nowaczewski blog

Twój nowy blog

Topos 2-3/2010 r. przynosi m.in. kolejny odcinek Lekturnika Przemysława Dakowicza, tym razem poświęcony mojemu ostatniemu zbiorowi wierszy.

Pełny spis treści można znaleźć na stronie Toposu.
Fragmenty szkicu o Elegii na blogu Przemysława Dakowicza.

Po kilku godzinach doszedłem do sporej polany. Okazało się, że wszystkie samochody jechały w to samo miejsce. Wyrosło tu małe miasteczko namiotów. Byli Harleyowcy, byli brodaci wyznawcy Che Guevary. Tu i tam grała muzyka. Ludzie z wielkimi plastikowymi butlami szli do czeszmy nabierać wodę. Na krańcu polany zamajaczyła sylwetka chyży Nowy Kom. Widziałem w necie, że chyża Stary Kom jest dużo mniejsza i spodziewałem się zastać tam atmosferę bardziej kameralną niż tutaj. Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Po około pół godzinie leśną drogą dotarłem do skrytej w cieniu drzew chyży. Niewielka „stołowa” sprawiała wrażenie przytulności. Zwłaszcza pięknie musiało tu być w długie zimowe wieczory, gdy trzaskające iskry kominka pulsowały ciepłem roztapiającym się w migotliwym półmroku. Czuć tu wtedy musiało intensywny zapach drewna. Za kontuarem pojawił się Chyżar. Miał w sobie coś z dobrotliwego niedźwiedzia, oczy znad zarośniętej twarzy uśmiechały się do mnie przyjaźnie. Okazało się, że są dziś wolne miejsca.

Wieczorem usiadłem w rogu stołowej z przewodnikiem i mapami, planowałem marszrutę na kolejny dzień. Widząc, że jestem sam Chyżar zaprosił mnie do swojego stolika. Siedziało przy nim jeszcze młode małżeństwo  oraz dwójka turystów w średnim wieku. Wylądowała przede mną szklaneczka Jimiego Beana i mleko na zapojkę. Dostałem też talerz gęstej gulaszowej czorby i sałatkę na zagrychę. Sympatyczny młody człowiek o żywej fizjonomii przedstawił się jako Kostatin. Okazało się, że dzisiaj jest jego siódma rocznica ślubu, czyli „godiszte”. Obficie polewał brandy. Zwróciły teraz moją uwagę psy, które spały przy kominku. Śnieżnobiały samoyed wabił się Nord. W puchu jego sierści spała mała spanielka Lora. To na cześć drugiej żony pisarza Pejo Jaworowa – powiedział Kostatin. Rzecz jasna nic mi nie powiedziało nazwisko poety, który okazał się być czołowym bułgarskim symbolistą. Dzisiaj – odtwarzam przeszukując dzieje dzieje tragicznej miłości Peyo i Lory. Jest to historia jak z Ibsena. Oboje byli osobami nietuzinkowymi z kręgu bułgarskiej moderny. Peyo – był zarazem rewolucjonistą, jak i usilnie zgłębiającym współczesną poezję francuską czołowym poetą swojego czasu. Piękna Lora, córka poety Lubena Karawełowa, jednego z ważniejszych bułgarskich twórców XIX wieku doprowadziła swojego męża do zguby. Emocjonalna i nadwrażliwa, była chorobliwie zazdrosna o Pejo. Podejrzewając go o romans popełniła samobójstwo. On wkrótce potem – również nieskutecznie próbował się zabić. Przeżył, ale nie był to koniec dramatu. Policja wszczeła postępowanie rozważając dwie możliwości – jako drugą obok samobójstwa przyczynę śmierci Lory podejrzewano zabójstwo z ręki męża. Rok później Pejo po raz kolejny strzelił do siebie – tym razem już skutecznie.Tego wieczoru była to tylko wzmianka i nazwisko, które zapisałem sobie na kartce. Dzisiaj ta historia nakłada się na raz już zapamiętane spotkanie w Stary Kom…

Dzisiaj ci serdeczni ludzie przypominają mi – dobrych i szczerych bohaterów powieści bułgarskiego klasyka Iwana Wazowa, po którego książki sięgnąłem już teraz – po powrocie. Oto Bułgarzy tacy, jakimi chcieliby siebie widzieć. Niemniej była to serdeczność wykraczająca poza narodowe ramy, moi nowi prijateli nie byli bynajmniej ludźmi o nacjonalistycznych poglądach. Jako ludzie pogranicza mieli splątane korzenie, co powiedział Kostatin wprost mówiąc, że mieszka w Berkowicy a jest „pół Bułgarem, ćwierć Serbem i ćwierć Macedończykiem”, bo jedna jego babcia była Serbką a druga Macedonką. Mówiłem im też o polskich historycznych zawiłościach. O Wileńszczyźnie, kresach wschodnich, o poniemieckim mieście, gdzie się urodziłem. Były to dla nich rzeczy nowe, podobnie jak dla mnie obco brzmiące nazwiska ich najwybitniejszych pisarzy. Pytali też o Lecha Kaczyńskiego i Smoleńsk. Mówiłem więc o tym jak różnie w Polsce mówi się o tej katastrofie. Jak spiskowe teorie ścierają się ze skrajnie niechętnymi opiniami wobec zmarłego prezydenta. W rozmowie stało się dla mnie oczywiste – że Lech Kaczyński stał się – obok Jana Pawła II i Lecha Wałęsy, trzecim najbardziej rozpoznawanym tu Polakiem i że katastrofa smoleńska jest wydarzeniem, które już raz na zawsze zapadnie im w pamięci, podobnie jak Katyń. Z wielkim zainteresowaniem sluchali więc, że moja chrzestna była w latach Solidarności jego sekretarką. Media mediami, może istnieć satelitarna telewizja i internet, ale nic nie zastąpi bezpośredniej rozmowy. Ale jak to bywa – nie tylko na sieriozne tematy – rozmawialiśmy. Najbardziej zdziwiona była Petra, że Kostatin prowadzi ze mną tak ożywioną konwersację. Nie znał przecież rosyjskiego a ja tylko trochę bułgarskich słów. Śmiejąc się wyjaśniliśmy, że rozmawiamy w języku „obszczesłowiańskim”. Po obszczesłowiańsku spytałem więc Kostatina, jakie piwo uważa za najlepsze.
-Zagorka! – odpowiedział krótko i dolał mi jeszcze Jimiego Beana. -Chociaż ja wolę zagraniczne browary i wymienił nazwę jakiegoś belgijskiego piwa, którą zapisałem tuż obok nazwiska Pejo Jaworowa. Kartka zaczęła się zmieniać w jakąś dziwną sarmacką książeczkę Pana Podbipięty, gdzie „straszne materii pomieszanie”.
Właściwie nazwę tego belgijskiego piwa mogę podać. Zwie się ono Stela Artoa.
Potem Kostadin własnoręcznie zapisał imię jugosłowiańskiej gwiazdy pop – Lepy Brena, której imię padło w tej rozmowie nie wiem już czemu.
Zrobiła się druga w nocy.
-Artur, jutro o szóstej wyjdziemy na Vrch Kom! – powiedział Kostadin.
Rozbawiło to Chyżara:
-Co ty opowiadasz, nie wstaniesz!
-Ne! – odrzekł na to Kostadin i zdaje mi się, że podniósł do góry palec.
I powiedział bardzo powoli.
-Artur,
utro
v sest casov,
Vrch Kom!

