zwierzęciem.
Natomiast motyw nieustannego włóczenia się, nieprzerwanego marszu
powraca w nich często.
(
Marek Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty.)

Nowy poemat Artura Nowaczewskiego łączy dwie pasje autora- wędrówki
piesze i poezję. To rodzaj medytacji w marszu – bohater Nowaczewskiego
wspomina wszystkie swoje wyprawy. Powstaje utwór, który łączy w sobie
spacery do niedalekich od Trójmiasta lasów oliwskich i marsze przez
bezdroża Europy. Podróż staje się wędrówką w głąb samego siebie.
Pierwsze spontaniczne wykonanie poematu miało miejsce w hotelu Joseph
Conrad w Piszu na Mazurach w kwietniu 2010 roku. To wówczas do
melorecytacji  Artura Nowaczewskiego po raz piewszy dołączyły niezwykłe
dźwięki sitara Jakuba Nogi. Kutabuk to poemat, w którym muzyka jest nie
tylko akompaniamentem do słów, ale nadaje im tempo i rytm. Raz to Jakub
Noga podąża za tekstem Nowaczewskiego, innym razem to poeta dostosowuje
się do sitara swojego kolegi.

Jakub Noga (ur. 1978 r.), muzyk, poeta, prozaik. Współzałożyciel projektu „Mockba3″, gdyńskiej grupy poetyckiej „AERONAUCI”,
łączącej awangardowe brzmienia z poezją. Współpracował z Przemkiem
Dyakowskim, Jackiem Stromskim, DJ Romero, DJ Nasteem (Bernard Grey),
gościł w „Chlupocie Mózgu”, współtworzył projekt „Funkorganick”. Z Michałem Gosem (perkusja) Radovanem Jacuniakiem (bas) oraz Przemkiem Dyakowskim (sax) tworzy zespół muzyki improwizowanej „Śladami Gagarina”. Gra na hinduskim instrumencie strunowym sitar. Mieszka w Gdyni.

Artur Nowaczewski (ur. 1978 r.), poeta, krytyk literacki, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Od kilku lat współpracuje z sopockim „Toposem”, stały współpracownik Magazynu Apokaliptycznego „44″. Wydał tomiki wierszy Commodore 64 (2005) i Elegia dla Iana Curtisa (2010), książkę historycznoliteracką Trzy miasta, trzy pokolenia (2006), pod koniec roku ukaże się jego nowa książka pt. Szlifibruki i flaneurzy. Autor podróżniczego bloga
http://nowaczewski.blog.pl
. Jego wiersze tłumaczono na język czeski i niemiecki. Mieszka w Gdyni.

 
 
 

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa….

Cokolwiek się stanie, muszę odzyskać plecak… Widząc że się zbliżam owczarek flegmatycznym krokiem udał się do budy. Miałem więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby pies okazał się agresywny, czekałyby mnie sądne godziny… Chwyciłem plecak i czym prędzej stamtąd spierdalałem. Tak, w sposób wulgarnie jednoznaczny spierdalałem. Uciekać – byłby to eufemizm. Znalazłem się znów przy cygańskich wozach, gotowy iść dalej – byle dalej od przeklętej chyży Murgasz. Wtedy usłyszałem rzężenie silnika. To gazik, wojskowy gazik z płanincami w środku wspinał się na przełęcz. Zatrzymał się na moment przy szczeniakach. Wysiadł z niego śniady Bułgar, wyjął telefon komórkowy i z kimś rozmawiał. Zapewne właściciel psów polecił mu po drodze przyjrzeć się pozostawionemu w górach dobytkowi. Drugi z pasażerów, siwy, siedział na przednim siedzeniu. Śniady wsiadł znów za kierownicę, trzasnął drzwiami, miał zamiar jechać…

