nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: bulgaria

Wędrowałem przez pastwiska otoczone wapiennymi skałami. Ominąłem zasłonę (schron)”Orlovo Gnezdo”. Nazwa ta – jak sądzę – nie miała odnosić się jedynie do gniazda orła, ale do niezdobytej reduty w bitwie pod Szipką. Wieczór zachmurzył się i próg chyży Dermenka przekroczyłem akurat z piewszymi kroplami deszczu. Schronisko, tak jak mówił Georgi, było odnowione i wypasione. W pokojach było czysto i przytulnie.
Na moje „Od Polsza sem. Ne syćko razbiraja” szefowa kuchni z uśmiechem odpowiedziała „Czego potrzebujesz, panie?”
Mało nie wybuchłem śmiechem. Zastanawiałem się skąd znała tą śmieszną frazę. Czy z jakiś przedpotopowych rozmówek a może z jakiegoś serialu? Jako mości hrabia w dziurawych portkach i śmierdzący kilkudniowym potem czułem się dość osobliwie.
Zjadłem suty obiad w dość postmodernistycznej stołówce. Stare sztandary z czasów komuny wisiały obok zielonego „Svoboda ili smirt”.  Nacjonalizm bułgarski współistniał tu z komunizmem -przeszłość nie przytłaczała.

Spałem w pokoju na strychu. Całą noc wiatr huczał za oknem, rano przez świetlik ujrzałem zachmurzone niebo, więc z rezygnacją zamknąłem oczy. Rano, już sporo po dziewiątej wychodziłem na szlak. Idąc przez las znalazłem na szlaku grób młodej dziewczyny, która zagubiła się w zimie. Miejsce nie było przecież położone wysoko, wyglądało zupełnie niegroźnie. Zimą Bałkan stawał się barierą prawie nie do pokonania, rozdzielał kraj na dwie części. W dawnych wiekach, kto chciał podróżować jego przełęczami w zimie był uważany za szaleńca…  Tymczasem nagle wyszło słońce. W chyży Dobriła zjadłem obiad i ruszyłem dalej. Wspiąłem się na trawiasty wierzchołek, gdzie znów znalazłem grób z 1994 roku – tym razem młodej pary – chłopaka i dziewczyny. Płyta była pęknięta na cztery części. Z góry rozciągał się widok grani prowadzącej w stronę Boteva. Na pierwszym planie widniał wybitny szczyt Goliam Kupen, ostra iglica wżynająca się w niebo.

Ruszułem w jego kierunku. Minąłem stado owiec nad małym jeziorkiem. Stary pasterz przyjaźnie pokazał mi szlak. Okazało, że muszę wspiąć się na tę iglicę. Dziarsko wchodziłem posuwałem się w górę stromą ścieżką. Szlak był miejscami ubezpieczony linami, przypominał tatrzańską Orlą Perć.W jednym miejscu było bardzo wąsko i zaklinowałem się z plecakiem. Trzeba było się cofnąć i próbować innym sposobem. Wreszcie gdy stanąłem na szczycie i doznałem tego rozpierającego uczucia, gdy z wysokości oglądamy całą okolicę. Wpisałem się do książki wejść  i zrobiłem sobie zdjęcie na tle nieco już postrzępionego zielonego sztandaru „Svoboda ili smirt”. Hasła tego, jak dowiedziałem się później,  używali powstańcy w Starej Zagorze w 1875 roku. Bułgarzy nie wstydzili się romantyzmu, z dumą opowiadali mi o swoich bohaterach w walce o wolność. Widocznie ich południowy temperament nie znosił półśrodków. Chociaż powstanie zakończyło się szybką klęską, nikt tu chyba nie stawiał pytania – czy warto było przelewać krew. Szaleńczy poryw garstki słabo uzbrojonych partyzantów był krzykiem, że naród bułgarski istnieje – że ma prawo do czegoś więcej niż bycie „rają” (bydłem) w ramach gnijącego Osmańskiego Imperium. Trzy lata później Bułgarzy odzyskali niepodległość a imionami poległych nazywano miasta, miasteczka i szczyty. Nowożytna Bułgaria została zbudowana na nazwiskach czetników, powstańców kwietniowych, odrodzeniowych działaczy. Historia szybko zmieniała się w mit…

Mozolna droga grzbietami i trawersami zawiodła mnie na niewielki trawiasty skrawek grani. Rozbiłem swój namiocik, mogłem obserwować jak słońce zachodzi nad drogą, którą tu przyszedłem, nad imponującą szpicą Goliam Kupena. Z drugiej strony wyrastał już potężny Botev z widoczną maciupką iglicą meteorologicznej stacji. Tam miałem być jutro, na razie chłonąłem wieczór…