Zaczyna się to na przykład tu: w pociągu Sofia-Widyń. Od Svoge po obu stronach torów wyrastają pionowe skały. Plenery iście westernowe – dnem kanionu płynie Iskyr.Jedyna rzeka, która przebija się przez potężny masyw Starej Płaniny. Za kilka dni będę musiał przeciąć ten kanion. Zejść ze stromizny na samo dno doliny, by później wspiąć się na przeciwległe pasmo. Na razie jednak tylko podziwiam potężne ściany z okien pociągu. Na jednej z małych stacji przesiądę się na „putniczeski vlak” do Berkovicy. Wsiądę do pamietającego wczesne lata sześćdziesiąte wagonu o oknach tak brudnych, że niemal przesłaniających z wolna przesuwający się za nimi pejzaż. Putniczeskie vlaki Bułgarii, zatrzymające się we wszystkich gradach i selach a nawet w szczerym polu, wlokące się niemiłosiernie z prędkością roweru… Podróż autobusem do Berkovicy trwa niewiele ponad godzinę. Pociągiem – cztery… Z dworca ruszam przez miasteczko, ruchliwe w słońcu południa bazary z warzywami. Zatrzymuję się tylko, żeby zakupić prowiant i ruszam dalej. Trafić jak najszybciej na szlak Kom-Emine. Wejść na Wrch Kom i ruszyć na wschód w stronę morza…

Mapa, którą posiadam to setka sprzed dwudziestu lat. Innej nie dostaniesz – powiedział sprzedawca na Grafa. Siedem arkuszy obejmuje Starą Płaninę od granicy serbskiej aż do morza. Długodystansowy szlak prowadzi dokładnie grzbietem pasma. Liczy 650 kilometrów. Jak daleko uda mi się dojść w tym roku? Na rogatkach miasta myślę o tym, że przeraża mnie ten dystans dwóch-trzech tygodni, który mam do przejścia. Z nieba leje się żar, w cieniu jest trzydzieści parę stopni. Wczoraj, w hostelu przy Cara Symeona widziałem miejscowe wiadomości. Temperatura wody w Morzu Czarnym przekroczyła trzydzieści stopni. Woda jest jak zupa, nie chroni przed upałem. A ja właśnie wchodzę w ten upał i dźwigam prawie trzydzieści kilo bagażu i po kwadransie jestem już dokumentalnie mokry. Do tego jestem sam. Żadnego towarzysza, przed którym wstydziłbym się chwili słabości. Żadnej dyskretnej nuty rywalizacji, która pognałaby nas naprzód. Od dzisiaj tylko ja. Rano ja. W południe ja. Wieczorem znów ja. Dobrzy ludzie pokazują jak dojść do asfaltu. Ruszam w stronę schroniska Chyży Kom. Dwadzieścia kilometrów wijącej się po stromych zboczach szosy. Jedno z tych niemiłosiernie długich nużących podejść, podczas których myślisz tylko o tym, kiedy się skończą. Najlepiej zająć wtedy mózg czymś innym. Najlepiej jakimś długim wyliczeniem. Przypominam sobie, gdzie rok po roku byłem na wakacjach podczas mojego trzydziestoletniego życia, ważniejsze wspomnienia z tych wyjazdów; na przykład sierpień 1981 – wczasy na wsi w Szymonowie i gryzącą słomę. Wielkie koło traktora. I potem pęd obrazów, z roku na rok, od jeziora do jeziora, od gór, do gór… Gdy dochodzę do dnia dzisiejszego zaczynam nowe wyliczanie – wszytkich szczytów, na których byłem. A gdy i one się skończą, sięgam po coś niezawodnego – poczet królów i książąt polskich. Samo wyliczenie synów Bolesława Krzywoustego i przydzielonych im dzielnic zajmuje dobre kilkadziesiąt metrów. Tak upływa godzina. Po niej druga i trzecia. Potem wychodzę na łąkę i miasto jest już daleko w dole. Siadam na jakimś pniaku, ale inwazja nadzwyczaj wkurwiających much zmusza mnie do powstania. Wymija mnie dość sporo samochodów. Można próbować w zasadzie jazdy na stopa. Ale stop zmusza do bezruchu. Całkowitego zdania się na łaskę lub niełaskę. Zawsze wolałem jednostajny powolny, ale jednak ruch w określonym kierunku. Tempo piechura jest stałe. Pozwala pochłaniać wszystko dookoła, inaczej już niż chociażby jazda rowerem. Autostop – to inne skupienie pamięci. Miejsca jak wyspy, z których zabierają nas krążowniki szos. Bezruch-wydarzenie-bezruch-człowiek-bezruch-niebieska łada Niva-bezruch-miasto. Można powiedzieć, że autostop wyzwala nas z pogoni za czasem. Możemy czekać na okazję dziesięć minut, godzinę a może pół dnia. A piechur? Widzicie ile już napisałem, chociaż prawie nic nie opisałem.  Marsz to niesienie czasu na własnych plecach. Chciałoby się uciec stąd, z tego upału. Z tego ruchomego środka czasu, który przechodzi przez nasze serce. Ale nie możemy robić nic ponad to – iść. Iść.

