nowaczewski blog

Twój nowy blog

Kilka fragmentów naszego spotkania we Wrocławiu można zobaczyć tu

Byłem na meczu Korei Północnej z Koreą Południową. Niedowiarkowie mogą sprawdzić w tabelach FIFA – spotkanie odbyło się 11 października 1990 na stadionie Rungrado w obecności 150 tysięcy ludzi. Wypełnili stadion od pierwszego do ostatniego miejsca. Byliśmy na trybunach już na godzinę przed rozpoczęciem. Nie bardzo potrafiłem odróżnić zawodników północnych od południowych. Do przerwy wynik pozostawał remisowy. Podobno ostatecznie północni Koreańczycy wygrali 2:1. Zresztą chyba niedługo potem znów byliśmy na meczu tych drużyn – niestety było to spotkanie pokazowe, po przerwie składy przemieszały się, część północnych założyła koszulki południowców i na odwrót, południowcy biegali po boisku w północnych trykotach. Grano nonszalancko w obronie, przez co jedna z drużyn – rzecz jasna ta, która grała w białych koszulkach północnokoreańskich – wygrała 5:1. Potem jeszcze raz, ale już na ulicy widziałem tłumy kibiców wracające z przegranego towarzyskiego meczu z ZSRR. Stadion Rungrado ponoć jest największy na świecie – słynna Maracana zmieściła prawie 200 tysięcy ludzi podczas finału mistrzostw świata w 1950 roku, ale oficjalnie wejść może tam prawie o połowę mniej widzów.

Czy w Korei Północnej działała liga? Pewnie tak. Przynajmniej w Phenianie było kilka stadionów – poza stadionem Rungrado w odległości kilometra na zachód, za wzgórzami Moranbon znajdował się stadion im. Kim Ir Sena na 100 tysięcy miejsc. Nowy stadion, także na kilkadziesiąt tysięcy widzów znajdował się w olimpijskiej dzielnicy Kwanbok, inni duży obiekt wybudowano na jednej z wysp na rzece Tedong, niedaleko naszego domu znajdował się stadion gabarytami przypominający nasze ligowe boiska – czyli dziesięć tysięcy miejsc. Przynajmniej teoretycznie było gdzie rozgrywać mecze i gdzie trenować. Chociaż dzisiaj, gdy ogląda się skład drużyny północnokoreańskiej międzynarodowe agencje często nie potrafią określić z jakiego klubu pochodzi dany zawodnik i wpisują „unknown”. Wyobrażam sobie wtedy w jak trudnych warunkach grają ci piłkarze. Dzieci z brazylijskich slumsów czy gracze z Afryki mogą liczyć, że gdy nie zawiedzie ich talent i szczęście wylądują w bogatym europejskim klubie, ale tacy Północni Koreańczycy?

A jednak to właśnie Północna Korea była pierwszą reprezentacją narodową z Azji, która osiągnęła coś na mundialu. Stało się to w 1966 roku w Anglii zaledwie dwa lata po tym jak północnokoreańska drużyna narodowa zadebiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Z mistrzostw wycofały się drużyny afrykańskie i azjatyckie z wyjątkiem właśnie Korei Północnej. Rozbiła ona w barażach Australię i dzięki temu pojechała na mundial… Zaczęło się przewidywalnie – od porażki z bardzo silną ekipą ZSRR – aktualnymi wicemistrzami Europy. W meczu z Chile remis Koreańczykom udało się uratować w ostatnich minutach. Pozostał ostatni mecz grupowy z drużyną Włoch. Azzuri zlekceważyli egzotycznego przeciwnika, przeciwko „dżokejom” jak nazywano Koreańczyków ze względu na niski wzrost wystawili rezerwowy skład. Tymczasem Koreańczycy wygrali 1:0 i to oni, nie faworyzowani Włosi awansowali do ćwierćfinału. Tu właściwie zaczął się dramat północnokoreańskiej drużyny – upojeni zwycięstwem zawodnicy hucznie świętowali zwycięstwo – upijając się w barze i nie zdążyli zregenerować sił. W ćwierćfinale trafili na rewelację turnieju Portugalię z legendarnym Eusebio w składzie. Pomimo iż prowadzili już 3:0 przegrali 3:5. Wielki wódz uznał, że piłkarze zachowali się „reakcyjnie i burżuazyjnie, ulegli wpływom zgniłego kapitalizmu i złych idei”. Całą drużynę z wyjątkiem rozgrywającego Pak Du Ika, który podczas feralnej imprezy został w hotelu ze względu na ból żołądka zesłano do obozów.

W latach osiemdziesiątych, w obozie Jodok, Kang Czholwan spotkał jednego z graczy legendarnej jedenastki. Pak Songdzin był na mundialu w Anglii kapitanem drużyny. Strzelił dwa gole – z Chile i Portugalią. W Jodok w niczym nie przypominał dawnego bohatera, inni więźniowie ochrzcili go przydomkiem Karaluch – bo żywił się prawie wyłącznie owadami. Bardzo długi czas spędził w karcerze. Kang Czholwan pisał, że kiedy widział go po raz ostatni piłkarz był już na skraju wyczerpania. Co działo się w jego głowie podczas tych lat spędzanych w koncentracyjnym obozie Jodok, skąd za drutami mógł oglądać ojczyste góry? Czy w nocy nawiedzały go wspomnienia z angielskich boisk? Skąd znajdował energię by kurczowo trzymać się życia? Wiedział przecież, że nie będzie już powrotu do krótkich chwil euforii.