I znów szedłem odkrytym, trawiastym grzbietem, połonina za połoniną, wierzchołek, za wierzchołkiem. Ścieżka trawersowała zbocza, słupy oznaczające zimowy przebieg szlaku pięły się po grzebieniach grani. Góry znów były coraz wyższe, 1800, 1900 metrów, wreszcie sięgnęły dwóch tysięcy, trawa ustąpiła skałom. Pod Vrch Pascal rozbiłem namiot. Tryb zero-jedynkowy, zachodnio-wschodni, zachód, wschód, zachód, wschód, ciągle na wschód…Byłem zmordowany i głodny. I samotny. Samotność w górach trwająca dwa-trzy dni jest nawet pożądana. Wydłużająca się na ponad tydzień staje się uciążliwa. Zdałem sobie sprawę, że na przesuwające się widoki, na północy i południu, jestem coraz bardziej zobojętniały. W dzień nie było czasu się nimi cieszyć. Wieczorem stawałem wobec wielkiej ciszy. Nie napiszę, że „majestatycznej”. Jak łatwo to, co piszę zamienia się w klisze, jak banalnie język przylega do krajobrazów. Jak cyfrowe zdjęcia – daje obraz w dobrej rozdzielczości, ale jak bardzo niepełny. Myślałem o ludziach, którzy przemierzali Starą Płaninę w przeszłości. Podczas tej wyprawy nieraz natrafiałem na ich ślady. Tablice upamiętniające czetników walczących z Turkami. Grupy partyzantów przenikały tu zza Dunaju i posuwały się wzdłuż pasma. Musieli przetrwać w tych górach, żyć właściwie z tego, co udało im się upolować, bo nie mogli zbyt wiele zapasów wziąć na swoje plecy. Żywność od pasterzy chyba można było kupić, ale czy każdy pasterz sprzyjał im? Może groziła im zdrada? Czy umiem wypowiedzieć akurat te góry? To jedno, jedyne miejsce zwane raz Starą Płaniną, raz Bałkanem a raz Hajmonem?

Prawdopodobnie język, którym mówiły te sześcio-siedmioosobowe grupy Polaków wspomniane przez Iwo, nawet nie muskał Bałkanu. Ześlizgiwał się po turystycznych banałach, konsumował krajobraz, pędził z gór, w góry. Czepiał się turystycznego sprzętu, wysokości, technicznych trudności. Polszczyzna pozostawała sobą przy rozpalanych tu ogniskach, zamykała się na historiach przywiezionych z domu i kolejnych wypraw. Tak podróżować nie chciałem. Zapominałem swojego języka, w samotności oddychałem bułgarszczyzną i powoli otwierał się dla mnie świat Bułgarów. Nie szeroko, na oścież. Pozostawał uchylony, ale już nabierał różnych odcieni…

Jeżeli wybierasz się w podróż, niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

Z Vrchu Pascal ruszyłem w kierunku nieczynnej chyży Planinski Izvori. Stała na rozległej połoninie, dostrzegłem tutaj, prawie nieobecną w innych miejsach, kosodrzewinę. Przy źródełku widać było ślady turystów. Jakiejś swołoczy, która pozostawiła pordzewiałe puszki, pety, ślady ogniska. Konie pasły się na połoninie. Gnałem dalej na wschód…
Teraz  jeden po drugim następowały trawiaste wierzchołki. W głębi zobaczyłem potężny masyw Veżen. Rozległy płaski wierzchołek tej góry wyrastał ponad wszystko dookoła. Wysokość prawie 2200 metrów, to był jeden z najwyższych szczytów w Bałkanie. Zanim jednak tam doszedłem, droga była długa i żmudna. Był 15 sierpnia – Święto Wojska Polskiego – dla kurażu śpiewałem polskie pieśni wojskowe. Nikogo nie spotkałem od rana. Żadnego turysty. Przed wejściem na Veżen trzeba było pokonać skałki spiętrzone przed grzbietem. Wreszcie, wieczorem wyszedłem na rozległą połoninę na wierzchołku. Nie wiem, czy widziałem w życiu tak rozległą połoninę. Poczułem się jak „w stepie szerokim”. Ruszyłem w stronę słupa, który oznaczał szczyt góry. Nieco w dole pasło się wielkie stado owiec. Usłyszałem szczek psów. Psy już nieraz dawały mi się tu we znaki, ale szczęśliwie udało się je omijać. Teraz nie było szans. Błyskawicznie oderwały się od stada i pędziły w moim kierunku.Pięć pasterskich owczarków opadło mnie ze wszystkich stron, wściekle ujadając.
-”Paszli won” – krzyczałem rozpaczliwie, opędzając się terkingowymi kijami i starając schować się za niewielką wyniosłość terenu. W końcu daly spokój, uszedłem cało.
Schowany z drugiej strony góry robiłem zdjęcia.
Nagle zobaczyłem, że zbliża się do mnie człowiek. Domyśliłem się, że jest pasterzem – podpierał się długim pasterskim kijem, na bose stopy miał założone gumowe buty. Całości dopełniały – dżinsowa koszula i czapeczka z daszkiem opatrzona logo Hondy. Nie pamiętam dziś dokładnie jego twarzy, chyba jednak była nieco zarośnięta.
-Słyszałem, że masz problem z psami – odezwał się bułgarski juhas.
-Błagodaria! – odpowiedziałem – miałem problem, ale już wszystko w porządku.
-Pokażę ci, jak postępować z psami. Kiedy cię zaatakują nie możesz wykonywać gwałtownych ruchów – unaoczniał te gwałtowne ruchy zamaszystymi ruchami swojego kija -Tak źle. Na psy jest jeden sposób. Pies nie ukąsi kucającego. Więc gdy zaatakują cię psy, musisz przysiąść – bułgarski góral przysiadł podpierając się z przodu kijem. Kucnąć, nie ruszać się i wołać owczarza. Psy wtedy ci nic nie zrobią.
-Dziękuję za radę
-Skąd przyjechałeś?
-Od Polsza sem.
-Słyszę, że znasz rosyjski?
Skinąłem głową.
-Ja też. Ale nie lubię Rosjan. Niektórzy Bułgarzy mówią, że Rosjanie „bracia”, ale to nieprawda. Rosjanie przywieźli tu komunizm a w górach nigdy nie było komunizmu.
-Ale od Turków was wyzwolili? Tu przecież w Bałkanie była ta bitwa pod Szibką. Tam właśnie idę.
-Wyzwolili i nie wyzwolili… Rozumiesz: dominat. Ale My wszyscy Słowianie. Rozumiesz bułgarski?
-Bołgarski razbiraja, gawariu na ruski…Jak znam polski i rosyjski, to z bułgarskim łatwiej. Trochę się już nauczyłem.
-W bułgarskim są takie słowa, jakich nie ma w żadnym innym słowiańskim języku. Na przykład „kucze” – to znaczy pies. To słowo z języka Hunów. Słyszałeś o Attyli?
Skinąłem głową.
-Dokąd idziesz?
Opowiedziałem o tym skąd wyruszyłem i dokąd zmierzam.
-I sam? – upewnił się.
-Sam. Myślałem, że kogoś spotkam, ale w górach „małko turistow”
-Samemu niedobrze. Nie wiadomo, co może się stać. Skręcisz nogę na prostej drodze. Albo żmija cię ukąsi…
-Są tu żmije?
-Pewnie, że tak. Zobacz! – wyciągnął kija wskazując miejsce jakieś półtora metra od ścieżki.
-Tu na przykład młoda żmija…
Na pierwszy rzut oka nic nie zauważyłem.
-To twoje stado?
-Tak.
-Duże?
-Trzysta sztuk.
-Można z tego żyć?
Nie zrozumiał w pierwszej chwili.
-Czy można się z tego utrzymać? Jak żyje się owczarzom w Bułgarii?
-A.. nie jestem ani bogaty, ani biedny… Mam kysztę, auto. Sprzedaję mleko i wełnę. Rozumiesz? Ani bogaty, ani biedny. W sam raz. Jak ci na imię?
-Artur.
-Krasimir.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
-Zimą mieszkam w swojej kyszcie. – ciągnął Krasimir -Od maja do października mieszkam w górach, w krytym wozie. Z psami.
-Psy chronią stado przed wilkami? Wołczi tu są?
-Są.
-A niedźwiedzie?
-Też.
-No. Tą drogą, wzdłuż słupów trafisz do chyży. Lek put!
-Lek put!
Krasimir zawrócił w stronę swojego stada a ja wędrowałem ścieżką w stronę schroniska Weżen.

