Melnik

Schodziliśmy we troje. Droga wiła się w gęstwie sucholubnego lasu. Jakże różny to był las od tego z północnych stoków Riły. Tam góry pełne wody, cieków, źródełek, strużek deszczówki; tutaj – sucha na wiór ziemia, pomarszczona kora drzew, oddech piachu wdzierający się w nozdrza. Było tak gorąco, że ociekaliśmy potem. Kilkakrotnie gubiliśmy szlak. Dzień „zejściowy” okazał się jednym z bardziej morderczych podczas całej wyprawy…Naszym oczom ukazywały się sylwetki strzelistych piaskowych piramid. Stawaliśmy nad brzegami skarp rozsadzanych przez korzenie. Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Rożen i zalegliśmy w mehanie na dwa piwa. W karczmie panował przyjemny chłodek. Fenomenem wspólnych wędrówek jest to, że każdy taki jeden dzień waży o wiele więcej niż kilka nawet spotkań w normalnych warunkach. Jakby na relacje miały wpływ nie tylko rozmowy, przeskakujące z wątku na wątek, ale także wspólne milczenie, wspólne zmęczenie. Miałem podczas tej wyprawy szczęście do przygodnych towarzyszy podróży. Spotkania z nimi tworzyły esencję tej pieszej wyprawy. Nikt nie jest samotną wyspą…

Rożenski Monastyr był niewielką budowlą skrytą za pnączami winorośli. Zaglądaliśmy do cichej cerkwi, chybotliwej przestrzeni rozpiętej na twarzach ikon i płomieniach świec. Chodziliśmy po cienistych drewnianych balkonach, podłoga skrzypiała pod stopami. W ciszy tylko źródło było słyszalne. Przychodzili i miejscowi, sękaci dziadkowie z papierosami w palcach, zgarbione kobiety w czarnych chustach. Przypatrywaliśmy się im notując te scenki w naszej pamięci. Monastyr zdawał się być zagubiony pośród tego upału, jakby była to ślepa odnoga sierpnia, w którą zapuściliśmy się przypadkiem. Pół godziny tu spędzone było dwoma kwadransami innego czasu… Chyba odczuwaliśmy to podobnie – dwójka czeskich ewangelików i Polak-katolik w bułgarskim prawosławnym monastyrze…

A potem dalszy marsz przez dolinę wyschłej rzeki, pokonywaliśmy wielkie progi, które wiosną musiały być rwącymi wodospadami; Wyobraźnia widziała rzekę w tym korycie, widziała jej głębokość, furię wody spływającej z wiosennych roztopów…. Wreszcie zobaczyliśmy Melnik. W dolinie głęboko ukrytej w skałach stała szopa? dom? Pasterski szałas? Gdzieś w lesie przemieszczało się stado owiec; koło zagrody powiewała flaga Unii Europejskiej, co tworzyło widok dość zabawny. Z gęstwiny sucholubnych lasów wchodziliśmy na obszar Imperium. Melnik tylko z pozoru przecież wyglądał jak przed stu laty. Każdy dom był tu przecież jednocześnie hotelem, wino pędzone tutaj znajdywało tysiące nabywców. Autokary z zachodnimi turystami przyjeżdżały do modelowej malowniczości tego niezwykłego miasteczka. Obrazy, naczynia i wino, wino wyzierające zewsząd. Kiedyś Melnik miał 12 tysięcy mieszkańców – dzisiaj na tym samym obszarze mieszka ledwie czterystu. Ciekawe ile ma miejsc noclegowych.

Szukaliśmy „noszczuwki” udało się zdobyć trzyosobowy pokój z łazienką za jedyne dwadzieścia lewa. W dużym sąsiednim przechodnim pokoju stała stara biblioteka wypełniona grzbietami bułgarskich klasyków; nieznana klasyków, jedna z peryferyjnych literatur, o której wiedzieliśmy zgoła nic. Przy meldunku pokazaliśmy paszporty – właściciel zdziwił się widząc obok siebie godła Rzeczpospolitej i Czeskiej Republiki. „Międzynarodowe towarzystwo” – skomentował. Jako jedyny biegły w cyrylicy wpisywałem nasze dane na meldunkowych kartach. Osobliwe tworzyliśmy towarzystwo – teraz byłem brany za Czecha. Czeski zresztą wypełniał Melnik. Czeski śmiech jak z praskich piwnic zdominował miasteczko wyłaniające się z otchłani bułgarskiej i osmańskiej historii. Siedzieliśmy na balkonie popijac wytrawne wino, w rozmowie Piłsudski mieszał się z Masarykiem, Morawy z Kaszubami, słowiański język raz przybierał polski, raz czeski kształt, ciepła sierpniowa noc otulała ulicę, gwarną, pobrzmiewającą dźwiękami bułgarskiego folku.