Nie zastanawiałem się długo. Mimo ciężkiego plecaka i masakrycznego zmęczenia podbiegłem do gazika niemal rzucając się na maskę.
-Dobry ludi! Tri dni sam v planina. No food! Glodny i umiereny! Mozna z wami?
Śniady skinął głową.
-Siadaj!
Wrzuciłem plecak i wskoczyłem do wozu. Silnik gazika zarzęził, szarpnął i ruszył.
-Dokąd wy jedite?
-W selo – odpowiedział kierowca krótko.
Znaczy „do wsi” mało precyzyjne. Ale tam z pewnością jest jedzenie. Może ktoś mnie przenocuje. I już jawiła mi się wizja jak siedzę w jakimś bułgarskim domu i opowiadam o swoich przygodach a wszyscy po bułgarsku kręcą głowami. Nie, nie to znaczy tak, tak: co za lekkomyślny wariacki Polak, co za dziwo.
Droga była straszliwie dziurawa, w gaziku trząsło straszliwie, teraz wiedziałem dlaczego dach jest brezentowy. Raz po raz odrywałem się dupą od siedzenia i szybowałem dwadzieścia centymetrów w górę uderzając głową w dach. Śniady prowadził szaleńczo. Dobrze, że żołądek miałem pusty, inaczej zhaftowałbym się chyba na podłogę… Byłem szczęśliwy i przerażony.
Masakryczna jazda ruskim gazikiem przez bezdroża Starej Płaniny…
Miałem zacząć swoją gadkę z noszczuwką, przedstawić w dramatyczny sposób swoją sytuację i prosić swoich zbawców o radę, ale siwy uprzedził to wszystko. Gdy tylko dojechaliśmy do miejscowości powiedział, żebym śpieszył się, bo autobus do Sofii właśnie odjeżdża. Nie było już czasu wylewnie dziękować, chwyciłem plecak i pobiegłem. Kierowca patrzył na mnie jak na wariata, bo wyglądałem nieszczególnie. Zlepione włosy, trzydniowy pot, siedmiodniowy zarost, fatalny bułgarski, w którym to języku spytałem się, w jakiej właściwie wsi jesteśmy i ile kosztuje bilet do Sofia.

Buhovo. Miejscowość nazywało się Buhovo. I leżała niecałe 40 km od centrum…Autobus należał do sofijskich linii miejskich. Zapłaciłem za niego jeden lewa. Teraz zdałem sobie ze śmieszności sytuacji. Idąc cały tydzień grzbietem pasma zapomniałem, że znajduję się wciąż niedaleko od stolicy…Ze swoim rejtanowskim rzutem na maskę gazika i „no food” mógłbym przypominać jakiegoś Angola, który w Polsce zgubił się na przykład w Kampinosie…

Mniejsza o to. Następnego dnia dałem sobie luz. Łaziłem po Sofii, spotkałem się z Jordanem i opowiadałem o swoich przygodach, głodny kontaktu z ludźmi. Idąc na stację poznałem przypadkowo bułgarskiego maszynistę, z którym uciąłem sobie miłą pogawędkę po rosyjsko-bułgarsku. On poradził mi, że na powrót w Starą Płaninę dotrę putniczeskim vlakiem, który wlecze się u południowego podnóża gór. Dzień potem w południe stałem już na stacji Bunovo żądny nowych przygód. Nażarty i napity, znowu hardy i nieuleczalnie chory na góry ruszyłem w stronę chyży Czawdar.

Utwardzoną drogą wijącą się wzdłuż głębokiego wąwozu schodziłem w kierunku przełomu Iskyru. Najstarsza nazwa tych gór brzmi Hajmon – „dział wodny”, „granica”. Tylko Iskyr ją przekracza…Oglądałem więc ściany tego Hajmonu: wysokie na kilkaset metrów skały, które przypominały mi dziecinne wyobrażenia na temat Gór Skalistych i wielkiego kanionu Kolorado. Skwar bił z niebieściutkiego nieba, odbijał się od piaskowców i wapieni. Wreszcie po czternastu kilometrach marszu zobaczyłem Lakatnik. Miasteczko wciśnięte w kanion, ulice wiły się u podnoża wzgórz. Miało się wrażenie, że wyrasta wprost ze skał. Nad rzeką przechodził wiszący most, skad schodki prowadziły na Gara Lakatnik (Lakatnik dworzec). Jechałem tędy zmierzając do Berkovicy. Na moich oczach zatrzymał się tu putniczeskij vlak i wysypali się z niego ludzie. Starsze babiny krok po kroku pokonywały schody nad rzekę. Upał był niemiłosierny i obciążony trzydziestokilometrowym plecakiem oddychałem ciężko.  Oczywiście w labiryncie uliczek przyjazne czerwone znaki zaraz się zagubiły. W jednym miejscu szlak przechodził przez czyjeś podwórko, gdzie widniał napis „złe kucze”. Kucze -znaczyło jak się domyśliłem „psy”. Łukiem wyminąłem psie podwórze, przeciąłem łączkę, gdzie pasł się jakiś refleksyjny kłapouch i zmierzałem w kierunku wieczoru. Wiedziałem, że nie będę nocował w chyży Trstena, gdzie jak mówił Atanas, wszystkie miejsca zajęli sezonowi robotnicy z pobliskich ferm.