Wydawało się, że nic złego mnie już tego dnia nie spotka. Jakim więc zaskokiem była dla mnie droga do schroniska! Schodziła niemal pionowo w dół, ubezpieczona była łańcuchami. Gdyby nie ciężki plecak nie sprawiłaby mi większej trudności, nie bałem się takich stromizn. Byłem przecież w Alpach, Pirenejach, na Orlej Perci…Ale teraz z ciężkim plecakiem i wyczerpany kilkudniowym marszem byłem prawie wobec niej bezradny. Posuwałem się bardzo powoli a zejśćie, które miało trwać pół godzinki zamieniło się w koszmar. Głód, zmęczenie, lęk przed spadnięciem skumulowały się w jednej chwili.
Boże, jeśli tak w następnych dniach będzie wyglądać droga, to się poddaję! – pomyślałem.
Kryzys przychodzi znienacka. Jeszcze przed chwilą rozmawiając z Krasimirem święcie wierzyłem w powodzenie swojej wyprawy. Teraz kompletnie w nią zwątpiłem. Od samego początku swojej wędrówki przez Starą Płaninę natrafiałem na nieprzewidziane trudności. Czy porwałem się na coś, co przekracza moje siły?
Trzeba powiedzieć stop. Umieć się wycofać. Nie jestem przecież szaleńcem…
Wreszcie doszedłem do ciemnej linii lasu. W lesie zmrok najpierw zapada blisko ziemi, w cieniu wielkich świerków, potem stopniowo zamazuje coraz wyższe kontury lasu. Już dawno minęła dwudziesta, kiedy zobaczyłem chyżę Weżen. Kolosalny budynek. Ale kompletnie pusty, jak się zorientowałem po braku świateł w oknach. Czy i ta chyża jest zamknięta?
Na szczęście w pustej jadalni przy jednym stoliku siedzieli właściciele i dwójka gości. Właściciele chyży przywitali mnie ciepło.
Wylądowała przede mną zupa, wielki talerz szopskiej, kiufteta…
Wystarczyło napełnić żołądek, żeby odzyskać stracone morale.
Gdy się najadłem, szefowa zaprowadziła mnie do pokoju. Spytała, czy mam latarkę.
-Mam, a czemu pani pyta?
-Bo w schronisku nie ma światła.
Po prostu super. Jeszcze jeden „suprize”. Zasnąłem natychmiast.