W 2002 roku – żyło co najmniej siedmiu graczy z jedenastki. Przynajmniej taki obraz serwuje nam film Anglika Daniela Gordona – The game of their lives. Opowiada on o pobycie drużyny koreańskiej w Anglii – w Middlesbrough. Koreańczycy zdobyli sobie sympatię mieszkańców, podobno trzy tysiące kibiców z tego miasta wybrało się na mecz ćwiećrćfinałowy by dopingować swoich gości. W ujęciach z angielskich mistrzostw widzimy miejscowych wyrostków, ktorzy powiewają flagą Korei Północnej. Film przedstawia poszczególnych piłkarzy, którzy opowiadają o początkach swojej przygody z futbolem, wspominają pobyt na VIII Mistrzostwach Świata, emocje związane z meczowymi sytuacjami, wrażenie, jakie czynił na nich Eusebio… A także o lęku przed kościołem, który widoczny był z okien hotelu oraz przed wiszącymi w pokojach krzyżami. Widzimy oldboyów jak składają wieńce pod siedemnastometrowym pomnikiem Kim Ir Sena. Piłkarze płaczą wspominając wodza. Przed wyjazdem Kim Ir Sen miał powiedzieć – drużyny z Europy i Ameryki Południowej zdominowały mistrzostwa. Reprezentujecie Azję i Afrykę. Wygrajcie jeden lub dwa mecze… Film pokazuje ujęcia z powrotu piłkarzy do kraju, jak są fetowani przez mieszkańców Phenianu. Jak dzisiaj żyją w glorii narodowych bohaterów. Oczywiście stanowczo zaprzeczają plotkom, jakoby zostali zesłani do obozów.

Przyglądałem się wątłemu człowiekowi w mundurze, który prawie czterdzieści lat wcześniej zakładał białą koszulkę z numerem 8. Czy to rzeczywiście był Pak Songdzin, zwany w Jodok Karaluchem?

Niedziela, 20 czerwca, godz. 20

Promocja Elegii dla Iana Curtisa

Artura Nowaczewskiego

Miejsce:Kawiarnia Młody Byron,
ul. Czyżewskiego 12,
Sopot
(Dworek Sierakowskich) 


Wtorek, 22 czerwca, godz. 18.30
Promocja najnowszej książki

Wojciecha Wencla

“Podziemne motyle”.

Spotkanie poprowadzi Artur Nowaczewski

Miejsce:
Cafe Fikcja, ul. Grunwaldzka 99/101,
Gdańsk-Wrzeszcz(antresola nad Newską)

Uciekł. Uciekł nam bus do Liptovskiego Mikulasa i tym samym misterny plan dotarcia w Tatry Niżne rozsypał się już na pierwszym punkcie. Pociąg do Zakopca z przesiadką w Poznaniu spóźnił się ponad godzinę i nie było sposobu, aby nadrobić stracony czas. Czy to jednak mogło powstrzymać naszą trójkę? Wsiedliśmy w busa na Jasną Polanę. W barze na granicy wypiliśmy piwko grzejąc się w słońcu. Dotrzemy, dotrzemy chociaż później, nie zważając na okoliczności. Pogoda jest wbrew zapowiedziom fantastyczna.
-Panowie pijemy za powodzenie naszej sprawy- wznoszę toast -i stukamy się ceremonialnie kuflami.
Gęby mamy uśmiechnięte. To już Słowacja, zaśnieżone szczyty Tatr wyzierają zza chmur. Czego więcej trzeba?
Trzecia tego dnia przesiadka – słowacki autobus do Starego Smokovca, w Smokovcu przesiadka do Popradu. W Popradzie ucieka nam sprzed nosa pociąg do Liptovskiego Mikulasa. Do następnego – godzina. Cóż – browarek i pijemy za powodzenie naszej sprawy. W końcu wsiadamy do „rychlika” (pospiesznego) do Bratysławy i wysiadamy w Mikulasu. Tu – znów półtorej godziny do autobusu. Bufet dworcowy – browar, powodzenie wiadomo czego. W końcu po 27 godzinach jazdy i sześciu przesiadkach jesteśmy w Jasnej – u podnóża masywu Chopoka. Jest godzina siedemnasta.

Jest godzina siedemnasta i tu właśnie zaczyna się właściwa opowieść. Kto to widział wychodzić w góry o siedemnastej? Cóż, jeśli ten dzień nie ma być do końca stracony, wychodzimy. Do otulni pod Chabencom – około pięciu godzin. Będziemy ok. 22, jeśli nie nastąpią okoliczności nieprzewidziane. Przed nami podejście na Chopok. Mijamy najbrzydszą, zdezelowaną przez narciarzy część Niżnych Tatr. Zawsze wprawiają mnie w przygnębienie zabłocone trasy narciarskie. Gdy nie ma śniegu odsłania się ich brzydota, są jak blizny w zalesionych stokach, korzenie, wypłukane przez wodę kamulce, porzucone na skraju tras koparki, drażniacy w tej przestrzeni industrial. Hotel w Jasnej ogromny i pusty jak w Lśnieniu Kubricka. Ile to razy jeszcze przywołam ten film? Scenę, w której samotny samochód jedzie górską szosą, by na koniec dotrzeć do ogromnego złowieszczego hotelu? Dzisiaj Bart, Rudolf i ja też weźmiemy udział w horrorze. Ale nie wchodzimy do hotelu, wychodzimy w góry. Muzyka wewnątrz nie zionie grozą, to coś jak Orawa Kilara, zimne iskry potoków wiszące na smyczkach.