W powieściach załatwia się to jednym zdaniem. Na przykład „po dwóch tygodniach marszu drużyna pierścienia dotarła do Morii”. Znaczy zakłada się w tych dwóch tygodniach nie zdarzyło się nic godnego uwagi. Pozostał czas nieopisany. Tak i ja mogę napisać – po dwóch tygodniach dotarłem do przełęczy Szipka. Ale w chwili, gdy idę szlakiem Kom-Emine, nie ma Szipki ani wszystkich innych miejsc przede mną. Jest tylko marsz. Jest tylko teraz. Są  tylko planiny. Dzień za dniem. Kolejne małe cele. Jeśli mam opisać Starą Płaninę muszę ją przejść. Muszę opisać nie góry same, ale jak zmierzam w ich kierunku. Droga jest ważniejsza od celu. Kto oczekuje tutaj czegoś krótkiego, syntetycznego o Starej Płaninie niech zaraz zamknie tę stronę. Przez następne strony będę tylko szedł i szedł. Zdarzą się po drodze ludzie i miejsca. Opisy przyrody. Będę oddychał Starą Płaniną. Będę się tu budził i śnił.

Bohatyrowicze
Kiedy odrzeć Bohatyrowicze z opowieści, co zostanie? Kilka domów, w których ktoś chyba mieszka, chyba, bo nie widać ruchu w obejściu. Smętna sylwetka starego samochodu. Cisza i bezruch. Podchodzimy do żółtego domku, jakich wiele w tych stronach. Wypada spomiędzy szczebli płotu mały piesek, „pilny w spełnianiu obowiązku”, ale zaraz zaczyna się łasić. Z małej szklarni wychodzi Starsza Pani. Pytamy się jak dojść do grobu Jana i Cecylii – gdyż podażamy szlakiem polonistycznego pielgrzyma, by wzruszać się tym, co było, poznać to, co znane, ale z książek. Jesteśmy przecież „nad Niemnem”, w tym samym miejscu, gdzie bohaterowie Orzeszkowej. Potem w Grodnie ktoś nam mówi, że rozmawialiśmy z panią Teresą Bohatyrowicz. Ale czy na pewno? Wówczas jakoś umyka nam w wiadomość, że babcia Starszej Pani widywała Orzeszkową. Myślę raczej o jej czystej polszczyźnie. Żadnego akcentu, jak z samego serca Polski, ale z jakiejś lepszej Polski. Dumnej, pewnej siebie, niepodważalnej. Jednocześnie Starsza Pani jest samą łagodnością. Przepuszcza nas przez podwórko. Schodzimy nad rzekę. Nie tak przecież wyglądał brzeg; i to jeszcze rok temu. Wycięto gąszcz i idziemy jak przez pobojowisko, przez wykroty i jednoroczne chwasty towarzyszą nam przez kilkaset metrów. Od rzeki w pewnym momencie odchodzi ścieżka, wspinamy się się na skarpę i oto jest. Grób Jana i Cecylii. Odległy o jakieś pół kilometra od wsi, doglądany przez miejscowych. W tej chwili w Bohatyrowiczach mieszka pięć starszych kobiet i jeden mężczyzna. Młodzi wyjechali i nigdy tu nie wrócą. Sześć starszych osób na całą wieś, które nawet na codzień pewnie nie rozmawiają, bo każdy krok w te upały kosztuje wysiłek. Gdy zaczną gasnąć jedno po drugim, kto tu zostanie? Tak dosłownie kończy się świat.

Zawracamy więc w drugą stronę – idziemy do Miniewiczów, gdzie znajduje się pomnik powstańców 1863 roku. Kierowca mógłby nas podwieźć, ale trzeba poczuć tę ziemię stopami. Innej wiedzy nie dowierzam, tylko tej, którą mam w nogach. Mijamy ludzi z kołchozu pracujących w polu. Jesteśmy tu egzotyczni, ale przewidywalni. Wiadomo przecież, że Polacy tu przyjeżdżają. Poszukiwacze korzeni i patriotycznych wzruszeń. Przy wejściu do Miniewicz stoi opuszczony wrak autobusu i jest tu jak w Into the wild. Gdy wchodzimy do wsi jakiś dzieciak krzyczy do nas po rusku: idźcie stąd, jedźcie do domu! Sąsiednia do Bohatyrowiczów wieś, a jakże różna. Tu i tam widać samochody. Część domów wykupiona przez ludzi z miasta, którzy powykupowali sobie tu luksusowe dacze. Dzisiaj wieś jest pusta a do pomnika trafić niełatwo. Żaden drogowskaz tam nie prowadzi. Mogiła stoi w środku lasu, jakieś 200 metrów za wsią. Prowadzi doń ledwo widoczna ścieżka, ścieżynka, tropa wydeptana przez pojedynczych gości. Pomnik jest dla wtajemniczonych, skryty przed obcymi. Tu w lesie kryje się Polska i straszy dzieci z kołchozu.

Nowogródek
O Nowogródku popełniłem coś już rok temu, więc tam, do starej noty z lipca 2009 odsyłam. Tutejsze wzgórze zamkowe jest to jedno z miejsc baśniowych, gdzie mógłbym siedzieć godzinami. Na fotografiach będziemy oglądać soczystą zieleń kontrastującą z czerwienią wyszczerbionej cegły. Wspinam się na ułomek muru, kilka metrów w górę. Wcześniej byliśmy w chłodzie kościoła i wsłuchiwaliśmy się w historię sióstr, które poniosły tu męczeńską śmierć podczas wojny. W całym Nowogródku zostało 500 Polaków na 30 tysięcy mieszkańców. Zatem garstka… W kościele mnóstwo AK-owskich śladów. Przy okazji rocznic powstania wspomina się Armię Czerwoną, która kucnęła na prawym brzegu Wisły. Ale przecież – nim Rosjanie doszli nad Wisłę, „wyzwalali” wiele miast, które nigdy już do Polski nie wrócą. Choćby i Nowogródek. Co się działo wtedy w głowach tych chłopaków z AK? Nie ogarniali swoimi horyzontami całego frontu, tylko swój powiat, swoje województwo. I na tym obszarze starali się działać…Myślę o oddziałach polskich, które w luce między wycofującymi się Niemcami a nacierającą Armią Czerwoną wycofują się na zachód. Niektórzy zostali – i walczyli w osamotnieniu – na przykład porucznik Borysewicz „Krysia”, poległy w styczniu 1945 roku pod Kowalkami. Jego ciało, nieludzko zmasakrowane jako trofeum obwożono po wsiach. Mówią dziś różne gadające głowy – że niepotrzebne było powstanie, że bez szans, że rzeź, że zbrodnia… Mam na to jeden argument. Ówczesną Polskę można porównać do gwałconej kobiety. Przecież taka kobieta broni się, choć nie ma szans. Powiedzcie takiej kobiecie, żeby była cicho. Nie przystoi, panowie. To już lepiej wy milczcie.