W Bunovie zrobiłem zakupy (czytaj zakupiłem większą ilość banic, biskuitów i wafli) i ruszyłem wzdłuż potoku w stronę gór. Minąłem efektowny wiadukt. Staruszka pasąca kozy pokazała mi drogę do Czawdar. Było lekko po południu, gdy doszedłem do skrytego w cieniu drzew budynku. Zapukałem do drzwi. Po chwili otwarły się i stanął w nich niewiele ode mnie starszy mężczyzna. Jego chłodne, ale przyjazne oczy szybko lustrowały moją postać.
-Dobry den, iskam za hrana! – zacząłem swoją gadkę.
-Sorry, no food, no hrana – wyraźnie skonfudował się gospodarz.
Moje pojawienie się widać było dla niego zaskoczeniem.
Boże, czyżbym był jedyną turystą w tych górach?
-A czeszma u was jest?
-Jest.
To już coś. Przynajmniej nabiorę wody. Ruszyłem w stronę źródełka.
-Poczekaj – odezwał się za mną chyżar po angielsku. Mogę ci dać pomidory, tomatoes….
I po chwili przyszedł do mnie z wielkim talerzem. Były tam pomidory, świeży ogórek, spory kawałek wędliny, serek bałkański typu feta. Chyba dosłownie wszystko, co miał w lodówce. Zrozumiałem, że ze względu na mały ruch nie prowadzi tu stołówki i sięgnął do swoich osobistych zapasów.
Usiedliśmy przy stole niedaleko źródełka.
Okazało się, że chyżar ma na imię Iwo. Okazało się, że znał rosyjski. Więc rozmowa szła wartko.
-Od Polsza sem. Gawariu na ruski, razbiraja bołgarski…
-Dokąd idziesz?
-Tak daleko, jak się da. Kom-Emine. Może do przełęczy Szipka?
-A gdzie będziesz spał?
-Myślę spać i jeść w chyżach, jeśli będą otwarte. A jak nie, to jest pałatka.
Opowiedziałem mu swoje perypetie z Trsteną, Leskovą i Murgasz.
-Nie możesz liczyć, że schroniska będą otwarte.- uśmiechnął się ironicznie Iwo -A jeśli będą otwarte, to nie możesz zakładać, że kupisz tam jedzenie. Jaką masz mapę?
Pokazałem mu swój komplet map z 1991 roku.
-Niedobre, są tu błędy. Przyniosę lepszą.
Wrócił z mapą Parku Narodowego Centralny Bałkan.
-Musisz uważać na siebie. Ludzie lekceważą Starą Planinę. Myślą niższe góry, to znaczy łatwiejsze. Myślą: byliśmy w Rile, w Pirinie, co to dla nas Bałkan? I mylą się. Tutaj szybkie zmiany pogody. Najtrudniejsze szlaki w Bułgarii, najniebezpieczniejsze. Idziesz przez Płaninę i cały czas widzisz „grob, grob”.
Iwo pochylił się nad mapą.
-Gdzie masz zamiar dzisiaj spać?
-Murgana. Jest otwarta?
-Jest. A potem gdzie?
-Svistiplaz? Oni rabotajut?
-Ne znaju. Jeden rok pracowali, potem zamknęli, potem znowu otworzyli…
-To w takim razie Planinski Izvori.
-Ne rabotajut. Tam pasterze, nie lubią turystów, bo tamci śmiecą. Nie wiem czy pozwolą ci przenocować w namiocie…Następne schronisko, które na pewno pracuje to Veżen. Tam możesz dotrzeć za trzy dni…
Nie wyglądało to dobrze, zapowiadało się, że czekają mnie bardzo trudne trzy dni marszu, w których mogę liczyć tylko na siebie.
-Co się dzieje z tymi chyżami?! puste albo pozamykane. To jakaś katastrofa…
-Zła polityka. Ludzie wynajmowali chyże na dziesięć lat i doprowadzali je do ruiny. Tam, gdzie gospodaruje turysticzeskij sojuz, tam jest dobrze. A tam, gdzie schroniska przejęły województwa – bankructwo.
-To nikt po tych górach nie chodzi?
-Chodzą. Owszem chodzą. Ale nie w sierpniu.
-To kiedy?
-Jesienią. Wiosną.W lipcu. Nawet w zimie. Ale teraz Bułgarzy są nad morzem (na morieta).
-A zagraniczni turyści?
-Są czasami. Niemcy. Polacy też. Częściej idą od morza na zachód…Duże grupy najczęściej. Po sześć – siedem osób. I nie chcą rozmawiać po rosyjsku.
Zapadła chwila milczenia.
Przyjrzałem się ukradkiem mojemu rozmówcy. Przypominał introwertyków, samotników, których spotykałem w górach nieraz – trochę niczeańskie typy, o czarnym poczuciu humoru.
-Jak ci się tu żyje przez cały rok? Ile lat jesteś chyżarem?
-Jestem tu od pięciu lat. Sam. Nie mam kobiety, dzieci. To jest moje życie. Robota zawsze się znajdzie. Zawsze jest coś do zrobienia.
-A wieczorami, zimą?
-Mam tu internet, telewizję. Książki. Nie nudzę się.
Zapadła chwila milczenia, zastanawiałem się nad następnym pytaniem, ale brakowało mi słów.
-Nie idź do tego Vezen – odezwał się nagle Iwo. – Zostań tu. Mam zdjęcia. Nikt nie sprawdzi, że nie byłeś. Posiedzimy tutaj kilka dni. Pogadamy, piwa możemy się napić. Zaraz będzie lało. Na co ci leźć przez te góry?
-Jednak muszę iść.
-Wiem, to był żart – zaśmiał się.
Żałowałem jednak, że nie mam czasu. Wiedziałem, że przez kilka dni czeka na mnie samotność. Tutaj, razem z Iwo, czas by upłynął inaczej. Mógłbym poznać jego historię, mam wrażenie, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić. To by było coś – zobaczyć Czawdar w grudniu pod zwałami śniegu, albo w październiku w ostatnim blasku złotej jesieni, zobaczyć Czawdar wiosną – zobaczyć Czawdar oczyma Iwo…
Wziąłem od niego adres mailowy. Kiedyś jeszcze muszę go odwiedzić – Iwo, samotnego chyżara z Czawdar.