Jeszcze jest jasno. Trzysta metrów nad Jasną ostatnie tego dnia zdjęcia. Cóż – mogą opowiedzieć zdjęcia o takim, jak dziś dniu? Nic. Dokumentacja fotograficzna kończy się wraz ze słońcem, które zasłaniają chmury. Mgła wypełza na kamienisty stok. Bart idzie przede mną, słyszę jego kijki stukające o kamienie. Rudolf został za moimi plecami, zniknął we mgle. Ale droga jest prosta wytyczona głazami- jak wejście na Kasprowy. W piętnastominutowych odstępach wchodzimy na Chopok. Tutaj w Kamiennej Chacie pod pijemy po dużym kubku herbaty. Jakaś grupka Polaków rozprawia o swojej koleżance, która skręciła nogę w kostce. Czy nie pomożemy jej wnieść do schroniska? – pyta jedna z dziewczyn. Patrzymy na czterech chłopaków z tej samej grupy siedzących już rozebranych za stołem. Odmawiamy. Już i tak jesteśmy mocno spóźnieni a te tu darmozjady grzeją się przy piecu i ani myślą iść na dół. Rudolf, któremu nasilający się wiatr dał już do wiwatu, w zasadzie chciałby już tu zostać. Jest po dziewiętnastej a do Otulni pod Chabencom jeszcze ponad dwie godziny drogi. Zostaje przegłosowany, wychodzimy.

Po raz drugi wychodzimy. I tylko nasilający się wiatr jest groźną nutą, mogącą otwierać nowy, groźny wątek w osnowie opowieści. Ale na razie sielanka. Mgliście, siąpi, ale my prujemy kamienistą drogą jak po autostradzie. Połykamy kilometry. Ile mamy kilometrów do celu? osiem? Cztery połykamy w godzinę i zaczyna się podejście w stronę Chabenca. Mgła nasila się, deszcz coraz mocniej zacina, ściemnia się, nieustająca kanonada wiatru. Furkają peleryny. Bart jako najmocniejszy prowadzi, przejmuje od Rudolfa jedyną w drużynie czołówkę. Bezbłędnie odnajduje ukryte na kamieniach znaki. Sam miałbym z tym duże kłopoty, bo okulary mam zasnute deszczem. Ale iść za plecami Barta to proste – jak trzymać się koła podczas kolarskiego wyścigu. Wchodzimy pod górę. Chabenec musi być blisko a za nim zbawcza otulnia. Choć przemoczeni już kompletnie, zmęczeni – siłą rozpędu poruszamy się naprzód w zapadających ciemnościach. Blade światło czołówki nas prowadzi.