Zaosie.
Ciężko było trafić do Zaosia, bus utknął gdzieś w szczerych polach malowanych zbożem rozmaitem. Prawda, nie było tych zbóż zbyt dużo; podobnie i drewnianych domków przycupniętych przy drodze. Zawsze zwracałem na to uwagę za wschodnią granicą – jest tu mniej ludzi. Gdziekolwiek się udałem – na Litwę, Łotwę, Białoruś – zdawały mi się te wiejskie tereny niemal wyludnionymi. Wreszcie widzimy kryty strzechą dworek i trafiamy na jakąś miejscową swadźbę. Nowożeńcy robią sobie zdjęcia na tle zabudowań, po podwórzu kręcą się goście weselni. Chwila narady, czy zwiedzać dworek z przewodnikiem, bo jesteśmy zniechęceni poprzednim oprowadzaniem po muzeum w Nowogródku. Wtedy dopada nas(dosłownie) dyrektor muzeum. Dziewczyny dostrzegają, że ma sygnet na palcu i lekko skośne dzikie oczy. Dyrektor przedstawia się jako obywatel Wielkiego Księstwa, mówiący ruską mową Jagiełły. Mówi tak szybko, że nie można mu przerwać, wcisnąć choćby przecinka. Pomiędzy fakty wciska farmazony – i jakby oko puszczał, że to ściema jest, ale urocza ściema. Bo właśnie po to przyjechaliście, żeby szukać ściemy, znanych wam melodii – a dworek w Zaosiu wam pomoże. Unia Europejska dała na to pieniądze. Na domy Mickiewicza i Puu-szkina. To rekonstukcija, dom do sowriemiennych czasów nie zachowałsia. Zachodźcie w dom. Bóg w dom, gost w dom.
Normalnie Disneyland – myślę. Zaraz sam Mickiewicz do nas wyjdzie, z Tadeuszem i Zosią.
W progu już historia rodziny Mickiewiczów poczynając od rozpustnego pradziada w pięć minut. I już pokolenie ojca i zajazd. I Adam się rodzi – proszę dalej.
Choć to rekonstrukcija – jak słyszeliśmy przed momentem – nie przeszkadza to tu bywać Adamowi – i spotykać się z Marylą, córką Wereszczaki. Zegar prawie też taki sam gdy zajechał tu młody panek. Karabelę dostaliśmy z Tarnowa.
A to szlachecki stroj – gospodarz zdejmuje go ze ściany. Rozgląda się przez chwilę i szuka ofiary. Oczywiście pada na mnie.
-Ubieraj się! Anim się obejrzał i mam na głowie futrzaną czapę. Grupa pokłada się ze śmiechu. Nic tak nie cieszy jak sponiewierany wykładowca.
Dostaję do ręki róg. I oczywiście nie umiem na tym grać.
-Wojskiego z niego nie będzie! Zachodźcie dalej.
To komnata dla gosti. Tu za stolom siedzial otiec. Zostałeś już szlachcicem to będziesz ojcem. Siadaj. Zdejmij czapkę. Bo obrazy Boże! Tak przy tym stole siedział ojciec i opowiadał. Opowiadaj!
-Ale co mam opowiadać?
-Ech ty! – i dłoń z sygnetem mierzwi mi włosy.
Postmoderna. Mickiewicz i Don Corleone.
A to kuchnia. Od czego zaczynali dzień szlachcice? Od filiżanki kaa-wy.
Czym się różnili szlachcice od chłopów? Nawet jak orali ziemię mieli przy boku szablę.
Szlachta litewska nie cierpiała ruskich – dlatego po zaborach zaraz przybyło na tych ziemiach 2 miliony Polaków.
I tak dalej, i tak dalej. Znów na podwórze.
Patrzę w pola. Nie ma już tam zaścianków. Gdzieś za pagórkiem pewnie czai się sowiecki kołchoz.
Jedziemy dalej.

Świteź.
W środku lipcowych upałów Świteź obsiada turystyczna stonka. Na plaży zalegają setki ludzi. Smażą się na słońcu kobiety, prężą się wytatuowane torsy, wrzeszczy dzieciarnia, smrodek grilla unosi się nad ręcznikami, ruskie disco rządzi, co za kanikuły! Próżno więc szukać nastroju. Ale kawałek dalej w las – wzdłuż brzegu nadal jest pięknie. Idealny owal jeziora, czysta woda. Robimy perfomance – wchodzimy do jeziora po szyję i czytamy Świteziankę.
Świteź jest Świteź i basta.

Cmentarz katolicki w Grodnie.
Ostatni dzień w Grodnie był dniem pracy. Chyba od czasu wyjazdu do Bohatyrowicz dojrzewał pomysł, żeby COŚ zrobić. Jakiś gest, choćby symboliczny. Pomysł został zwerbalizowany wśród studentów. Zakupiliśmy grubo ponad sto metrów wstążek – białej i czerwonej. Już na cmentarzu zszywaliśmy je nićmi. W niespełnia trzy godziny ponad sto żołnierskich krzyży zostało przyozdobionych wstążkami w narodowych barwach. Cmentarz grodzieński wygląda strasznie. Chaszcze, zdemolowane przez niedawny wyręb drzew nagrobki. Za Sowietów to miejsce było systematycznie dewastowane a dzisiaj ciężko mu przywrócić dawny charakter. Tym dumniej powiewały nasze wstążki na żołnierskiej kwaterze.
Tuż obok znajduje się grób Tadzika Jasińskiego. Trzynastoletniego chłopca, obrońcy Grodna w 1939 roku. Walczył z sowieckimi czołgami rzucając w nie butelkami z benzyną. Został schwytany przez czerwonoarmistów i zginął jako żywa tarcza na jednym z czołgów. W zeszłym roku próżno szukałem jego grobu. Ten jest tylko symboliczny, ale jest.
Wrześniowa obrona Grodna jest prawie nieobecna w narodowej pamięci. A wymiar bohaterstwa obrońców Grodna, w większości cywilów, którzy bronili miasta po opuszczeniu go przez regularne oddziały porównywalny jest do bohaterstwa Lwowskich Orląt.
Tutaj całkiem oficjalnie nie ma nikogo poza nami, poza upałem i poza krzyżami sterczącymi spośród chwastów. Całkiem oficjalnie to miejsce jest właściwie zapomniane w Polsce pojałtańskiej.
Mówiłem sobie, że w przyszłym roku już tu nie przyjadę, ale nie wiem, czy w tym postanowieniu wytrzymam.