Ruszyłem dalej. Nie poszedłem do chyży Murgana. Chcąc nadrobić drogi nocowałem dalej w namiocie. Burze omijały mnie szczęśliwie. Widziałem wielkie kamieniołomy Etropolskiej Płaniny, zdewastowany krajobraz po północnej stronie gór. Miejsce, gdzie się rozbiłem nie było szczególnie piękne, było wtedy już ciemno. O świcie zwinąłem się i ruszyłem w kierunku góry Svistiplaz.
Gdy jadłem śniadanie, opodal na boku szosy zatrzymał się stary, wysłużony wóz i wysiadło z niego trzech cyganów. Przyjechali zbierać „borowinku” (jagody). Całe zbocza gór były pokryte ogromnymi jagodowymi polami. Cyganie niczym mrówki poruszali się po tarasach jagodowych krzewów, byli tyci, malutcy, ledwie można było ich dojrzeć na tle potężnego masywu. Nawoływali się nawzajem głośno.
Przed wejściem na Vrch Svistiplaz zatrzymał mnie jeden z nich i poprosił o wodę.
Twarz miał zmęczoną życiem, alkoholem i tytoniem. Nie był jeszcze stary, ale już stracił połowę zębów. Te, które mu pozostały wyglądały jak czarne opieńki. Normalnie czarna śmierć w ustach. W tym strasznym upale wziął ze sobą tylko półlitrową buteleczkę jakiegoś słodkiego gazowanego napoju. Łagodnie mówiąc: idiotyzm. Nalałem mu wody do kubka z termosu. Wypił poprosił o jeszcze. Gdy chciałem schować termos, powstrzymał mnie ruchem ręki. Nadchodziła jego kobieta. W jego widać wieku, lecz mniej zniszczona. Jej też kazał nalać kubek. Wypiła.
Bułgarzy nie lubią Cyganów (zresztą kto w ogóle tak naprawdę ich lubi? kto im ufa?).Jeśli, jakiś region kraju słabiej sobie radzi gospodarczo, mówi się: „tam jest dużo Cyganów”. Cygan to w Bułgarii „cziorny”. „Cziorny wypowiedziany często z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Gdy byłem w Bułgarii głośna była sprawa powrotu do kraju kilkunastu Cyganów wydalonych przez Francję. Od tej informacji zaczynały się wszystkie informacyjne serwisy. „Cziornymi” nazywano chyba też, jak się zorientowałem, bułgarskich Turków. Przypomniałem sobie pomnik przy stacji, który minąłem dzień wcześniej. Postawiony w połowie lat osiemdziesiątych upamiętniał ofiary tureckiego terroru. Czemu akurat turecki terror powrócił na pomniki w latach osiemdziesiątych? Czy miało to związek z wyjazdem dziesiatek tysięcy bułgarskich Turków do Turcji?

Krótka wymiana zdań ze zbieraczami borowinki była ostatnią w tych dniach. Przez najbliższe dni miałem nie spotkać nikogo.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa….

Cokolwiek się stanie, muszę odzyskać plecak… Widząc że się zbliżam owczarek flegmatycznym krokiem udał się do budy. Miałem więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby pies okazał się agresywny, czekałyby mnie sądne godziny… Chwyciłem plecak i czym prędzej stamtąd spierdalałem. Tak, w sposób wulgarnie jednoznaczny spierdalałem. Uciekać – byłby to eufemizm. Znalazłem się znów przy cygańskich wozach, gotowy iść dalej – byle dalej od przeklętej chyży Murgasz. Wtedy usłyszałem rzężenie silnika. To gazik, wojskowy gazik z płanincami w środku wspinał się na przełęcz. Zatrzymał się na moment przy szczeniakach. Wysiadł z niego śniady Bułgar, wyjął telefon komórkowy i z kimś rozmawiał. Zapewne właściciel psów polecił mu po drodze przyjrzeć się pozostawionemu w górach dobytkowi. Drugi z pasażerów, siwy, siedział na przednim siedzeniu. Śniady wsiadł znów za kierownicę, trzasnął drzwiami, miał zamiar jechać…

Nie zastanawiałem się długo. Mimo ciężkiego plecaka i masakrycznego zmęczenia podbiegłem do gazika niemal rzucając się na maskę.
-Dobry ludi! Tri dni sam v planina. No food! Glodny i umiereny! Mozna z wami?
Śniady skinął głową.
-Siadaj!
Wrzuciłem plecak i wskoczyłem do wozu. Silnik gazika zarzęził, szarpnął i ruszył.
-Dokąd wy jedite?
-W selo – odpowiedział kierowca krótko.
Znaczy „do wsi” mało precyzyjne. Ale tam z pewnością jest jedzenie. Może ktoś mnie przenocuje. I już jawiła mi się wizja jak siedzę w jakimś bułgarskim domu i opowiadam o swoich przygodach a wszyscy po bułgarsku kręcą głowami. Nie, nie to znaczy tak, tak: co za lekkomyślny wariacki Polak, co za dziwo.
Droga była straszliwie dziurawa, w gaziku trząsło straszliwie, teraz wiedziałem dlaczego dach jest brezentowy. Raz po raz odrywałem się dupą od siedzenia i szybowałem dwadzieścia centymetrów w górę uderzając głową w dach. Śniady prowadził szaleńczo. Dobrze, że żołądek miałem pusty, inaczej zhaftowałbym się chyba na podłogę… Byłem szczęśliwy i przerażony.
Masakryczna jazda ruskim gazikiem przez bezdroża Starej Płaniny…
Miałem zacząć swoją gadkę z noszczuwką, przedstawić w dramatyczny sposób swoją sytuację i prosić swoich zbawców o radę, ale siwy uprzedził to wszystko. Gdy tylko dojechaliśmy do miejscowości powiedział, żebym śpieszył się, bo autobus do Sofii właśnie odjeżdża. Nie było już czasu wylewnie dziękować, chwyciłem plecak i pobiegłem. Kierowca patrzył na mnie jak na wariata, bo wyglądałem nieszczególnie. Zlepione włosy, trzydniowy pot, siedmiodniowy zarost, fatalny bułgarski, w którym to języku spytałem się, w jakiej właściwie wsi jesteśmy i ile kosztuje bilet do Sofia.