-Nie podoba mi się to – Bart zatrzymuje się i po raz pierwszy od rana czuję lekką zmianę w jego głosie – Nie mogę znaleźć znaków.
Leje jak z cebra, wieje coraz silniej, trzęsę się z zimna.
-Czekajcie tutaj, wrócę kawałek. Może szlak gdzieś skręca.
Zostajemy z Rudolfem w ciemnościach. Deszcz, teraz już z gradem wali coraz mocniej w nasze kaptury.
Za chwilę światło czołówki wraca.
Jest szlak! – słyszymy krzyk Barta.
Jest szlak. Jest nadzieja. Idziemy naprzód. Początkowo wspinamy się po zboczu, ale później szlak schodzi coraz mocniej w dół.
-Nie kręcimy się przypadkiem w kółko?! – krzyczę do Barta – przypominając sobie jak niedawno błądziłem koło Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach.
-To niemożliwe! – odkrzykuje.
Jasne. Jak w wierszu Świetlickiego. „Pewnych rzeczy nie przyjmują do wiadomości. Tym samym te rzeczy są skompromitowane. Nie istnieją”.
A jednak okazuje się, że mam rację. Dochodzimy do krzyżówki szlaków. Mijaliśmy ją jakieś pół godziny temu. W dół odchodzi żółty, czerwony, którym mamy iść idzie granią.
Narada. Co robić.
-Wracajmy na Chopok. Znamy drogę. – mówię – lepiej wracać znaną drogą, nie wiemy czy w ogóle trafimy do otulni.
-Jesteśmy już blisko, niecała godzina- mówi Bart – a na Chopok trzy godziny. Trzeba iść na Chabenec.
-Rudolf?
-Idźmy.
Idziemy na Chabenec. Dochodzimy znów do miejsca, gdzie zgubiliśmy się wcześniej. Odnajdujemy teraz właściwy przebieg szlaku. Droga pnie się do góry. Jesteśmy wysoko na grani, szczyt Chabenca zapewne tuż tuż. Słyszymy daleki grom.
-Burza! – mówi któryś z nas.
A potem dodaje:
-Kurwa.
-Jeszcze tego brakowało. Co robimy?
Nagle błysk roświetla całą grań.
Ułamek sekundy, ale widzimy swoje przerażone twarze, rozszerzone oczy.
-JEZUS! – wrzeszczę na całe gardło.
-PADNIJ! – krzyczy ktoś.
Grom zagłusza nasz krzyk.
W gasnącej błyskawicy widzimy siebie trzęsących się ze strachu, tulących do ziemi. Wyrzucamy kije. Zapada ciemność. Ale jeszcze dobrą chwilę nikt nie rusza się z miejsca.
-Zostawiamy kije? – krzyczy nagle Bart.
-Ja zostawiam! – odkrzykuję.
I tak tego dnia jeden kijek ostatecznie się zepsuł. Wyrzucam zdrowy kijek w ciemność.
-Jednak szkoda – waha się Bart – i podnosi swoje kije.
Podążam teraz za nimi, ale wyrzucenie kijka było błędem. Teraz potykam się o skały zostaję w tyle. Ta chwila przy ziemi kosztowała mnie sporo ciepła. Trzęsą mi się łydki i wywalam się na prostej drodze.
-Poczekajcie! Nie nadążam!
Bart oddaje mi jeden ze swoich kijków.
-Tylko go nie wyrzucaj – mówi.
Łatwo mówić. Cały czas krzyczymy. Znów błysk, grom i znowu leżymy przy ziemi.
-Kurwa! Kurwa! Następnego dnia spierdalam do Polski! – klnę na cały głos.
Tak jest kilka razy.Ilekroć błyski rozświetlają grań padamy na ziemię, jak robaki przylegamy do gruntu.
Tak docieramy trzeci raz do znajomej już krzyżówki ze szlakiem żółtym.
-Co robimy?
Znów to pytanie.
-Wracamy do Chopoka.
-Schodzimy z grani.
-Przebijamy się przez Chabenec.
Trzech ludzi i trzy wersje. I tylko jedna czołówka.
To trzyma nas razem. Inaczej już dawno rozdzielilibyśmy się.
-Musimy zejść z grani – mówi Rudolf. – Dojść do linii lasu.
Bart obsesyjnie myśli o Otulni.
Otulnia lepsza niż mój Chopok. Chopok to trzy godziny granią. Przy tych piorunach. Otulnia bliżej.
No to schodzimy z grani – krzyczę.
Schodzimy żółtym droga początkowo sprowadza nas w dół a potem znów zaczyna się wspinać.
Cały czas strugi deszczu, huraganowy wiatr. Gromy jakby się oddaliły. Ale raz po raz błyska w oddali. Burza jakby zawisła nad masywem i nie mogła się przesunąć. Z centrum uciekliśmy na jej obrzeża, ale ona jak wielka płaszczka gotowa zmienić kierunek i odnaleźć trzy bezbronne mrówki, które nieopacznie znalazły się na jej terytorium.
-MAPA! MUSIMY SPOJRZEĆ NA MAPĘ!
Bart zgrabiałymi palcami rozwija strzęp mapy, którą kupił kilka godzin wcześniej na Chopoku. Arkusze zlepiły się i nie chcą odsłonić swych wnętrzności, skrawek mapy, gdzie akurat się znajdujemy pozostał w środku. Wreszcie udaje się.
-Panowie – mówi drżącym głosem Bart – jesteśmy na szczycie Skaly. To jest boczny masyw. Ta góra jest wyższa niż Chabenec.
Zatem zamiast uciec przed burzą, wyleźliśmy na wierzchołek, gdzie jesteśmy widoczni dla piorunów jak trzy groszki na patelni.
-Co robimy? – pada nie wiadomo już który raz.
-Nie wiem – mówię.
-Nie wiem – mówi jak głuche echo Rudolf.
Trzy kijki leżą u naszych stóp, układają się w trójkąt. Czwarty tuż obok. Dlaczego pamiętam takie szczegóły.
-Nie wiem – mówi Bart – dzwonić po Zachrannu Służbu?
Sam zdaje sobie sprawę, że to beznadziejne. Włączać telefon w tych warunkach. Nikt z nas nie ma chyba nawet ich numeru. Gdyby cudem dodzwonić się, jak przekazać własną pozycję przy takim wietrze, przecież nic nie usłyszą…
Musimy przetrwać tu do rana albo iść.
-Byłem po tej stronie Tatr w 96 roku – mówię – tu nie ma żadnych osad. Same lasy. Najbliższe jest Tale wiele kilometrów stąd.
-W lesie niedźwiedzie – mówi Bart – Największa ostoja niedźwiedzi na całej Słowacji.
-W takim razie idźmy na Chopok. Byliśmy tam. Znamy drogę – wracam do poprzedniego pomysłu. -Będziemy mieć przed sobą jakiś cel. Będzie łatwiej iść, choćby i dłużej.
-To brzmi rozsądnie – mówi Rudolf. – Wracamy.
Zatem wracamy. Jest przynajmniej kierunek. Teraz następują godziny mozolnego odwrotu.
Różnie reagujemy na stres. Bart zamyka się w sobie. Mobilizuje się, żeby zachować kontrolę. Rudolf popada w zobojętnienie. Ono roztacza nad nim płaszcz bezpieczeństwa, który wbrew strachowi pozwala iść dalej. Ja zamieniam się w choleryka, klnę i gadam do siebie. Niech emocje wychodzą na zewnątrz, nie ma nic gorszego niż strach, który dławi gardło.