W tym roku palącą kwestią stało się oglądanie mundialu na Białorusi. Nie było to sprawą łatwą. Piłka nie jest tu zbyt popularna wśród młodych. Raczej interesują się nią starsi, pamiętający czasy Sojuza i sukcesów Ssbornej. Młodzi wolą motoryzację. Rok temu mieliśmy okazję oglądać mecz I ligi białoruskiej. Niemen Grodno podejmował jakąś drużynę z Mińska. Poziomem mecz przypominał mecze naszej ekstraklasy. Niemen zajmował chyba 6 miejsce w tabeli, Mińsk walczył o europejskie puchary. Kupiliśmy na pamiątkę żółto-zielone szaliki grodzieńskiego klubu. Niemen został założony w 1964 roku, jego największym sukcesem było zdobycie pucharu Białorusi i wicemistrzostwa kraju. Mecz o ile pamiętam skończył się wynikiem 2:1 a bramka dla gospodarzy padła w ostatniej minucie. Widzów było niewielu. Wybraliśmy sektor naprzeciwko ultrasów, żeby obserwować ich doping. Byli nieźle zorganizowani, był bębniarz, głośne śpiewy O Nieman Moj…. Ale poza tym sektorem, gdzie weszło chyba z niewiele ponad tysiąc kibiców, siedziały pojedncze grupki widzów. Na stadion pozwolono mi wejść z dużą butelką wody, musiałem jedynie wyrzucić zakrętkę. Porządku pilnowała milicja i pilnowała skutecznie. Na naszym sektorze przysiadło kilku dziadków i kilku mężczyzn w podkoszulkach ażurowych. Gdy jeden z nich, po nieodgwizdanym faulu puścił wiązkę w stronę sędziego, wielki milicjant zrobił dwa kroki w stronę płotu – i zgromił go krótkim:
-A ty szto?!
Ażurowy momentalnie zamilkł.
Stadion w Grodnie to duży nowoczesny obiekt na kilkanaście tysięcy miejsc. Wiąże się z nim ponura historia, o której dowiedzieliśmy się później. Mianowicie w jego miejscu, jak widać na przedwojennych mapach, znajdował się żydowski cmentarz. Potwierdzili to wykładowcy z Grodna, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać. Za czasów Związku Sowieckiego kirkut był systematycznie niszczony i okradany. Wykopywano kości szukając tam złota, zabierano nawet nieboszczykom złote zęby. Dziś na równej murawie przykrywającej resztki nekropolii gra się w piłkę…  
Niemniej – i tu wracamy do punktu wyjścia – palącą kwestią w tym roku stało się oglądanie telewizyjnych relacji z mundialu. Jak jednak napisałem wyżej – pubu jeszcze na Białorusi nie wynaleziono – nie ma też zwyczaju wspólnego oglądania meczów. Ruszyliśmy w stronę stadionu łudząc się, że może tam – pod jakimś parasolem – zbierze się grupka fanatyków futbolu, by śledzić starcia najlepszych drużyn świata. Próżne nadzieje. Nawet z lokalu w podziemiach stadionu przegonił nas pewien łysy bodygard. Akurat odbywała się tam „swadba” (wesele) i nasze pytania o „futboł” rozbijały się o mur niezrozumienia. Przechodnie – nawet chcąc – nie potrafili nam pomóc. Tymczasem zaczął się już jeden z ćwierćfinałów. Zgaszeni, zrezygnowani i źli szliśmy w stronę akademika. I wtedy przyszło wybawienie.
Pewien gość w dresie wyprowadzający psa na spacer usłyszał, że rozmawiamy po polsku.
-Polacy? – ucieszył się – Co tu robicie?
Wyjaśniliśmy skąd my i po co. Polak pochodził z Grodna, coś zaczął mówić o swoim kumplu z Holandii, spytał o maryśkę. Rzecz jasna nie mieliśmy, pożaliliśmy się jednak, że nie mamy gdzie oglądać meczów.
-Jak to nie ma? – rzekł na to rodak – Chodźcie ze mną! I mecz obejrzycie i piwko będziecie mogli wypić!
Po czym zaprowadził nas do klubu gier w środku blokowiska, gdzie za cholerę nie trafilibyśmy sami. Oprócz jednorękich bandytów i ruletek znajdowały się tam dwa duże płaskie ekrany, gdzie leciały mecze mundialu transpitowane przez kanał Rossija. Grupka miejscowych oglądała już mecz i życzliwie podsunęła nam wysokie krzesełka.
Odtąd – aż do momentu gdy odkryliśmy telewizor w świetlicy na piątym pietrze – tzw. komnacie oddycha – przybytek ten odwiedzialiśmy codziennie. Miejscowi rozpoznawali już nas i kiwali głowami na znak powitania.
Jeden mecz wzbudził szczególnie wiele emocji a był to, jak się można domyślać, ćwierćfinał Niemcy – Argentyna. Stali bywalcy klubu grali w zakłady piłkarskie. Połowa z nich, pragmatycy, którzy nie wierzyli w trenerską rękę boskiego Diego, postawiła gotówkę na Niemców, ale niepoprawni romantycy wybrali błyszczącą zresztą w fazie grupowej Argentynę. Już w trzeciej minucie gol dla Niemców wstrząsnął proargentyńską frakcją, do której złożyliśmy akces jeszcze przed początkowym gwizdkiem.Wówczas to rosyjski komentator zauważył również, że mało niemieccy ci Niemcy. Bo oto zobaczcie – w drużynie niemieckiej był i ghanijczyk Boateng, byli zawodnicy pochodzenia tureckiego a w napadzie – polscy napastnicy Podolski i Klose.
Gdy nazwisko Podolskiego wybrzmiało, cała frakcja białorusko-argentyńska zwróciła oczy w naszą stronę.
-Podolski i Klose, to Polacy? Czy to prawda?
Trzeba było frakcji coś odpowiedzieć. Perspektywa, że właśnie przegrywają swoje ciężko zarobione białoruskie ruble przez jakiś Polaczków, którzy zgłosili się do Loewa i jego komandy nie mogła wpłynąć dobrze na nasze akcje. Odpowiedziałem więc:
-Prawda! Oni radilis w Polsze. No pradali Polszu za giermanskije diengi!
Że tak się wyparłem wrednej mordy Klosego nie było mi żal. Trochę inaczej z sympatycznym Poldim, ale cóż było robić. Cóż, najpierw oni wyparli się reprezentacji Polski. Albo PZPN o nich zapomniał. Nieważne.
Bez zakłóceń oglądaliśmy więc mecz dalej. Niemcy dominowali coraz wyraźniej. Argentyna jakby przestała istnieć.
Jeden z kibiców był szczególnie zapalczywy. Witał triumfalnym okrzykiem każde udane zagranie Argentyńczyków.
Adin – i piłka wędruje od nogi do nogi – Dwa! – kolejne podanie- Tri! – piłkę przejmuje Lionel Messi na wysokości pola karnego.
-Lionia, dawaj!
-BIJ!
-BIJ!
-O blad’!
I leciały najcięższe słowiańskie przekleństwa zrozumiałe od Bułgarii po Słowenię, od Serbów Łużyckich po Chabarowsk.
-Ależ Niemcy dobrze wyglądają! – powiedział komentator ze stacji Rossija, widząc, że zapowiada się kolejne zwycięstwo ekipy Loewa. Że Argentyna, podobnie jak Anglia ugnie się pod niemieckim naporem.
-Nicziewo! – odkrzyknął na to zapalczywiec – W czterdziestym pierwszym też dobrze wyglądali! Blad’! Faszisty!
Nie było jednak dane zwyciężyć Argentynie tego dnia.
Zaczęły się nużące próby ataków zawodników w biało-niebieskich koszulkach na bramkę niemiecką. Ale ta odpierała ich ataki niczym mury Malborka wojska Jagiełły. Nie było jak do bramki niemieckiej się dobrać. Gdy Messi przebił się przez dwóch obrońców niemieckich, zaraz wyrastał trzeci, który mu piłkę odbierał i w przód podawał. Kontrataki Niemców były coraz groźniejsze. I nawet boski Diego, który niczym Napoleon obserwował wszystko zza bocznej linii poczuć musiał, że oto nadchodzi jego Waterloo. Trwał co prawda wciąż wynik 1:0 i wszystko wciąż wisiało na włosku. Mogły się jeszcze lody batalii odwrócić. Jeden gol i nowy duch mógłby wstąpić w gorące południowe dusze Argentyńczyków. Gol jednak nie padał. Diego zamykał oczy i myślą oberwował oddalające się mistrzostwo. Inni to byli Niemcy, niż ci w 1986. I inny to był Diego, nie ten, który sam jeden kiedyś potrafił rozstrzygnąć losy meczu. Teraz stary i bezsilny stał za boczną linią i nie mógł wbiec na murawę.
-Maradona dawaj! Ty im zabij gola! Blad’!
Lecz nie mógł nic zrobić dziś stary Maradona. Messi, ktory jak syn miał go zastąpić, biegał na boisku jak śnięty. Bez wiary, bez siły…wycieńczony ligą hiszpańską i ligą mistrzów. Rozgrywki klubowe wycisnęly z niego wszystkie soki. Inni teraz błyszczeli… nieniemieccy Niemcy, których budesliga specjalnie wcześniej skończyła sezon.
Padł drugi gol dla Niemiec. Padł trzeci i na koniec czwarty. Argentyna została zmiażdżona. Cicho, niczym cienie opuszczaliśmy lokal… Znów pragmatycy liczyli wygrane ruble.
Wiemy dziś przecież, że już w półfinale niemiecki walec rozbije się o Hiszpanię. A bramkę (głową) strzeli mały Puyol. Ale wówczas zostawiam nas w niepewności – idących przez Grodno – nocną ulicą (tfu!) Dzierżyńskiego. Za kilka dni będziemy Hiszpanami. Ha!

