nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: artur-nowaczewski



Serdecznie zapraszam na koncert grupy Kutabuk, którą tworzymy z Jakubem Nogą i Jackiem Stromskim. Tego wieczoru jeszcze raz połączą się: egzotyczny dźwięk sitara, transowy rytm bębnów z melicznością moich wierszy. Poszczególne utwory wiążą się ze sobą tematycznie, przez co tworzą coś na kształt suity. Najważniejszy utwór w programie to opublikowany niedawno w „Arteriach” długodystansowy (dosłownie!) poemat Kutabuk, którego sceniczne wykonanie trwa ponad osiemnaście minut. Premierowy koncert odbył się 10 grudnia zeszłego roku w sopockim Młodym Byronie i został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Pewnie nieprędko znów zagramy w Trójmieście, więc nie możecie tego przegapić!



środa, 16 lutego, g. 19



Bohema Jazz Club


81-342 Gdynia, Waszyngtona 21 (Centrum Gemini)


wstęp wolny


szlifibruki i flaneurzy

Nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria właśnie ukazała się moja nowa książka Szlifibruki i flaneurzy. Figura ulicy w literaturze polskiej po 1918 roku:

Panorama niemal stu lat polskiej literatury oglądanej z perspektywy ulicy. Swój przegląd literackich ulic autor opiera na trzech najważniejszych datach w historii najnowszej: 1918–1944–1989, dążąc do swoistej syntezy stulecia. Nie ogranicza się jednak do mimetycznego spojrzenia na ulicę, ale traktuje ją jako przestrzeń, w której konkret przenika się z porządkiem symbolicznym, a przestrzeń publiczna nakłada się na przestrzenie prywatne i uintymnione. Taki sposób lektury – skromny, „uliczny”, a jednocześnie szeroki, bo obejmujący prawie cały miniony wiek – pozwala przyjrzeć się nie tylko poszczególnym fenomenom literackim, ale i długofalowym przemianom zachodzącym w polskiej literaturze.

W najnowszym Kwartalniku Literackim Wyspa (nr 4 2010) można znaleźć recenzję mojej książki. Jej autor Mariusz Solecki pisze m.in.:

Nowaczewski nie pyta jak żyć po Oświęcimiu. Za odległe to dzieje i nie jego bezpośrednie dziedzictwo. W otwierającym „Elegię dla Iana Curtisa” „Polaku Małym” pyta, jak żyć po PRL-u, pozostawiającym oczywiście nieporównywalnie mniejsze spustoszenie niż doświadczył ocalony Różewicz, ale przecież ogromne na miarę człowieka czującego się wygnańcem z krainy czystości języka.

W recenzji pt. Śmierć męskich mitów Wojciech Kudyba, poeta, krytyk literacki, profesor UKSW pisze:

Czy w ogóle istnieją jeszcze wzory męskości, których nie trzeba brać w nawias, opatrywać cudzysłowiem? Na tak postawione pytanie nie pada w książce jednoznaczna odpowiedź. (…) Jest w tomie kilka wierszy-śladów. Kilka tekstów, które każą myśleć o drodze i jej etosie. Aby mówić o jej bohaterach trzeba wydobyć nieznane kulturze masowej, nieobecne w świadomości literackiej. Trzeba upomnieć się o lewicowego radykała i mistycznego pisarza zarazem – o poległego pod Villeroy porucznika Charles’a Peguy. Wydobyć z niepamięci charyzmatycznego obrońcę Gdyni – pułkownika Dąbka a także dominatora miedzywojennego alpinizmu – Mallory’ego. Każdy z nich ma w sobie przejmujący portret – różniący się od plakatów Leona Zawodowca i Jacka Sparrow w sposób zasadniczy.
Czym? Tym, że ponieśli klęskę? Że są postaciami tragicznymi? Pewnie tak, ale nie tylko. Koncentrując się na tym, by ukazać ich postać w chwili, gdy padają ciosami losu, wydobywa Artur pewien szczególny rys, który dla odbiorcy może wydać się decydujący: wiarygodność. Ich śmierć ma wymiar świadectwa. Nie jest załamaniem, lecz przypieczętowaniem, ostatecznym dopełnieniem drogi, którą podążali. Nękany przez dziennikarzy, pytających o to, po co chce się wspinać na Czomolungmę, Mallory miał odpowiedzieć: „ponieważ istnieje”. Kiedy zginął u podnóża Mount Everestu, fraza przeszła do historii alpinizmu, przypomina ją też poeta. W kontekście innych wierszy nabiera ona jednak dodatkowych znaczeńl. Staje się odpowiedzią, jakiej mógłby udzielić każdy z wymienionych wcześniej bohaterów. Ponieważ nie są to dziś rzeczy oczywiste, stawiamy pytania: dlaczego mamy być wierni tym, którzy nam zaufali, dlaczego mamy być wierni wspólnocie z której wyrastamy, ludziom, których znamy tylko trochę; dlaczego mamy za nich umierać? Wciąż nie możemy uwierzyć, że odpowiedź może być tak prosta: ponieważ istnieją…

Całość do przeczytania w nowym numerze (96) dwumiesięcznika „Arcana”.

KUTABUK

trójmiejska premiera poematu
koncert poetycko-muzyczny

Wystąpią:
Artur Nowaczewski (melorecytacja)
Jakub Noga (sitar)
Jacek Stromski (bębny)

Kutabuk – to rodzaj melancholii opisany w XVIII-wiecznej Wielkiej Encyklopedii Francuskiej
od imienia mitycznego zwierzęcia skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody.
Ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia.
Taki tytuł nosi nowy poemat Artura Nowaczewskiego – gdyńskiego poety i podróżnika.
Poemat o objętości ponad dwustu wersów powstał w jedną noc i ulegał później niewielkim
poprawkom. Autor opisał w nim swoje doświadczenia z pieszych wędrówek.
W poemacie tym jako tło posłużyły zarówno niedalekie Lasy Oliwskie, jak i bezdróża Europy.
Bohater tak jak mityczny kutabuk nie może się zatrzymać, to opis życia w pędzie,
w ruchu, „on the road”, szalony korowód nazw, postaci, przygód
a jednocześnie medytacyjna podróż w głąb siebie.
Jak wykonać tak długi utwór? Komplementarną częścią poematu stał się hinduski instrument
strunowy sitar, na którym gra gdyński poeta i muzyk, Jakub Noga. Dźwięki sitaru nie są jedynie
akompaniamentem do słów, ale nadają tempo i rytm „marszu” bohatera utworu.
Czasem tekst podąża śladem muzyki a czasem muzyka za poezją.
W Młodym Byronie będziemy mieli okazję wysłuchać trójmiejskiej premiery poematu.
Pierwszy raz z Nowaczewskim i Nogą wystąpi znakomity wybrzeżowy perkusista Jacek Stromski.

piątek,10 grudnia, godz. 20
Młody Byron.
Dworek Sierakowskich
ul. Czyżewskiego 12, 81-706 Sopot

Artur Nowaczewski,
poeta, krytyk literacki, podróżnik, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Stały współpracownik „Toposu” i Magazynu Apokaliptycznego „44″. Wydał m.in. tomiki wierszy Commodore 64 i Elegia dla Iana Curtisa. Jego wiersze tłumaczono na język czeski i niemiecki.

Jakub Noga,
muzyk, poeta, prozaik. Współpracował z Przemkiem Dyakowskim, Jackiem Stromskim, DJ Romero, DJ Nasteem (Bernard Grey). Z Michałem Gosem (perkusja) Radovanem Jacuniakiem (bas) oraz Przemkiem Dyakowskim (sax) tworzy zespół muzyki improwizowanej „Śladami Gagarina”. Gra na hinduskim instrumencie strunowym sitar.