Czy gdybym słyszał wojenną historię o Chabencu, tak rześko wyruszyłbym kilka godzin temu z Chopoka w stronę tej przeklętej góry?
Chabenec, 1955 metrów, tutaj w 10 listopada 1944 roku burza zaskoczyła wycofujące się oddziały słowackich powstańców. 80 żołnierzy i cywili zginęło w śniegu. Wśród nich komunistyczny polityk Jan Sverma. Tego nie wiem, kiedy wyczerpany i wyziębiony wlokę się przez ulewę w środku nocy w kierunku Chopoka. Wyobraźnia nie podsuwa mi pod oczy zamarzających partyzantów. Ścigani jak zwierzęta przez Waffen SS znaleźli śmierć w zamieci, gdzieś tutaj.
Docieramy cali i zdrowi do Chopoka o 4.30 rano. Kiedy już do schroniska pozostaje kilkanaście minut, koledzy wyprzedzają mnie i znikają za zakrętem. Idę teraz swoim rytmem. Ale jest już spokojnie. Nie leje. Wiatr jest słaby. Na niebie widać księżyc. W tym świetle księżycowym ukazują się wpierw czerwone lampy Chopoka a poniżej pojedyncza lampka schroniska.
Wiatr świszcze i zdaje mi się, że ktoś mnie woła. Czyżby czekali na mnie w innym miejscu i teraz znaleźli się za moimi plecami?
-Artuuur! Artuuur!
-Tu jestem! – odkrzykuję – Ale nie słyszę odpowiedzi.
Trudno. Nie mam siły, nie ma sensu ich szukać. Idę do schroniska, stamtąd wyślę im SMS-a, że jestem w schronisku. Ale gdy docieram Bart i Rudolf stoją już w holu i zrzcuają przmoczone ciuchy. Nic nie krzyczeli. Przyszli tutaj kilkanaście minut wcześniej.
Zali to ty mnie wołałeś ateistyczny duchu Jana Svermy? Zali to wy powstańcy byliście tymi głosami spod Chabenca?

Celebrity deathmatch nr 2
Foks vs Nowaczewski

Spotkanie z Cyklu Wrocławskie Studium Literackie pod patronatem Miesięcznika Odra oraz Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu


Wieczór autorski Darka Foksa i Artura Nowaczewskiego to drugie z cyklu
spotkań spotkań, na których chcemy zderzać różne typy liryki,
konfrontować podejścia do pisania szukając konfliktu i sporu. Chcemy
znaleźć nowe sposoby opisu sytuacji, w której jest teraz polska poezja,
wyjść poza schemat „barbarzyńcy i klasycyści”, rozruszać zastałą
sytuację, w której wszyscy są bezpiecznie okopani na swoich pozycjach.
Taki konflikt może zmienić statyczną sytuację, w jakiej znajduje się
polska poezja, zmusić poetów do otwarcia się i wyjścia poza „ogród
koncentracyjny”, podjęcia głosu. W spotkaniu czerwcowym sprawdzamy, czy
wytworzy się ferment między czołowym postmodernistą (czy to coś jeszcze
znaczy?) polskiej poezji Darkiem Foksem, a dopiero miksującym kulturę
popularną z tradycją literacką Arturem Nowaczewskim. Krytyk związany z
prawicowymi pismami „44″ i „Fronda” siądzie obok recenzenta ksiązkowego
„Machiny”. Skrzyżują rękawice na literackim ringu reprezentanci Pomorza
i Warszawy. To musi być ciekawe.

9 czerwca – Klubokawiarnia Falanster ul. Św Antoniego 23, Wrocław
Po spotkaniu odbędzie się specjalna edycja turnieju jednego wiersza z pulą nagród 600 zł

spotkanie poprowadzą:
Bartosz Sadulski & Przemek Witkowski

Darek Foks (ur. 1966) – poeta, prozaik, scenarzysta. Autor książek
poetyckich min. „Wiersze o fryzjerach”, „Misterny tren”, „Sonet drogi”,
„Ustalenia z Maastricht” oraz ostatnią „Sto najlepszych polskich reklam
i jedna niemiecka”. Za prozatorskie można uznać jego książki „Orcio”,
„Pizza weselna”, „Mer Betlejem” oraz „Wielkanoc z tygrysem”. W 2005
roku wspólnie ze Zbigniewem Liberą opublikował książkę „Co robi
łączniczka”, którą wyróżniono Nagrodą TVP Kultura i nominowano do
Nagrody Literackiej Gdynia. Pracuje w redakcji „Twórczości”. Mieszka w
Skierniewicach.

Artur Nowaczewski (ur. 1978) – polski poeta i krytyk literacki; doktor
nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Adiunkt na
Uniwersytecie Gdańskim. Wydał arkusz poetycki „Wyrywki”, tomiki wierszy
„Commodore 64″ i „Elegia dla Iana Curtisa”, książkę
historycznoliteracką „Trzy miasta, trzy pokolenia”. Współpracuje z
sopockim „Toposem”, stały współpracownik Magazynu Apokaliptycznego
„44″. Mieszka w Gdyni.