Buhovo. Miejscowość nazywało się Buhovo. I leżała niecałe 40 km od centrum…Autobus należał do sofijskich linii miejskich. Zapłaciłem za niego jeden lewa. Teraz zdałem sobie ze śmieszności sytuacji. Idąc cały tydzień grzbietem pasma zapomniałem, że znajduję się wciąż niedaleko od stolicy…Ze swoim rejtanowskim rzutem na maskę gazika i „no food” mógłbym przypominać jakiegoś Angola, który w Polsce zgubił się na przykład w Kampinosie…

Mniejsza o to. Następnego dnia dałem sobie luz. Łaziłem po Sofii, spotkałem się z Jordanem i opowiadałem o swoich przygodach, głodny kontaktu z ludźmi. Idąc na stację poznałem przypadkowo bułgarskiego maszynistę, z którym uciąłem sobie miłą pogawędkę po rosyjsko-bułgarsku. On poradził mi, że na powrót w Starą Płaninę dotrę putniczeskim vlakiem, który wlecze się u południowego podnóża gór. Dzień potem w południe stałem już na stacji Bunovo żądny nowych przygód. Nażarty i napity, znowu hardy i nieuleczalnie chory na góry ruszyłem w stronę chyży Czawdar.

Utwardzoną drogą wijącą się wzdłuż głębokiego wąwozu schodziłem w kierunku przełomu Iskyru. Najstarsza nazwa tych gór brzmi Hajmon – „dział wodny”, „granica”. Tylko Iskyr ją przekracza…Oglądałem więc ściany tego Hajmonu: wysokie na kilkaset metrów skały, które przypominały mi dziecinne wyobrażenia na temat Gór Skalistych i wielkiego kanionu Kolorado. Skwar bił z niebieściutkiego nieba, odbijał się od piaskowców i wapieni. Wreszcie po czternastu kilometrach marszu zobaczyłem Lakatnik. Miasteczko wciśnięte w kanion, ulice wiły się u podnoża wzgórz. Miało się wrażenie, że wyrasta wprost ze skał. Nad rzeką przechodził wiszący most, skad schodki prowadziły na Gara Lakatnik (Lakatnik dworzec). Jechałem tędy zmierzając do Berkovicy. Na moich oczach zatrzymał się tu putniczeskij vlak i wysypali się z niego ludzie. Starsze babiny krok po kroku pokonywały schody nad rzekę. Upał był niemiłosierny i obciążony trzydziestokilometrowym plecakiem oddychałem ciężko.  Oczywiście w labiryncie uliczek przyjazne czerwone znaki zaraz się zagubiły. W jednym miejscu szlak przechodził przez czyjeś podwórko, gdzie widniał napis „złe kucze”. Kucze -znaczyło jak się domyśliłem „psy”. Łukiem wyminąłem psie podwórze, przeciąłem łączkę, gdzie pasł się jakiś refleksyjny kłapouch i zmierzałem w kierunku wieczoru. Wiedziałem, że nie będę nocował w chyży Trstena, gdzie jak mówił Atanas, wszystkie miejsca zajęli sezonowi robotnicy z pobliskich ferm.

 Dwie, może trzy „banice”, dwie butelki wody, pięć wafli, pół paczki herbatników. Oto cała żywność, którą wziąłem ze sobą. Jeść miałem przecież w schroniskach. Gdy przechodziłem przez plantację czegoś tam, pozdrawiali mnie pracujący na niej cyganie. Kawałek za schroniskiem Trstena budował się jakiś monstrualnie wielki kompleks o nieznanym mi przeznaczeniu za pieniądze Unii. Ludność Bułgarii zmniejszyła się o prawie dwa miliony w ostatnich dwudziestu latach. Dlatego stara infrastruktura z czasów Żiwkowa ledwo zipie a kraj zdaje się wyludniać. Zaludniają go w miesiace letnie, turyści…A oni potrzebują nowych wygód…Mknąłem dalej w las, na wyschnięte polany, gdzie rozrzucone kamienie budziły ponure myśli o jakichś paranormalnych zjawiskach. Wreszcie rozbiłem namiot na skraju pastwiska. Sen przyszedł szybko. Rano moim oczom ukazał się widok dzikich zalesionych zboczy. Wąską ścieżynką schodziłem między wysokie paprocie i krzaczory. Przez cały wieczór i teraz nie opuszczała mnie myśl o wodzie, o źródełku, w którym miałem uzupełnić zapasy picia. Wreszcie znalazłem jakiś ciek, który pomalutku wypełnił całe trzy litry. Pokrzepiony tym sukcesem zmierzałem hardo naprzód. Baniczki zjadłem wieczorem, bojąc się, że zepsują się w drodze. Pozostała paczka „biskuitów”, z której wydzielałem sobie skromne porcje i czekoladowe wafle Borovec. Droga szła tym zalesionym zboczem, trawersowała pasmo po północnej stronie, raz po raz otwierały się cudowne widoki na północ, przystawałem w prześwitach i zachwycałem się mechatymi sylwetami gór. Potem wyszedłem znów na trawiasty grzbiet, dziarsko naprzód, wciąż naprzód. Kilkakrotnie mijały mnie samochody drwali, którzy pytali mnie gdzie idę. Odpowiadałem niezmiennie, że do chyży. Wszystkie samochody jechały w przeciwnym kierunku, więc nie zabierałem się na stopa. Po południu dotarłem do baśniowo starego lasu bukowego. Dwustuletnie buki wyciągały ku mnie swe sękate konary, pomarszczone pnie kryły w sobie niezliczoną ilość dziupli. Tak być może wyobrażałbym sobie Fangorn z Władcy Pierścieni. Swoją drogą ciekawe – myślałem – że porównuję tę starą ziemię to Śródziemia, które przecież nigdy nie istniało poza umysłem pewnego starego profesora Oksfordu. Myśli o entach i elfach potęgowały stada koni, które wypasały się w tym bukowym gaju. Konie najróżniejszej maści, także białe… Stary kamienny krzyż, który tu znalazłem mógł stać tu nie wiadomo jak długo. Mógł pamiętać równie dobrze wiek dziewiętnasty, jak i głębokie średniowiecze. Znów brak szczegółowego przewodnika okazywał się pożywny dla mojej wyobraźni. Krzyż był opisany na bułgarskiej mapie jako Krzyż św. Ducha. Ale to było wszystko, na mapie nie pisało kto go postawił ani kiedy ani po co… Do chyży Leskova, gdzie miałem zamiar się zatrzymać i zjeść, było już niedaleko. Dotarłem tam przed godziną szesnastą, schodząc z głównego grzbietu.