 Dwie, może trzy „banice”, dwie butelki wody, pięć wafli, pół paczki herbatników. Oto cała żywność, którą wziąłem ze sobą. Jeść miałem przecież w schroniskach. Gdy przechodziłem przez plantację czegoś tam, pozdrawiali mnie pracujący na niej cyganie. Kawałek za schroniskiem Trstena budował się jakiś monstrualnie wielki kompleks o nieznanym mi przeznaczeniu za pieniądze Unii. Ludność Bułgarii zmniejszyła się o prawie dwa miliony w ostatnich dwudziestu latach. Dlatego stara infrastruktura z czasów Żiwkowa ledwo zipie a kraj zdaje się wyludniać. Zaludniają go w miesiace letnie, turyści…A oni potrzebują nowych wygód…Mknąłem dalej w las, na wyschnięte polany, gdzie rozrzucone kamienie budziły ponure myśli o jakichś paranormalnych zjawiskach. Wreszcie rozbiłem namiot na skraju pastwiska. Sen przyszedł szybko. Rano moim oczom ukazał się widok dzikich zalesionych zboczy. Wąską ścieżynką schodziłem między wysokie paprocie i krzaczory. Przez cały wieczór i teraz nie opuszczała mnie myśl o wodzie, o źródełku, w którym miałem uzupełnić zapasy picia. Wreszcie znalazłem jakiś ciek, który pomalutku wypełnił całe trzy litry. Pokrzepiony tym sukcesem zmierzałem hardo naprzód. Baniczki zjadłem wieczorem, bojąc się, że zepsują się w drodze. Pozostała paczka „biskuitów”, z której wydzielałem sobie skromne porcje i czekoladowe wafle Borovec. Droga szła tym zalesionym zboczem, trawersowała pasmo po północnej stronie, raz po raz otwierały się cudowne widoki na północ, przystawałem w prześwitach i zachwycałem się mechatymi sylwetami gór. Potem wyszedłem znów na trawiasty grzbiet, dziarsko naprzód, wciąż naprzód. Kilkakrotnie mijały mnie samochody drwali, którzy pytali mnie gdzie idę. Odpowiadałem niezmiennie, że do chyży. Wszystkie samochody jechały w przeciwnym kierunku, więc nie zabierałem się na stopa. Po południu dotarłem do baśniowo starego lasu bukowego. Dwustuletnie buki wyciągały ku mnie swe sękate konary, pomarszczone pnie kryły w sobie niezliczoną ilość dziupli. Tak być może wyobrażałbym sobie Fangorn z Władcy Pierścieni. Swoją drogą ciekawe – myślałem – że porównuję tę starą ziemię to Śródziemia, które przecież nigdy nie istniało poza umysłem pewnego starego profesora Oksfordu. Myśli o entach i elfach potęgowały stada koni, które wypasały się w tym bukowym gaju. Konie najróżniejszej maści, także białe… Stary kamienny krzyż, który tu znalazłem mógł stać tu nie wiadomo jak długo. Mógł pamiętać równie dobrze wiek dziewiętnasty, jak i głębokie średniowiecze. Znów brak szczegółowego przewodnika okazywał się pożywny dla mojej wyobraźni. Krzyż był opisany na bułgarskiej mapie jako Krzyż św. Ducha. Ale to było wszystko, na mapie nie pisało kto go postawił ani kiedy ani po co… Do chyży Leskova, gdzie miałem zamiar się zatrzymać i zjeść, było już niedaleko. Dotarłem tam przed godziną szesnastą, schodząc z głównego grzbietu.