Obudziłem się na wysokiej antresoli. Otworzyłem okienko i moim oczom ukazały się bryły kamienic, szczerbate kominy i sterczyny anten. Siedziałem na dachu Starego Miasta mając kościół dominikanów po jednej stronie a dom Janusza Palikota po drugiej. Skrawek ulicy niknął za brzegiem dachu. Wyszedłem na miasto. Stary przedpołudniowy Lublin. Obok odnowionych domów, ogródków piwnych, knajp i pubów domy przeznaczone do rozbiórki. Byłem w martwym zakolu ulicznego ruchu, gdzie rytm życia biegł powoli, jak na początku wieku. Tuż za Starym Miastem zaczynały się korki i smród spalin. Minąłem zamek, muzea i ekspozycje i udałem się w stronę starego kirkutu. Za ruchliwym skrzyżowaniem zaczęły się kocie łby, przestrzeń starego przedmieścia, które jak niedookreślona wyspa trwało wśród blokowisk. Zatrzymał mnie mur, bluszcz i ciernie wspinające się po ścianie. Kłódka jedna, druga zamknięta. Nie widziałem zatem najstarszej w Polsce macewy z 1541 roku na grobie talmudysty Kopelmana ha-Levi; ani grobu cadyka Jaakowa Icchaka Horowitza ani mogiły rabina Szaloma Szechny. Tylko mur, bluszcz i ślimaki na ich śluzowych ścieżkach. Ulica nazywała się Kalinowszczyzna. Ładnie. Znajdował się tam dworek rodziny Wincentego Pola. Wszedłem do jednego z tych małych muzeów, gdzie lądowanie pojedynczego wędrowca jest wydarzeniem, jednym z niewielu wydarzeń dnia. Dwór jak się dowiedziałem od Pani Przewodnik przeniesiony został z innego miejsca, znajdujacego się w innej części miasta. Meble były „meblami z epoki”, globusy orbitowały wokół geograficznych pasji Wincentego Pola, ale książki, dziewiętnastowieczne wydania, były najprawdziwsze, jak i ciemne okulary poety, które nosił u kresu życia po utracie wzroku. Patrzył na mnie z muzealnego portretu, zanikający wieszcz drugiego rzędu, twórca z nieistniejącego świata polskiego ziemiaństwa i powtarzał sam już nie wiem? memento mori? carpe diem? Pamięć bywa kapryśna. Być może jedynymi czytelnikami Wincentego Pola poza studentami filologii są dzisiaj zapaleni myśliwi, dla których klasyką jest jego dzieło Rok myśliwca ilustrowane przez Kossaka. Spytałem jeszcze o kirkut i okazało się, że zapuszczonej nekropolii nikt poza żydowskimi wycieczkami nie odwiedza a klucza do cmentarza nie wydaje się takiemu jak ja gojowi ćwierćlewicie na krótkich wakacjach. Kiedyś podobno klucz miała Pewnapani, lecz Pewnapani zmarła, a teraz klucz znajduje się, zdaje się, w Teatrze NN. Nie mamy od roku już klucza odpowiedziali ludzie z teatru. Ale u w Pewnymmiejscu wydadzą ci klucz, jeśli zostawisz dowód. W plecaku miałem trzy tomy poświęcone Czechowiczowi wydane właśnie przez Teatr NN. To dzięki tej instytucji tu trafiłem z okazji festiwalu Miasta Poezji. Poeci czytają swoje wiersze w prywatnych mieszkaniach, które na czas festiwalu otwierają się na każdego, kto przyjdzie z ulicy. Jak to wygląda w praktyce nie zdążyłem sprawdzić, bo akurat Darka Adamowskiego i mój wieczór odbył się w Cax Mafe przy ulicy Staszica. Była nawet telewizja, ale szybko wyszła. Jeśli pokazała coś z tego spotkania (w co wątpię) to pewnie jakąś migawkę, w której poeta o nieznanym nazwisku wypowiada jakąś wyrwaną z kontekstu frazę. Dzień wcześniej jeszcze około godziny pierwszej w nocy poeta o nieznanym nazwisku przeczytał kilka wierszy w Radiu Lublin. Trafił tam razem z miejscową bohemą a także z jednym poetą walijskim, który wybijał sobie rytm fantazyjną laską. Byłem też na spotkaniu Jurija Andruchowucza. Andruchowycz opowiadał o książce, którą obecnie pisze – poświęconej 111 miastom, w których był lub bywał. W części dla pytań wstał Pan Bezceremonialny i oznajmił, że nie zna żadnej książki Andruchowycza. Niech pan [Andruchowycz - przyp. A.N] przeczyta dwa swoje, pana zdaniem najlepsze wiersze, jakie pan napisał, bo on, Pan Bezceremonialny nie ma czasu na literaturę i przyszedł posłuchać konkretów. Więc Andruchowycz przeczytał. A wieczorem byłem jeszcze na koncercie Andruchowycza i Karbido. Słucham teraz płyty Cynamon z dodatkiem Indii i tą ścieżką wracam do Lublina (przez Stanisławów). 

Fragment koncertu.

W ramach festiwalu Miasta Poezji
w piątek 28 maja o o godz. 18
w Klubie
Max Mafe przy ul. Staszica 1
odbędzie się spotkanie z niżej podpisanym,
które poprowadzą Marcin Kamola i Bartosz Wójcik.
Poczytam trochę wierszy i być może rozstrzygnie się
kwestia czy jestem partyzantem prawdy:)

Monstrualnie olbrzymi  Hauptbahnhof – lądowanie na planecie Berlin. Mrowie ludzi, ruchomych schodów, pociągi odjeżdżające we wszystkich kierunkach. Plan był następujący – włóczyć się bez planu.Najpierw przyciągnęła naszą uwagę kopuła, która okazała się synagogą. Kawałek dalej na Oranienburger Strasse zauważyliśmy bliskie zawalenia zgliszcze. Dom zdawał się pusty, ale muzyka zwabiła nas na podwórze. A tam olśnienie. W prowizorycznych budach rozłożyły się alternatywne galerie. To Tacheles – powiedział nam nadgryziony marihuaną artysta w bluzie „recycling the future”.Sztuka kwitła na tym śmietniku. Tak musi wyglądać sztuka Morloków. Tworzyć z odpadów, z rzeczy raz już użytych. Rzeźby zwierząt z zardzewiałego żelastwa, ławki zrobione z hydrantów i inne podobne cuda. W namiocie artysta-spawacz pracuje nad niezidentyfikowanymi zwłokami jakiegoś robota. Wracamy na zaszczaną klatkę schodową. Ściany nikły w napisach grafficiarzy i strzępkach plakatów. Na wysokich piętrach rozłożyły się galerie i atelier. Kupuję kilka pocztówek będących reprodukcjami efektownych kolaży. Na jednym z nich święty Jerzy w płaszczu z flagi amerykańskiej przebija radzieckiego smoka. W tle ludzie przechodzą berliński mur. Na innej Bóg Ojciec unosi dłonie nad wieżą Babel pozlepianą z wieżowców i parą praludzi, na jeszcze innej Charles Bukowski oznajmia: All  poets die in steaming pots of shit!!! Ha, ha, ha!!!