Jacek Stromski,
jeden z najbardziej znanych perkusistów trójmiejskich, w latach dziewięćdziesiatych grał w zespole Apteka. Współpracował także z Tymonem Tymańskim w zespołach: Miłość i Kury, a także z Mazzolem. Świetny improwizator, charakteryzujący się ogromnym wyczuciem i świadomością brzmienia.

Nowaczewski-Noga w Koronowie

Istnieje rodzaj melancholii, którą Arabowie nazywają kutabuk,
od imienia zwierzęcia, skaczącego na wszystkie strony po powierzchni wody.;
ludzie, których ona dotknęła, błądzą i chodzą bez wytchnienia –
czytamy w Encyklopedii Diderota i A’Alemberta.
W żadnych innych tekstach melancholicznych nie spotkałem się
z tą arabską nazwą ani z takim zwierzęciem.
Natomiast motyw nieustannego włóczenia się, nieprzerwanego marszu
powraca w nich często.
(
Marek Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty.)

Nowy poemat Artura Nowaczewskiego łączy dwie pasje autora- wędrówki
piesze i poezję. To rodzaj medytacji w marszu – bohater Nowaczewskiego
wspomina wszystkie swoje wyprawy. Powstaje utwór, który łączy w sobie
spacery do niedalekich od Trójmiasta lasów oliwskich i marsze przez
bezdroża Europy. Podróż staje się wędrówką w głąb samego siebie.
Pierwsze spontaniczne wykonanie poematu miało miejsce w hotelu Joseph
Conrad w Piszu na Mazurach w kwietniu 2010 roku. To wówczas do
melorecytacji  Artura Nowaczewskiego po raz piewszy dołączyły niezwykłe
dźwięki sitara Jakuba Nogi. Kutabuk to poemat, w którym muzyka jest nie
tylko akompaniamentem do słów, ale nadaje im tempo i rytm. Raz to Jakub
Noga podąża za tekstem Nowaczewskiego, innym razem to poeta dostosowuje
się do sitara swojego kolegi.

Jakub Noga (ur. 1978 r.), muzyk, poeta, prozaik. Współzałożyciel projektu „Mockba3″, gdyńskiej grupy poetyckiej „AERONAUCI”,
łączącej awangardowe brzmienia z poezją. Współpracował z Przemkiem
Dyakowskim, Jackiem Stromskim, DJ Romero, DJ Nasteem (Bernard Grey),
gościł w „Chlupocie Mózgu”, współtworzył projekt „Funkorganick”. Z Michałem Gosem (perkusja) Radovanem Jacuniakiem (bas) oraz Przemkiem Dyakowskim (sax) tworzy zespół muzyki improwizowanej „Śladami Gagarina”. Gra na hinduskim instrumencie strunowym sitar. Mieszka w Gdyni.

Artur Nowaczewski (ur. 1978 r.), poeta, krytyk literacki, pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Od kilku lat współpracuje z sopockim „Toposem”, stały współpracownik Magazynu Apokaliptycznego „44″. Wydał tomiki wierszy Commodore 64 (2005) i Elegia dla Iana Curtisa (2010), książkę historycznoliteracką Trzy miasta, trzy pokolenia (2006), pod koniec roku ukaże się jego nowa książka pt. Szlifibruki i flaneurzy. Autor podróżniczego bloga
http://nowaczewski.blog.pl
. Jego wiersze tłumaczono na język czeski i niemiecki. Mieszka w Gdyni.

 
 
 

Na blogu Biala Fabryka można znaleźć recenzję ‚Elegii dla Iana Curtisa’ autorstwa Krzysztofa Kleszcza (‚Nieruchome splawiki nad glebokościami”). Polecam.