„dobre doszli w chyże Leskova” przywitał mnie radosny napis nad jadalnią skrytą pod drewnianym daszkiem. Nacisnąłem klamkę do kuchni. Zamknięte. Obszedłem budynek dookoła. Zamknięty na cztery spusty. W środku widziałem kilka pustych łóżek. Chyża wyglądała na opuszczoną. Tylko woda ze źródełka lała się i mąciła panującą tu ciszę. W plenerowej jadalni znalazłem butelki po alkoholu. Należały najpewniej do drwali, którzy pracowali w okolicy. Na słupie wisiała wizytówka z numerem telefonu chyżara. Zdałem sobie sprawę, że facet tu nie mieszka i udostępnia nocleg tylko wcześniej zaanonsowanym grupom. Zresztą nie wiadomo jak dawno zawiesił tu tę kartkę. Może w zeszłym tygodniu a może w zeszłym roku? Wyobrażałem sobie, że tutejsi drwale mogą być osobnikami przypominającymi bohaterów Hłaski – Dziewiątkę, Apostoła albo Warszawiaka. Witamy w bazie ludzi umarłych … Cóż. Sprawa zaczynała mnie bawić. Bezpańskie schronisko – coś egzotycznego dla Polaka przyzwyczajonego, że te kilka górzystych procent naszego kraju jest zadeptywanych przez żądnych przygód rodaków. Bułgaria, prawie trzy razy mniejsza od Polski gór miała pod dostatkiem i nikt się nie ekscytował pustką w paśmie, gdzie obecnie się znajdowałem. Nikt nie wędrował z plecakiem ani z zachodu na wschód, ani z wschodu na zachód. Byłem tu sam, kompletnie sam. Trzeba więc iść do Murgasz. Tam, w Murgasz na pewno coś zjem i się prześpię. Miałem spis schronisk wydrukowany z internetu. Wszystkie bułgarskie opisy wyglądały podobnie – zawierały liczbę miejsc noclegowych, informacje o ewentualnej stołówce, kuchni turystycznej. Chyża Murgasz wydawała się pewnym punktem w miejscowej topografii. Była wszak dużo większa od kameralnej Leskovej. Marsz do Murgasz oznaczał jednak kolejny dzień głodowania i około ośmiu- dziesięciu godzin wędrówki. Ruszyłem niezwłocznie. Trzeba jak najwięcej przejść do wieczora, teraz kiedy jestem rozgrzany a słońce już nie jest tak dokuczliwe. Około dwudziestej minąłem dużą polanę, na skraju której znajdowały się myśliwskie ambony i wspiąłem się na kopulasty wierzchołek. Widok stąd roztaczał się przepyszny. Rozbiłem swój namiocik, zjadłem uroczyście wafla
Po dwóch dniach głodowania umysł był czysty i gotowy w spokoju kontemplować otoczenie. Pogrążyłem się w pyszałkowatych  przemyśleniach na temat ascezy, niby-mnich na niby-pielgrzymce. Patrzyłem na zachód słońca, nagrałem buńczuczny filmik – z sobą w roli Maxa Kolonko przemierzającego bułgarską głuszę. Poinformowałem swoich wyimaginowanych widzów o ilości biskuitów i wafli oraz czterech litrach wody, które w Leskovej udało mi się uzupełnić. Byłem wniebowzięty, klimat jak z into the wild:”żadnego telefonu, żądnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnego alkoholu. Totalna wolność. Estremista, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł od cholernego mieszczańskiego Gdańska, od zrekonstruowanych kamieniczek i niemieckich turystów. Teraz tu w dzikich górach Bułgarii przeprowadzi duchową rewolucję… Wchodzi głębiej w dzicz. Będziemy obserwować postępy ciemności”…
Przestawiłem się tryb zero-jedynkowy: jeść,pić,jeść,pić. Zero było zamiast jeść. O waflach i wodzie szedłem naprzód. Pielgrzymowałem do Murgasz i myślałem o szopskiej sałacie, która tam na mnie czeka. O kubku ciepłej herbaty. Zasnąłem.

Namiocik stał kilka metrów od ściany lasu. Obudził mnie hałas w pobliskich krzakach. Coś ciężkiego i dużego wylazło z gąszczu i sapało. Dzik, niedźwiedź a może jeden z koni pasących się na połoninie? Może Buka? Noc kryła w sobie jakiegoś nizdentyfikowanego. Ścierpłem, bałem się ruszyć palcem u nogi.Serce mi waliło. Komórka pokazywała drugą. COŚ powoli odeszło, oddychając ciężko. Zasnąłem dopiero godzinę potem.