A potem idziemy przez Wyspę Muzeów. Przez bazary z książkami, gdzie w tytułach błyska się i słychać szczęk żelaza. Wehrmacht na okładkach. Waffen SS. Rudolf Hess. Gotyk. Groźna militarna biblioteka. A tuż obok stare winyle z przebojami gwiazd enerdowskiej piosenki. Warstwy nostalgii. Stare fotografie, pocztówki. Czerń, biel i sepia. Ale już dalej i dalej na Unter den Linden. Ambasada Rosji jest tak ogromna, że rosyjska flaga powiewająca na maszcie budzi wątpliwość, gdzie jesteśmy. W Niemczech? W Petersburgu? Szeroka lipowa aleja kończy się przed Bramą Brandeburską. A tam jakaś pikieta. Ludzie rozwinęli transparenty. Ktoś coś krzyczy przez megafon. Tego dnia odbywa się w Berlinie finał pucharu Niemiec. Kibice w szalikach swobodnie poruszają się po mieście, nie ma mowy o kordonach, zmasowanych siłach policji. Spokój, od czasu do czasu okrzyki, trąbki, flagi… Więcej zielonych szalików Werderu, mniej czerwonych Bayernu. Zapełniają się puby. Widzimy twarze, które w napięciu obserwują mecz. Polskie akcenty: Jaro z Anią robią sobie zdjęcie przy kawałku muru Stoczni Gdańskiej. Przy nim – kilka zeszłotygodniowych zniczy. Ślad Smoleńska? Na Unter den Linden wielka biało-czerwona  płachta reklamująca Rok Chopinowski. Okolice Potsdamer Platz – nie do życia. Za to wszędzie trafiamy na enerdowski fetyszyzm. Za jedyne 60 euro możesz sobie wynająć trabanta i jeździć nim po mieście. Odtworzone posterunki amerykańskich żołnierzy w Checkpoint Charlie. Ślady berlińskiego muru. Ale specjalnych różnic miedzy wschodnimi a zachodnimi dzielnicami nie widać.

Naszym celem teraz jest Kreuzberg. Orientalna Oranienstrasse. Dzielnica mocno sturczona, multinarodowa, knajpy tureckie, hinduskie, tajskie, chińskie, japońskie, lądujemy w końcu w singapurskiej, na której zielonej tarasie stoją wysokie na ponad dwa metry posągi Buddy. Dziwaczne mini-ogródki uprawiane przez elektorat Zielonych. Pnącza sunące po bydynkach. Przed punkowym pubem Wild at Heart plakat zespołu The Neanderthals. Co grają The Neanderthals? Powróćcie do czasów  nieskrępowanego prehistorycznego rock ‚n’ drolla! Wokalista nosi fryzurę Elvisa i  łaciate łachy przypominające wdzianko Freda Flinstona. Inny plakat, tu w Berlinie, zaprasza na świętowanie 9 maja. Prazdnuj s nami Devatoe Maja! A niżej po niemiecku – bo jeśli nie świętujesz to znaczy, że przegrałeś! Wchodzimy na jednego browara do knajpy „The Misfit” (wyrzutek) przy Leuschnerdamm. Czarne metalowo-harleyowe towarzystwo. Muzyka AC DC. Czerń i tatuaże. Jasne są tu tylko włosy blond-kelnerki.

Noc w hostelu przy Singerstrasse. Rano idziemy na mszę. Jarema pyta młodych Niemek, gdzie jest St. Antoniuskirche. Nie chodzimy do kościoła! – odpowiadają prawie oburzone dziewczyny. W końcu trafiamy. St. Antoniuskirche skrył się gdzieś w trzewiach blokowiska. Na mszy około stu osób, ksiądz po siedemdziesiątce, szafarka komunii i dziwaczne parytety wśród ministrantów: jeden chłopiec i trzy dziewczynki. Komunia na rękę. Starszy Niemiec dzieli się z Jaremą śpiewnikiem. Z tacą chodzi trzynastoletni murzynek. Kościół ascetyczny, jak z kolorowych obrazków o misjach. Nie rozumiem ani słowa. Po melodii orientuję się, w której części mszy jestem. Do komunii przystępują prawie wszyscy. Dalej idziemy w stronę Berlina socrealistycznego. Trafiamy na sklep rosyjski, gdzie wszystkie produkty prosto z Rossiji. Ekspedientka, też Rosjanka – wymieniamy kilka zdań, wychodzimy z rosyjską chałwą.
Marchlewskistrasse, Warschauerstrasse, w końcu olbrzymia Karl Marx Alee. Szersza chyba od Marszałkowskiej. Odpucowana. Gołe ściany. Nagie kolumnady. Rzeźby kobiet o bardzo grubych rękach. Jest tak pusto, że wyparował stąd nawet samogonny Mefisto. Później Alexander Platz. Fontanny – dużo młodzieży. Są i punki – barwne irokezy, ćwieki w skórzanych katanach. Miejsce na pauzę. I wreszcie słońce, bo wczoraj cały dzień lało. Ułomek starówki, właściwie dwie uliczki pokazujące jak to kiedyś wyglądało. Odwiedzamy okolice słynnego berlińskiego ZOO, ale jego zwiedzanie odkładamy sobie na inny raz. Ruina kościoła w samym środku miasta przypomina rok 1945. Czas wracać na Hauptbahnhof.