„dobre doszli w chyże Leskova” przywitał mnie radosny napis nad jadalnią skrytą pod drewnianym daszkiem. Nacisnąłem klamkę do kuchni. Zamknięte. Obszedłem budynek dookoła. Zamknięty na cztery spusty. W środku widziałem kilka pustych łóżek. Chyża wyglądała na opuszczoną. Tylko woda ze źródełka lała się i mąciła panującą tu ciszę. W plenerowej jadalni znalazłem butelki po alkoholu. Należały najpewniej do drwali, którzy pracowali w okolicy. Na słupie wisiała wizytówka z numerem telefonu chyżara. Zdałem sobie sprawę, że facet tu nie mieszka i udostępnia nocleg tylko wcześniej zaanonsowanym grupom. Zresztą nie wiadomo jak dawno zawiesił tu tę kartkę. Może w zeszłym tygodniu a może w zeszłym roku? Wyobrażałem sobie, że tutejsi drwale mogą być osobnikami przypominającymi bohaterów Hłaski – Dziewiątkę, Apostoła albo Warszawiaka. Witamy w bazie ludzi umarłych … Cóż. Sprawa zaczynała mnie bawić. Bezpańskie schronisko – coś egzotycznego dla Polaka przyzwyczajonego, że te kilka górzystych procent naszego kraju jest zadeptywanych przez żądnych przygód rodaków. Bułgaria, prawie trzy razy mniejsza od Polski gór miała pod dostatkiem i nikt się nie ekscytował pustką w paśmie, gdzie obecnie się znajdowałem. Nikt nie wędrował z plecakiem ani z zachodu na wschód, ani z wschodu na zachód. Byłem tu sam, kompletnie sam. Trzeba więc iść do Murgasz. Tam, w Murgasz na pewno coś zjem i się prześpię. Miałem spis schronisk wydrukowany z internetu. Wszystkie bułgarskie opisy wyglądały podobnie – zawierały liczbę miejsc noclegowych, informacje o ewentualnej stołówce, kuchni turystycznej. Chyża Murgasz wydawała się pewnym punktem w miejscowej topografii. Była wszak dużo większa od kameralnej Leskovej. Marsz do Murgasz oznaczał jednak kolejny dzień głodowania i około ośmiu- dziesięciu godzin wędrówki. Ruszyłem niezwłocznie. Trzeba jak najwięcej przejść do wieczora, teraz kiedy jestem rozgrzany a słońce już nie jest tak dokuczliwe. Około dwudziestej minąłem dużą polanę, na skraju której znajdowały się myśliwskie ambony i wspiąłem się na kopulasty wierzchołek. Widok stąd roztaczał się przepyszny. Rozbiłem swój namiocik, zjadłem uroczyście wafla
Po dwóch dniach głodowania umysł był czysty i gotowy w spokoju kontemplować otoczenie. Pogrążyłem się w pyszałkowatych  przemyśleniach na temat ascezy, niby-mnich na niby-pielgrzymce. Patrzyłem na zachód słońca, nagrałem buńczuczny filmik – z sobą w roli Maxa Kolonko przemierzającego bułgarską głuszę. Poinformowałem swoich wyimaginowanych widzów o ilości biskuitów i wafli oraz czterech litrach wody, które w Leskovej udało mi się uzupełnić. Byłem wniebowzięty, klimat jak z into the wild:”żadnego telefonu, żądnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnego alkoholu. Totalna wolność. Estremista, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł od cholernego mieszczańskiego Gdańska, od zrekonstruowanych kamieniczek i niemieckich turystów. Teraz tu w dzikich górach Bułgarii przeprowadzi duchową rewolucję… Wchodzi głębiej w dzicz. Będziemy obserwować postępy ciemności”…
Przestawiłem się tryb zero-jedynkowy: jeść,pić,jeść,pić. Zero było zamiast jeść. O waflach i wodzie szedłem naprzód. Pielgrzymowałem do Murgasz i myślałem o szopskiej sałacie, która tam na mnie czeka. O kubku ciepłej herbaty. Zasnąłem.

Namiocik stał kilka metrów od ściany lasu. Obudził mnie hałas w pobliskich krzakach. Coś ciężkiego i dużego wylazło z gąszczu i sapało. Dzik, niedźwiedź a może jeden z koni pasących się na połoninie? Może Buka? Noc kryła w sobie jakiegoś nizdentyfikowanego. Ścierpłem, bałem się ruszyć palcem u nogi.Serce mi waliło. Komórka pokazywała drugą. COŚ powoli odeszło, oddychając ciężko. Zasnąłem dopiero godzinę potem.