Internetowy Kwartalnik ‚Szafa’ zamieszcza
w najnowszym numerze wywiad pt.
Jack Sparrow spotyka Adama
Mickiewicza
,
który przeprowadził ze mną Marek Doskocz
oraz trzy wiersze z Elegii dla Iana Curtisa.
Recenzję tomiku można znaleźć na blogu kobiekcje.

Kilka fragmentów naszego spotkania we Wrocławiu można zobaczyć tu

Byłem na meczu Korei Północnej z Koreą Południową. Niedowiarkowie mogą sprawdzić w tabelach FIFA – spotkanie odbyło się 11 października 1990 na stadionie Rungrado w obecności 150 tysięcy ludzi. Wypełnili stadion od pierwszego do ostatniego miejsca. Byliśmy na trybunach już na godzinę przed rozpoczęciem. Nie bardzo potrafiłem odróżnić zawodników północnych od południowych. Do przerwy wynik pozostawał remisowy. Podobno ostatecznie północni Koreańczycy wygrali 2:1. Zresztą chyba niedługo potem znów byliśmy na meczu tych drużyn – niestety było to spotkanie pokazowe, po przerwie składy przemieszały się, część północnych założyła koszulki południowców i na odwrót, południowcy biegali po boisku w północnych trykotach. Grano nonszalancko w obronie, przez co jedna z drużyn – rzecz jasna ta, która grała w białych koszulkach północnokoreańskich – wygrała 5:1. Potem jeszcze raz, ale już na ulicy widziałem tłumy kibiców wracające z przegranego towarzyskiego meczu z ZSRR. Stadion Rungrado ponoć jest największy na świecie – słynna Maracana zmieściła prawie 200 tysięcy ludzi podczas finału mistrzostw świata w 1950 roku, ale oficjalnie wejść może tam prawie o połowę mniej widzów.

Czy w Korei Północnej działała liga? Pewnie tak. Przynajmniej w Phenianie było kilka stadionów – poza stadionem Rungrado w odległości kilometra na zachód, za wzgórzami Moranbon znajdował się stadion im. Kim Ir Sena na 100 tysięcy miejsc. Nowy stadion, także na kilkadziesiąt tysięcy widzów znajdował się w olimpijskiej dzielnicy Kwanbok, inni duży obiekt wybudowano na jednej z wysp na rzece Tedong, niedaleko naszego domu znajdował się stadion gabarytami przypominający nasze ligowe boiska – czyli dziesięć tysięcy miejsc. Przynajmniej teoretycznie było gdzie rozgrywać mecze i gdzie trenować. Chociaż dzisiaj, gdy ogląda się skład drużyny północnokoreańskiej międzynarodowe agencje często nie potrafią określić z jakiego klubu pochodzi dany zawodnik i wpisują „unknown”. Wyobrażam sobie wtedy w jak trudnych warunkach grają ci piłkarze. Dzieci z brazylijskich slumsów czy gracze z Afryki mogą liczyć, że gdy nie zawiedzie ich talent i szczęście wylądują w bogatym europejskim klubie, ale tacy Północni Koreańczycy?