Grodno. Zawsze przyjeżdżałem tu w lipcu. Najbardziej słoneczne, zachodnie miasto Białorusi. Z rzeką otwartą na panoramę, w której mieszczą się stary i nowy zamek, fara, inne wieże kościelne, cerkiew na Kołoży, brzydka ciężka bryła sowieckiego teatru. Przedeptałem grodzieńskimi ulicami chyba ze sto kilometrów – od nowych blokowisk, przez drewniane przedmieścia między starym miastem a rejonem stadionu aż po podwórka starówki i drugi brzeg, gdzie trwa sylwetka kościoła franciszkanów. Poznałem Grodno posklejane z różnych epok – barokowej Rzeczpospolitej, carskich cebul cerkiewnych, sowieckich monumentów. Grodno cmentarzy – katolickich, prawosławnych, sowieckich. Grodno żółtych parasoli z reklamami lidskogo piwa.

Chodziłem po mieście, gdzie place ulice upamiętniały Lenina, Dzierżyńskiego, 17 września. Widziałem grodno 3 lipca podczas narodowego święta, gdy na Placu Sowieckim na wielkiej scenie odbywał się koncert gwiazd krajowej piosenki. Bladych gwiazdeczek na obrzeżach sąsiedniej potężniejszej rosyjskiej popkultury.
Widziałem Grodno, po którego ulicach śmigały luksusowe samochody. I Grodno trzeszczących autobusów przegubowych, w których odzywał się głos pedantycznego lektora:
Uważajyme pasażiry! Ostarożna! Dwier zaczinajetsia!
Poznałem Grodno nocne, w którym działały dwa bodajże kluby. Jedna dyskoteka nazywa się Epolet. Mieści się w przedwojennym klubie garnizonowym przy ulicy Orzieszki. Porządku pilnują tam milicjanci OMON-u. Puszcza się tu na ogół rosyjskie przeróbki znanych zachodnich przebojów.
A i o kobietach muszę napisać. Starannie ubranych, sunących jak łanie po trotuarach. Niemalże wszystkie na szpilkach, w dokładnym wyrazistym makijażu.