Następny dzień nie miał w sobie nic z duchowych uniesień poprzedniego wieczoru. Kurewsko wyczerpujący dzień przez najbrzydszą część gór. Szedłem wciąż przez wysuszony las, spustoszone wyręby. Przeczołgiwałem się przez powalone w poprzek drogi pnie. Brnałem przez zwały rozrzuconych gałęzi, szukałem wyciętych w pień znaków szlaków. Oddech tego zmęczonego bukowego lasu w czterdziestopniowym upale wysysał ze mnie energię. Głód opuścił żołądek i wchodził do głowy, dostawałem zawrotów przy szybszym kroku, przed oczyma latały mi czarne plamy. Droga wydłużała się w nieskończoność. W końcu objawił się napis: „chyża Murgasz”. Odżyłem. Za zakrętem zobaczyłem sylwetkę schroniska. Ruszyłem szybko w jego kierunku, ale każdy krok odbierał mi nadzieję.Dotarłem do jeszcze jednego schroniska widmo! Murgasz szydził ze mnie powybijanymi oknami, porzuconą betoniarką, Murgasz był wymarły, nikt tu nie mieszkał. Nawet psia buda była pusta. Hej, jest tu kto? – wrzasnąłem po polsku. Rzecz jasna mój głos odbił się tylko od oczodołów okien.

„Dobrze doszli do piekła”… Możecie zadzwonić do władcy much… Sytuacja stawała się poważna. Szykował się trzeci dzień głodu. Zobaczyłem cygańskie wozy, które stały na połoninie. Może tam ktoś mieszka? Może sprzeda mi trochę jedzenia? Postawiłem plecak na ziemi i ruszyłem w stronę wozów. Były puste, tylko kilka szczeniaczków hasało po trawie. A więc jednak ktoś tu zagląda…Ktoś musi karmić te psy… Może pojawi się przed zmrokiem? Trzeba zabrać plecak… Wróciłem w stronę schroniska-widma i serce skoczyło mi do gardła…

Psia buda nie była opuszczona. Mieszkał w niej wielki owczarek, wielkości Kaukaza… Gdy krzyczałem, buda stała pusta, bo snuł się gdzieś po okolicy. Teraz wrócił i kręcił się koło mojego plecaka. Głodny, odcięty od swoich zapasów wody, od namiotu, od trekkingowych kijków, które mogły służyć do obrony, pozbawiony wszystkiego, co posiadałem w tym kraju, sam wobec wielkego owczarka, z perspektywą spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości 1600 metrów… nie miałem kompletnie pomysłu co robić.

PO PROSTU BEZNADZIEJA. CZARNA ROZPACZ.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa.

Na blogu Biala Fabryka można znaleźć recenzję ‚Elegii dla Iana Curtisa’ autorstwa Krzysztofa Kleszcza (‚Nieruchome splawiki nad glebokościami”). Polecam.

O szóstej nie wstaliśmy. Ale wyszliśmy na szlak o dziewiątej. Ja, Kostatin i mała Weronika. Przed nami biegł Nord. Samoyed znikał raz po raz w głębokich zaroślach. Ścieżka prowadziła ostro pod górę. Szlak kluczył i kluczył aż zniknął.
-Ne ma markerovka – zmartwił się Kostatin.
-Nicievo, Nord znaet! – zażartowałem.
-Da, Nord znaet – zaśmiał się i ruszyliśmy za psem.
Przedzieraliśmy się przez zwalone pnie, raz po raz drogę przecinały nam gałęzie kosodrzewiny.
Wreszcie, po jakiejś godzinie marszu wydostaliśmy się na grań, ale dla małej Weroniki to już było za dużo. Kostatin musiał zawrócić, tym razem idąc już szlakiem, który okazało się wiódł wyraźną ścieżką. Ja ruszyłem na wschód w kierunku serbskiej granicy. Wysoki na 2016 metrów Vrch Kom okazał się kopulastym trawiastym wierzchołkiem. Wokół rozciągały się płowe połoniny. Na szczycie znalazłem fragment wiersza Iwana Wazowa poświęcony Kom. Byłem więc w miejscu, gdzie faktycznie zaczynał się bułgarski odcinek szlaku Kom-Emine. Za okolicznymi szczytami musiała już być Serbia. Niestety nie byłem przy samej granicy, więc nie wiem jak dziś wygląda jedna z ostatnich granic Europy…
Wróciłem do Kom. Iwan już na wejściu zaprosił mnie do stolika, przy którym rozmawiali z Asenem. Stanął przed mną kubek „domaszniej” rakiji. Rozmowa przeskakiwała z tematu na temat. Rozmawiali dużo o Rosji i Tadżykistanie, gdzie Asen spędził sporo czasu.Kostatin powiedział, że tej nocy będę spał w pokoju z jego dziadkiem. Dziadek Kostatina, chyba już dawno przekroczył osiemdziesiątkę. Chodzenie przychodziło mu z trudem i poruszał się o lasce. Ale wiek nie zabił w nim namiętności do tytoniu. Całkiem zdrowo popijał też rakijkę ze szklanki przyglądając się nam roześmianymi oczami. Znał język rosyjski, pracował nigdyś w kopalni, ale czy – była to praca przymusowa – nie zdołałem się dowiedzieć
Asen wypytywał mnie jak po polsku jest rakija.
Na początku trudno było mi wytłumaczyć, że rakija nie ma odpowiednika w polskim języku. Dla Bułgarów i innych mieszkańców Bałkanów – rakija to smak domu, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisów, splątanych z tą ziemią korzeni. W Polsce rakija to smak południa, właśnie Bałkanów… Na pewno nie można zestawiać rakiji ze smakiem bimbru czy zajeżdżającego spirtem samogonu. Gdy piszę te słowa słucham pieśni Cherno Feredje…
Rakijczice, svetaya muczenice!
Allllelluja…
Tak leniwie nam upływały godziny. Pomyślałem, że jutro z rana muszę wyruszyć w drogę i zrobiło mi się żal, gdyż czułem się tutaj pośród gościnnych gospodarzy znakomicie. Czekały mnie jednak nowe miejsca i także nowe – spotkania.