A jednak to właśnie Północna Korea była pierwszą reprezentacją narodową z Azji, która osiągnęła coś na mundialu. Stało się to w 1966 roku w Anglii zaledwie dwa lata po tym jak północnokoreańska drużyna narodowa zadebiutowała w międzynarodowych rozgrywkach. Z mistrzostw wycofały się drużyny afrykańskie i azjatyckie z wyjątkiem właśnie Korei Północnej. Rozbiła ona w barażach Australię i dzięki temu pojechała na mundial… Zaczęło się przewidywalnie – od porażki z bardzo silną ekipą ZSRR – aktualnymi wicemistrzami Europy. W meczu z Chile remis Koreańczykom udało się uratować w ostatnich minutach. Pozostał ostatni mecz grupowy z drużyną Włoch. Azzuri zlekceważyli egzotycznego przeciwnika, przeciwko „dżokejom” jak nazywano Koreańczyków ze względu na niski wzrost wystawili rezerwowy skład. Tymczasem Koreańczycy wygrali 1:0 i to oni, nie faworyzowani Włosi awansowali do ćwierćfinału. Tu właściwie zaczął się dramat północnokoreańskiej drużyny – upojeni zwycięstwem zawodnicy hucznie świętowali zwycięstwo – upijając się w barze i nie zdążyli zregenerować sił. W ćwierćfinale trafili na rewelację turnieju Portugalię z legendarnym Eusebio w składzie. Pomimo iż prowadzili już 3:0 przegrali 3:5. Wielki wódz uznał, że piłkarze zachowali się „reakcyjnie i burżuazyjnie, ulegli wpływom zgniłego kapitalizmu i złych idei”. Całą drużynę z wyjątkiem rozgrywającego Pak Du Ika, który podczas feralnej imprezy został w hotelu ze względu na ból żołądka zesłano do obozów.

W latach osiemdziesiątych, w obozie Jodok, Kang Czholwan spotkał jednego z graczy legendarnej jedenastki. Pak Songdzin był na mundialu w Anglii kapitanem drużyny. Strzelił dwa gole – z Chile i Portugalią. W Jodok w niczym nie przypominał dawnego bohatera, inni więźniowie ochrzcili go przydomkiem Karaluch – bo żywił się prawie wyłącznie owadami. Bardzo długi czas spędził w karcerze. Kang Czholwan pisał, że kiedy widział go po raz ostatni piłkarz był już na skraju wyczerpania. Co działo się w jego głowie podczas tych lat spędzanych w koncentracyjnym obozie Jodok, skąd za drutami mógł oglądać ojczyste góry? Czy w nocy nawiedzały go wspomnienia z angielskich boisk? Skąd znajdował energię by kurczowo trzymać się życia? Wiedział przecież, że nie będzie już powrotu do krótkich chwil euforii.

W 2002 roku – żyło co najmniej siedmiu graczy z jedenastki. Przynajmniej taki obraz serwuje nam film Anglika Daniela Gordona – The game of their lives. Opowiada on o pobycie drużyny koreańskiej w Anglii – w Middlesbrough. Koreańczycy zdobyli sobie sympatię mieszkańców, podobno trzy tysiące kibiców z tego miasta wybrało się na mecz ćwiećrćfinałowy by dopingować swoich gości. W ujęciach z angielskich mistrzostw widzimy miejscowych wyrostków, ktorzy powiewają flagą Korei Północnej. Film przedstawia poszczególnych piłkarzy, którzy opowiadają o początkach swojej przygody z futbolem, wspominają pobyt na VIII Mistrzostwach Świata, emocje związane z meczowymi sytuacjami, wrażenie, jakie czynił na nich Eusebio… A także o lęku przed kościołem, który widoczny był z okien hotelu oraz przed wiszącymi w pokojach krzyżami. Widzimy oldboyów jak składają wieńce pod siedemnastometrowym pomnikiem Kim Ir Sena. Piłkarze płaczą wspominając wodza. Przed wyjazdem Kim Ir Sen miał powiedzieć – drużyny z Europy i Ameryki Południowej zdominowały mistrzostwa. Reprezentujecie Azję i Afrykę. Wygrajcie jeden lub dwa mecze… Film pokazuje ujęcia z powrotu piłkarzy do kraju, jak są fetowani przez mieszkańców Phenianu. Jak dzisiaj żyją w glorii narodowych bohaterów. Oczywiście stanowczo zaprzeczają plotkom, jakoby zostali zesłani do obozów.

Przyglądałem się wątłemu człowiekowi w mundurze, który prawie czterdzieści lat wcześniej zakładał białą koszulkę z numerem 8. Czy to rzeczywiście był Pak Songdzin, zwany w Jodok Karaluchem?


  • RSS