W sklepach stawałem przy stoiskach z alkoholem i studiowałem etykiety wódek. Oficer, Bogatyrskaja, Srebnyje Rozy, z dziesięć rodzajów bulbaszu… Na jednej z etyket znaleźliśmy wizerunek jakby-Kościuszki… Także piw był wybór spory – od zachodnich, przez czeskie po miejscowe, ukraińskie i rosyjskie. Jak to bywa za wschodnią granicą – popularne jest piwo w plastikowych butelkach. Nawet półtora i dwulitrowych.
W upały raczyłem się kwasem chlebowym. Na zagryzkę między posiłkami najlepiej było się wybrać na czieburieki do naleśnikarni opodal Placu Lenina – rodzaj bardzo smacznych placuszków z mielonym mięsem. Tanie i pożywne. W pobliskiej pizzerii ceny były już polskie, unijne. Restauracji w mieście ledwie kilka, akurat żeby mieli gdzie się pokazywać miejscowi nowobogaccy. Takim lokalem była chociażby Karczma przy Sowieckiej albo lokal nad Niemnem, gdzie stoliki wychodziły bezpośrednio na rzekę. Czegoś w rodzaju pubów nie uświadczyliśmy. Ostatnie takie lokale w tym roku były już nieczynne. Bar Stary Kufel przy Karola Marksa – smętnie zamknięty. Podobnie podziemny bar na jednej z bocznych ulic starówki, do którego schodziło się jak do wnętrza u-bota… Zauważyłem natomiast, że kwitną rozmaite jaskinie hazardu.

Zaostrzyły się przepisy dotyczące internetu. Doświadczyliśmy tego już pierwszego dnia.

-Dobry den, na interniet, adin czas…

-Pasport!

Od 1 lipca każdy musi w kafejkach mieszczących się przy białoruskiej poczcie zostawiać swoje dane paszportowe… Oficjalnie służy to walce z pedofilą. Faktycznie zaś sprawia, że nikt nie jest anonimowy w białoruskiej sieci.

Gdy wieczorem usiedliśmy z Pawłem na trawiastej skarpie koło zamku i gadając patrzyliśmy w Niemen z drugiej strony płotu podeszli grzeczni panowie i powiedzieli po polsku, że mamy tu prawo siedzieć do osiemnastej.
Poszliśmy więc przez Plac Sowiecki w kierunku centrum. Na Placu jaśniała fara. Z drugiej strony ziała zieleń skweru. W latach sześćdziesiątych wysadzono tu stojącą od XIV wieku farę Witolda. Przypomina się Brodski i jego Postój w pustyni. Jak to szło?

Tak mało teraz w Leningradzie Greków,

żeśmy zburzyli Kościół Grecki, aby

na jego miejscu salę koncertową

postawić. Jest coś w tej architekturze

beznadziejnego, chociaż sama przez się

sala na tysiąc albo więcej miejsc

beznadziejnością nie tchnie. To świątynia.

Świątynia sztuki. Nie zawinił nikt,

że większą kasę daje dziś wokalna

wirtuozeria niż rytuał wiary.

Szkoda jedynie, że z daleka teraz

będziemy oglądali nie kopułę,

tylko płaszczyznę szpetną nieskończenie.

Dzisiaj nie wysadza się już kościołów. Uczestniczyliśmy w nabożeństwach. Polskiej mszy w farze. W prawosławnym monastyrze. W cerkwi na Kołoży, gdzie oprowadzał nas Ojciec Włodzimierz.

Pewnego dnia dziewczyny wróciły z miasta z wieścią, że spotkały jurodiwą. Częstowała je wafelkami. Pani Anna w największe upaly miała na sobie kilka warstw ubrań. Kiedyś byłam artystką – mówiła – malowałam portrety Lenina. Ale Bóg mnie pokarał i straciłam władzę w palcach.
Na Placu Sowieckim zwrócił naszą uwagę dziadek z grzebieniem. Stawiał swój kubek i grał, i grał, i grał… w miejscach, gdzie nikt nie przechodził. Nie było widać, żeby ktoś wrzucił mu coś do tego kubka. W uszach mam jękliwą grę grzebienia. Schizofreniczną jękliwą grę grzebienia. A właśnie. Grzebienia, na Placu Sowieckim w Grodnie, tak!

pisze na swoim blogu Przemysław Dakowicz. To zapowiedź dłuższego szkicu o Elegii dla Iana Curtisa, który ukaże się wkrótce w Toposie.
Fragment prywatnego listu do mnie sprzed dwóch lat o Elegii publikuje Jarosław Jakubowski.

kiedy na przejściu granicznym w grodnie
stary celnik zapytał mnie
„co wieziecie” odpowiedziałem mu:
wiozę dziadka umarłego
stojącego obok konia z batem w szorstkiej dłoni
aby bił mnie jeśli kłamie w żywe płomienne oczy
wiozę babcię moją żywą ikonę
by mi odwagi dodawała swoją cowieczorną pieśnią
wiozę wujków pijaniców na przestrogę i smutek wielki
wiozę chatę garbatą której śmierć zagląda w okna (…)