Ranek wypełniliśmy zwiedzaniem miasteczka. Wystarczyło na to niespełna dwie godziny. Cały Melnik można przejść w ciągu zaledwie kwadransa. Zwiedzaliśmy muzem bogatej miejscowej rodziny kupieckiej, degustowaliśmy wino w chłodnych, przepastnych piwnicach. A potem przyszedł serdeczny moment pożegnania i pewność, ze się jeszcze zobaczymy. W Czechach, Polsce – gdziekolwiek. Jechałem przez Sandanski do Sofii. Zdziwiłem się jak daleko zaszedłem przez te dwa tygodnie. Podróż autobusem trwała trzy godziny – patrzyłem na przesuwający się za szybą krajobraz, lukałem też na film, który kierowca puścił na zawieszonym pod sufitem telewizorze. Czułem się dobrze, swojsko, swobodnie. W Sofii po wypłacie gotówki stanąłem przed problemem – co dalej? Napisałem SMS-a do Bogdana – czy mogę przyjechać do Płovidiv. Odpowiedź przyszła natychmiast, krótka i treściwa: „da”. Znów jechałem pociągiem na wschód, ale tym razem dalej niż do Kostenec. Ile wydarzyło się przez te dwa tygodnie. Jak szybko poczułem się w tym kraju pewnie, jak łatwo poprzez serca ludzi wypełniał się czymś więcej niż powierzchownością przewodników i folderów. Krótkie „da” Bogdana otwierało przede mną całe Płovdiv.

Płowdiw

Na peronie Bogdana nie znalazłem. Zaniepokoiłem sie trochę, była bowiem godzina dziesiąta wieczór a duże miasto to jednak nie las, gdzie można sią zaraz rozbić i zasnąć. Na szczęście chwilę potem zobaczyłem znajomy rybacki kapelusz mojego bułgarskiego przyjaciela. Okazało się, że dopiero wrócił z Riły. Czterdzieści godzin jechał stopem, zaczął się już niepokoić, że nie zdązy przed moim przyjazdem. Teraz szliśmy ulicami miasta rekonstruując ostatnie dni. Opowiadałem o wejściu na Wichren, o Melniku i nowych przyjaciołach z Czech. Możesz u mnie zostać przez cały weekend – powiedział Bogdan zanim jeszcze zdążyliśmy dojść do jego domu. W niedzielę z Rodopów wróci Filip. Mój tatko mówi po polsku, ucieszył się, że będzie miał okazję przypomnieć sobie język. Dom Bogdana miał prawie dziewięćdziesiąt lat i był dziełem inżynierskiego rodu – zbudował go pradziadek Bogdana i nosił już w sobie życie kilku pokoleń. Dwudziesty wiek tylko lekko nadgryzł go nie ruszając mieszkającej tam rodziny. Mama Bogdana karmiła mnie specjałami tutejszej kuchni – natychmiast wylądowała przede mną na stole szopska i tarator. I tak przez cały weekend doświadczałem jej gościnności w domowych pieleszach. Wrócił i wkrótce z delegacji Tatko Bogdana i przywitał mnie… czystą polszczyzną. Języka nauczył się w latach siedemdziesiątych zafascynowany filmami Wajdy i Polańskiego puszczanymi w ośrodku polskim. Miał przyjaciół w Poznaniu, skończył kurs językowy w Polsce, był i w Zakopanem. Jego inżynierskie oko dziwiło się góralskim drewnianym budownictwem. Weszła do kuchni siostra Bogdana i zdziwiła się (Tatko, od kiedy ty znasz polski?!). Spałem tego dnia twardym zdrowym snem.