Pożegnany serdecznie przez całą rodzinę ruszyłem w stronę przełęczy Petrohan. Droga wiodła przez bukowe lasy, niebo z początku było pochmurne, więc góry robiły dziś blade, wyprane z kolorów wrażenie. Szybko pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie od Petrohan, samą przełęcz i chyżę. Postanowiłem nocować w Pribojnicy. Chyża Pribojnica leżała w głębokiej dolinie, nad potokiem. Budynek był dość sporych rozmiarów, ale w środku zastałem jedynie rodzinę chyżara i dwójkę turystów, którą spotkałem dwa dni wcześniej w starym Kom.
-Nice to see you – uśmiechnęła się kobieta – i podzielili się ze mną swoim posiłkiem, którym było jakieś ekologiczne, ale pożywne danie.
-Iskasz rakija? – spytał chyżar.
Odpowiedziałem, że „iskam”, ale „małko”.
Nalał mi pełną szlaneczkę.
-To jest małko?! – zaśmiałem się.
-Sto gram – odpowiedział.
Chyżar nazywał się Atanas i podobnie, jak Iwan z Kom, dopiero od roku prowadził chyżę. Jego rodzina pochodziła z Płowdiw. Wszyscy spędzali tutaj teraz wakacje -żona Atanasa, dorastająca córka i syn uczący się w płowdiwskim liceum. Opowiadałem łamaną bułgarszczyzną o swoich bułgarskich podróżach. Oczywiście musiałem tłumaczyć, dlaczego sam wybrałem się w tak długą wyprawę.
Mówiłem zatem, że nie jestem sam, bo cały czas jestem wśród przychylnych i gościnnych ludzi – i że Bułgaria urzekła mnie właśnie taką otwartością. Zresztą, nieraz towarzystwo przeszkadza w podróżowaniu, czlowiek jest mniej otwarty na nowe kontakty. Na przykład plecakowi polscy turyści przemierzający Riłę i Pirin wzdłuż szlaków opisanych szczegółowo w przewodniku Bezdroży. Przyjeżdżają góry konsumować a prawie nie poznają kraju, kultury.
Pewnie masz rację – potwierdził Atanas -Wielu takich turystów tędy przechodzi. Byli tu też Polacy, ale nie byli tak rozmowni jak ty. Przejść szlak – to tylko ich interesowało.
Jakieś pół godziny – rozmawiałem z Georgim i Aleksandra dostarczyli mi nazw bułgarskich zespołów rockowych, których później, już po powrocie do kraju szukałem na youtube. W telewizji leciała ekranizacja znanej gry komputerowej Doom. Nie była zbyt skomplikowana. Wiadomo – duża ilość krwi i mózgów na ścianach. Znów się poczułem tak, jakbym daleko nie wyjeżdżał. Czy to nie dziwne – prawie nie znam ich języka – siedzę dwa tysiące kilometrów od domu i rozmawiałem z bułgarskimi licealistami o grze Wolfenstein 3D… Opuszczałem Pribojnicę z uśmiechem, przekonany, że tak będzie już do końca – chyże, dobre jedzenie, damasznia rakija… i że w ten sposób, to mogę podróżować choćby miesiąc. Jakżesz się myliłem…


  • RSS