Piotr Cielesz, przejście graniczne

Ilu jest dzisiaj ludzi w Polsce, którzy tak jak Piotr Cielesz mogą powiedzieć, że mają swoją korzenie na Białorusi, wywożą stamtąd obraz zapadłych wiejskich domów, kilka fotografii, zmarłych twarzy? Trudno mi o tym nie pamiętać. Wszak i mój pradziadek urodził się nad Berezyną i już po traktacie ryskim jego rodzinna miejscowość została połknięta przez sowieckiego lewiatana. Dziś tamta Białoruś sprzed stu lat ledwie prześwituje spod komunistycznego nalotu. Na przejściu granicznym nie ma czasu na sentymenty. Granica się zabliźniła, wżyna się głęboko w przeszłość, odcina już kilka pokoleń. I wjeżdżamy do obcego państwa. Witajcie w kraju wysokich czapek. Państwo, które reprezentują takie czapki na więcej może sobie pozwolić. To państwo, którego trzeba się bać i respektować. Siła. Przez pociąg typu przemytnik przesuwa się straż graniczna i wpuszcza nas paszport po paszporcie, wiza po wizie. Zacziem jedietie w Bielarus? Co może kryć się w tym pytaniu? Zacziem zaglądacie za naszą szczelnie zasłoniętą zasiekami i drutami granicę? Zacziem chce wchodzić w nasze blokowiska, oglądać z okien samochodu nasze kołchozy? Zacziem chcecie sprawdzać ceny w sklepach? Nie macie czego tu szukać. Musicie mieć imienne zaproszenia. Inaczej nie macie prawa oglądać naszych miast, wsi, lasów, jezior. Musicie co trzy dni zameldować się na milicji, żeby nie przyszła wam ochota szpiegować. Rozmawiać z ludźmi i mącić im w głowach. -Wy gruppa? Kto u was starszyj? -Ja starszyj. Tylko ja mówię po rosyjsku. I drugi raz na Białorusi. Tylko ja jestem w stanie płynnie powiedzieć graźdanką, kim jesteśmy i po co przyjechaliśmy. Gdy będziecie wracać polscy celnicy będą was pytać o wódkę i papierosy. Nic nie można stąd wywieźć prócz wódki i papierosów. Rozprują sufit pociągu i wyciągną stamtąd całe kartony tańszych Malboro. Gdy polski celnik na granicy – spyta was – co wieziecie? Odpowiecie zgodnie z prawdą. Wódkę. Papierosy. Ale tym razem zapamiętam sympatyczną twarz białoruskiego celnika. Czapka taka sama, ale inne ciepłe oczy, no i uśmiech. Ile zmieniają oczy i ton głosu. Wysoka czapka staje się bardziej swojska, nabiera pewnej świadomej siebie zawadiackości i teatralności. Twarz tego celnika jest pierwszą w tym roku twarzą Białorusi. We wszystkich twarzach będziemy szukać jego twarzy lub jej zaprzeczenia. To wielka odpowiedzialność być pierwszą wysoką czapką spotkaną w tym kraju. Ze wszystkich polskich granic, jakie w życiu przekraczałem granica z Białorusią – jest dla mnie najbardziej pamiętną. I najbardziej niewątpliwą.

Miałem wysiąść w Kolinie, ale nie wysiadłem. Teraz mogłem tylko bezsilnie oglądać przesuwające się za oknem  krajobrazy, umykające z prędkością 100 km/h nazwy małych stacji. Cokolwiek by się działo, to jednak z pociągu na pociąg zbliżałem się do miejsca przeznaczenia: Svetloj nad Sazavou, na Wyżynę Czesko-Morawską. 13 kilometrów od tej stacji, w rustykalmej głuszy pod jabłonią koło domu Jany i  Miloša Doležalów z Wojtkiem Wenclem mieliśmy poczytać wiersze. Svetla nad Sazavou – stacja, gdzie wysiadł kiedyś Jaroslav Hasek, więcej do Pragi już nie powrócił, ale poszedł do knajpy naprzeciwko. Piliśmy tam z Milošem i Wojtkiem kawę i wymyślaliśmy pierwsze zdania do powieści, które nigdy nie powstaną. Myślę, że te nie istniejące powieści tak samo należą do literatury jak te napisane, gdzieś te słowa niewypowiedziane przecież się zbierają, wystarczy je odnaleźć. W domach, które oglądałem z okien pociągu mieszkają ludzie, dojrzewają ich miłości i dramaty, korzenie wczepiają się w pejzaż i przypominają o tym, co kiedyś już istniało, ale nie wiadomo do końca i nie będzie już wiadomo jak. Dowiedziałem się, że umarł Jerry – król alkoholików. Parę miesięcy temu dostałem SMS-a z tą informacją, ale wolałem w niego nie wierzyć, wolałem wierzyć w twardy alkoholowy sen, który Jerremu nie pozwolił otworzyć drzwi jego knajpki. U Jerrego każdy gość przybyły tu po raz pierwszy zostawał członkiem klubu. Jeśli tu powrócił – za drugim razem pił za darmo, on i cała jego kompanija… Miałem i ja tu swój numer, ale już z niego nie skorzystam… Barman Jerry naleje nam piwa dopiero gdzieś po drugiej stronie. Dom Jany i Miloša tym razem był pełen ludzi – blisko stu pisarzy, malarzy, filozofów, twórców teatralnych, muzyków, fotografików, redaktorów czasopism, wydawców i regionalistów, rozstawiali namioty na pobliskiej łące, znosili na stoły chleb, gulasz, śliwowicę i inne pyszności. Trwały gorączkowe przygotowania do divadla. Przez półtorej godziny przed naszymi oczyma przesuwał się korowód ludzkich losów związanych z pobliskim, zalanym przez zalew miasteczkiem. Tradycyjny świat czeskiej prowincji znikał nie tylko pod powierzchnią wody, ale także pod powierzchnią współczesności. W tle rozgrywają się wojny i systemy a na pierwszym planie coraz bardziej wydrążeni ludzie. Z boku sceny obok stodoły wyrastał symboliczny cmentarz. Divadlo nie było jedynym punktem programu. Dom obwieszony został obrazami Jiřego Bašty. Ekscentryczna ta postać zaskoczyła mnie następnego dnia. Jiri porwawszy strój psa podwórzowego z wczorajszego divadla wydawał dzikie pomruki nad wygasłym w nocy ogniskiem. Zabił mnie strzałem z plastikowego pistoletu, gdy nieopatrznie wkroczyłem na podwórko.Poprzedniej nocy, jeszcze długo po zmroku rozbrzmiewał nieokiełznany folk grupy Pláče Kočka. Było i z przytupem i sentymentalnie. Od frontmana zespołu Jakuba Sejkory dostałem płytę, która rozbrzmi na moich urodzinach. Na innych ścianach zawisły fotografie uczestników spotkań; my z Wojtkiem czytaliśmy swoje wiersze, ba, nawet zeszłoroczną nota z tego bloga w tłumaczeniu na czeski… Wencel otrzymał Order Biały Karla Vrány I. stopnia za „poetyckie i śliwowicowe propagowanie Wyżyny Czesko-Morawskiej w Polsce”. Żal było wyjeżdżać.

Zdjęcia znajdziecie na blogu Wojtka Wencla
Na youtube można zaś znaleźć nagrania Pláče Kočka.

Internetowy Kwartalnik ‚Szafa’ zamieszcza
w najnowszym numerze wywiad pt.
Jack Sparrow spotyka Adama
Mickiewicza
,
który przeprowadził ze mną Marek Doskocz
oraz trzy wiersze z Elegii dla Iana Curtisa.
Recenzję tomiku można znaleźć na blogu kobiekcje.


  • RSS