Mieliśmy wysiąść w Angermünde. Stajemy przed drzwiami, pociąg zatrzymuje się na stacji, ale drzwi nie otwierają się. Idziemy do następnych – zamknięte. Jeszcze następnych, przed nami drepczą inni. Nagle pociąg rusza. Do jasnej cholery! Przeklęty niemiecki ordnung muss sein! Pociąg musi być punktualny, co z tego, że ludzie nie wysiedli. Kilometr za stacją pociąg zwalnia. Teraz nas wypuści – i będziemy wracać wzdłuż torów. A figę! Za chwilę znów przyspiesza. Jak teraz wrócimy do Szczecina?! Krzyki. Walenie pięściami w drzwi. Więcej ludzi jedzie do Szczecina. Kristine – studentka szczecińskiego PAM-u, pani z Yorkiem, Japończyk i my. No, to zaczyna się w końcu jakaś fabuła…

Dni były krótsze. Ten akurat był deszczowy. Plucha w Olsztynie. W środku tygodnia miasto wyglądało na wymarłe. Snułem się po ulicach w poszukiwaniu jakiegoś lokalu, gdzie mógłbym przeczekać dwie godziny do odjazdu autobusu. Ok. 21.30 odjeżdżał ostatni bus do Pisza. Wsiadło nas w sumie cztery osoby. Bus ruszył w jądro nocy, szosa wiła się przez ciemne lasy. Co tu robiłem? Zaproszony do prowadzenia warsztatów literackich w mieście Piszu miałem zameldować się tego wieczoru w hotelu Joseph Conrad. Bus grubo po jedenastej dowiózł mnie do celu, to jest do pustego miasta. Ruszyłem przed siebie niepewny czy w ogóle znajdę hotel. Wchodziłem w nieruchomość pogrążonego we śnie miasteczka. Zauważyłem postać z teczką idącą ulicą. Szedłem w inną stronę, lecz postać podążyła za mną.
-Przepraszam – odezwał się człowiek z teczką – Czy pan Artur Nowaczewski?
Jakby ktoś pytał dlaczego nie rozstaję się z czapeczką, to właśnie ma odpowiedź. Możecie nazwać moją czapkę idiotyczną. Możecie komentować pseudowojskowe emploi, lecz czasem się przydaje. Postać okazała się Panem Rafałem z Urzędu Miasta, który samochodem zawiózł mnie do hotelu Joseph Conrad. Miałem zamiar zaraz położyć się spać. Ale oczywiście nic z tego nie wyszło. W hotelu było już kilku poetów uczestników festiwalu, którzy grzali się przy kominku w restauracyjce o groźnej nazwie Jądro Ciemności. Nie ma czasu na sen, gdy widzi się kogoś raz albo dwa lub trzy razy na rok. Pokój dzieliłem z Przemkiem. Dzielimy wiek, pasję, wrażliwość. Skoro zaś razem dzieliliśmy pokój co wieczór wyglądało to tak. Co wieczór wracaliśmy z twardym zamiarem zapadnięcia w sen, po czym zaczynaliśmy gadać i gadaliśmy tak długo aż pozostawało się zdrzemnąć przed pobudką. Zresztą w innych pokojach było podobnie – wszyscy jakby dostali nadmiarową baterię, chodzili jak nakręceni. I tak pięć dni, w których spałem łącznie może z piętnaście godzin.
W ciągu dnia pełniłem obowiązki poety. Razem z koleżeństwem odwiedzałem lokalne biblioteki, gdzie czekano na poetów. No więc robiliśmy za poetów. Poetów smutnych i poetów zakręconych. Grzecznych albo ironicznych. Aroganckich lub nieśmiałych. Prowadziłem też warsztaty – gdzie rozpiętość wiekowa między najstarszym a najmłodszym uczestnikiem wynosiła mniej więcej mój wiek obecny. Chyba poszło nie najgorzej. Po południu przychodził czas na koncerty i przesiadywanie w Kawiarence Sytuacyjnej. Tam odbywały się konkursy, czytania wierszy i ogólny spontan.
Wątki tych rozmów i sytuacji ciągną się do dziś. No bo czy byłbym w stanie przewidzieć, że wykonamy z Kubą mój poemat przy akompaniamencie sitara? Każdy wieczór przynosił nowe zdarzenia. Czytanie wierszy i prozy na żwirku przed hotelem. Czytanie wierszy w kabinie prysznicowej. Improwizowany koncert w kiblu. Taksówką po wiersz. Tam i z powrotem. Autobus do Prania i suty piknik. No i wiele, wiele rozmów w te dni. Minął już prawie miesiąc, ale ciężko mi to jakoś zamknąć w opisie. Zresztą nie chcę tego zamykać, bo dalsze ciągi trwają. Krążą pocztą książki, krążą maile i zdjęcia. Wspomnienia. Są ludzie. Tylu wspaniałych ludzi. W jednym miejscu. W Piszu. Gdzieś ta chwila trwa.

W majowej „Lampie” można znaleźć notę o Elegii dla Iana Curtisa. Paweł Kozioł pisze m.in., że zadomowiłem się w najnowszej literaturze i że zrobiłem to z wdziękiem. Mimo niewielkich rozmiarów recenzja zawiera kilka trafnych uwag. Jej autor wskazuje na patronat Zbigniewa Macheja oraz aluzje do wierszy Tadeusza Dąbrowskiego i Tomasza Różyckiego.


  • RSS