Następnego dnia ruszyliśmy z Bogdanem w miasto. To szczęście móc zwiedzać miasto, z kimś, kto tu dorastał. Udziela się przez to nam część czułego osobistego spojrzenia, które przebiega znajome ulice, wypełniając je codzienną drogą do szkoły, aurą młodzieńczych spotkań na pobliskich wzgórzach. Najpierw wspieliśmy się na wzgórze, gdzie stanął znak sowieckiej dominacji – wielki pomnik sołdata Saszy. Stał tu i starzał się spokojnie, wystawiony na obojętność miejscowych, którzy nie egzaltowali się zakrętami historii. U jego stóp wieczorami odbywały się alkoholowe libacje, zbierali się narkomani i czarne ptaki miejscowej młodzieży. Ze wzgórza widać było całe miasto – zbudowane na ośmiu bodajże wzgórzach, z których część została zdeniwelowana przez komunistów. Od Saszy ruszyliśmy w stronę starego miasta. Kręciliśmy się po jego uliczkach, zachodziliśmy do cerkwi a także do meczetu. Turcja cofnęła się stąd przed półtora wiekiem, ale zostawiła muzułmanów jak ryby wyrzucone na brzeg, trwali tu teraz przypominając o latach Osmańskiego Imperium. Był tu też dom, w którym mieszkał jakiś francuski pisarz. Tablica oznajmiała po francusku, że odwiedził to miejsce prezydent Mitterand. Kiedyś się dowiem, co tu robił francuski literat i czy wiąże się z tym jakaś ciekawa historia, ale nie teraz.Na koniec Bogdan zachował niespodziankę – antyczny teatr pamiętający jeszcze czasy macedońskie. Historia nie zaczynała się tutaj wraz z przybyciem Bułgarów, wyprzedzała ich ukazując swoją zmienność i względność. Siedzieliśmy w kawiarni obok teatru a Bogdan opowiadał jak rozkradana jest Bułgaria z kulturalnych dóbr. Poszukiwacze skarbów, szabrownicy przeczesywali ziemię w poszukiwaniu antycznych monet i garnków,  rzemieślniczych wyrobów sprzedając te cuda za bezcen zachodnim kolekcjonerom. Ba! W dotkniętym kryzysem kraju znikały też muzealne zbiory, jakby państwo było zbyt słabe, zbyt mało okrzepłe, aby zatrzymać to, co było jego dziedzictwem… Dziwny ten kraj stawał się miejscem egzystowania religijnych sekt typu Białe Bractwo; komunistyczny dyktator patrzył w przyszłość oczyma prokini Wangi; rosyjska armia niosła tu inaczej niż w reszcie świata wolność; spod gruntu wydobywano ślady kilku upadłych bułgarskich państw; armie Macedończyków, Rzymian, Bizantyjczyków, Turków przewalały się przez te ziemie, płomienni rewolucjoności jak poeta Botev tworzyli mitologię nowej Bułgarii. Ta w ciągu jednego roku stawała się potęgą zagrażającą Stambułowi by w drugim stanąć na skraju przepaści osaczona przez dawnych sojuszników. Wieczorem Bogdan przyniósł rakiję swojego dziadka. Dziadek zmarł dzisięć lat wcześniej pozostawiając zapasy domowego trunku. Zrozumiałem natychmiast, że nie sięga się po nie codzień. Przypomniałem sobie jak trzy lata wcześniej ruszyłem szlakiem pamiętnika swojego dziadka na Litwę, do jego stron rodzinnych. I że gdzieś w domu czeka na otwarcie dwudziestosiedmioletnia whisky, którą wiele lat temu przywiózł z rejsu. Czeka na szczególne okazje, na śluby i narodziny… Tutaj było czuć dzieje rodziny Bogdana. Duch dziadka jakby wciąż chodził po pokojach, sprzęty trwały w jakiejś wielkiej narracji, świat był skupiony, jak przed wielkim wybuchem; obok siebie narodziny i śmierć, dojrzewanie i starość, radość i smutek. Słuchaliśmy zespołu Isihija – słyszę do dziś jak wypełnia dom Bogdana, jak z obcego staję się świadkiem rozgałęziających się w przeszłość opowieści. Na ekranie komputera chmury przemykają się nad ruinami średniowiecznych twierdz a wojska bułgarskie zmierzają w feralnym 1393 roku w kierunku swojej zagłady… Przyjmuję dzisiaj rakiję jak komunię, to jest krew Bułgarii. Jej duch, jej ciepło rozpływające się po ciele.

Następnego dnia Tatko Bogdana decyduje, że pojedziemy do Baczkowskiego Monastyru. Niedziela. Jadę z rodzicami Bogdana na południe, w Rodopy. Baczkowski Monastyr jest tak samo słynny jak Rilski; przewalają sie tu tłumy turystów a stragany ciągną się na kilometr przed jego bramą. Piękna średniowieczna budowla jarzy się wszystkimi kolorami dzisiejszego słońca. W cerkwi wisi ikona Matki Bożej najsłynniejsza w Bułgarii. Kiedy Jan Paweł II odwiedził Bułgarię otrzymał w prezencie kopię tej ikony. Tatko Bogdana z wielką atencją wypowiada się o naszym papieżu i nie jest to tylko kurtuazja… Czekam w długiej kolejce do Matki Bożej. Pielgrzymi przechodzą obok skrytej za szkłem ikony. Całują szkło, głaskają czule palcami. Co jakiś czas pop przemywa szybę szmatką, na połysk. Monastyry… to tutaj przetrwała Bułgaria, w nich jest ta nitka, która łączy średniowiecze z osiemnasto, dziewiętnastowicznym odrodzeniem narodowym. Od Tatki Bogdana dostaję mursalski czaj. Zielona jakieś to ziele o wielu dobroczynnych bułgarskojęzycznych działaniach. Nazwa łacińska Sideritis Scardica, popularna nazwa „bułgarska wiagra”… Podobno leczy też oskrzela i prostatę. Dzisiaj pisząc właśnie parzę i popijam sobie te cudowne zioło:) Wracamy do miasta. Przyjechał Filip, jedziemy nad sztuczny tor kajakowy. Długi na dwa kilometry, szeroki na chyba sto… Wokół park, tereny rekreacyjne, biegacze, rolkarze, rowerzyści. Tor jest pełen ryb. Młode pary robią sobie tutaj zdjęcia. Pożegnalny wieczór, jutro rano wyjeżdżam. Dostaję od Filipa płytę z bułgarską muzyką. Coś się kończy, coś się zaczyna…