Następny dzień nie miał w sobie nic z duchowych uniesień poprzedniego wieczoru. Kurewsko wyczerpujący dzień przez najbrzydszą część gór. Szedłem wciąż przez wysuszony las, spustoszone wyręby. Przeczołgiwałem się przez powalone w poprzek drogi pnie. Brnałem przez zwały rozrzuconych gałęzi, szukałem wyciętych w pień znaków szlaków. Oddech tego zmęczonego bukowego lasu w czterdziestopniowym upale wysysał ze mnie energię. Głód opuścił żołądek i wchodził do głowy, dostawałem zawrotów przy szybszym kroku, przed oczyma latały mi czarne plamy. Droga wydłużała się w nieskończoność. W końcu objawił się napis: „chyża Murgasz”. Odżyłem. Za zakrętem zobaczyłem sylwetkę schroniska. Ruszyłem szybko w jego kierunku, ale każdy krok odbierał mi nadzieję.Dotarłem do jeszcze jednego schroniska widmo! Murgasz szydził ze mnie powybijanymi oknami, porzuconą betoniarką, Murgasz był wymarły, nikt tu nie mieszkał. Nawet psia buda była pusta. Hej, jest tu kto? – wrzasnąłem po polsku. Rzecz jasna mój głos odbił się tylko od oczodołów okien.

„Dobrze doszli do piekła”… Możecie zadzwonić do władcy much… Sytuacja stawała się poważna. Szykował się trzeci dzień głodu. Zobaczyłem cygańskie wozy, które stały na połoninie. Może tam ktoś mieszka? Może sprzeda mi trochę jedzenia? Postawiłem plecak na ziemi i ruszyłem w stronę wozów. Były puste, tylko kilka szczeniaczków hasało po trawie. A więc jednak ktoś tu zagląda…Ktoś musi karmić te psy… Może pojawi się przed zmrokiem? Trzeba zabrać plecak… Wróciłem w stronę schroniska-widma i serce skoczyło mi do gardła…

Psia buda nie była opuszczona. Mieszkał w niej wielki owczarek, wielkości Kaukaza… Gdy krzyczałem, buda stała pusta, bo snuł się gdzieś po okolicy. Teraz wrócił i kręcił się koło mojego plecaka. Głodny, odcięty od swoich zapasów wody, od namiotu, od trekkingowych kijków, które mogły służyć do obrony, pozbawiony wszystkiego, co posiadałem w tym kraju, sam wobec wielkego owczarka, z perspektywą spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości 1600 metrów… nie miałem kompletnie pomysłu co robić.

PO PROSTU BEZNADZIEJA. CZARNA ROZPACZ.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa.

Melnik

Schodziliśmy we troje. Droga wiła się w gęstwie sucholubnego lasu. Jakże różny to był las od tego z północnych stoków Riły. Tam góry pełne wody, cieków, źródełek, strużek deszczówki; tutaj – sucha na wiór ziemia, pomarszczona kora drzew, oddech piachu wdzierający się w nozdrza. Było tak gorąco, że ociekaliśmy potem. Kilkakrotnie gubiliśmy szlak. Dzień „zejściowy” okazał się jednym z bardziej morderczych podczas całej wyprawy…Naszym oczom ukazywały się sylwetki strzelistych piaskowych piramid. Stawaliśmy nad brzegami skarp rozsadzanych przez korzenie. Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Rożen i zalegliśmy w mehanie na dwa piwa. W karczmie panował przyjemny chłodek. Fenomenem wspólnych wędrówek jest to, że każdy taki jeden dzień waży o wiele więcej niż kilka nawet spotkań w normalnych warunkach. Jakby na relacje miały wpływ nie tylko rozmowy, przeskakujące z wątku na wątek, ale także wspólne milczenie, wspólne zmęczenie. Miałem podczas tej wyprawy szczęście do przygodnych towarzyszy podróży. Spotkania z nimi tworzyły esencję tej pieszej wyprawy. Nikt nie jest samotną wyspą…

Rożenski Monastyr był niewielką budowlą skrytą za pnączami winorośli. Zaglądaliśmy do cichej cerkwi, chybotliwej przestrzeni rozpiętej na twarzach ikon i płomieniach świec. Chodziliśmy po cienistych drewnianych balkonach, podłoga skrzypiała pod stopami. W ciszy tylko źródło było słyszalne. Przychodzili i miejscowi, sękaci dziadkowie z papierosami w palcach, zgarbione kobiety w czarnych chustach. Przypatrywaliśmy się im notując te scenki w naszej pamięci. Monastyr zdawał się być zagubiony pośród tego upału, jakby była to ślepa odnoga sierpnia, w którą zapuściliśmy się przypadkiem. Pół godziny tu spędzone było dwoma kwadransami innego czasu… Chyba odczuwaliśmy to podobnie – dwójka czeskich ewangelików i Polak-katolik w bułgarskim prawosławnym monastyrze…

A potem dalszy marsz przez dolinę wyschłej rzeki, pokonywaliśmy wielkie progi, które wiosną musiały być rwącymi wodospadami; Wyobraźnia widziała rzekę w tym korycie, widziała jej głębokość, furię wody spływającej z wiosennych roztopów…. Wreszcie zobaczyliśmy Melnik. W dolinie głęboko ukrytej w skałach stała szopa? dom? Pasterski szałas? Gdzieś w lesie przemieszczało się stado owiec; koło zagrody powiewała flaga Unii Europejskiej, co tworzyło widok dość zabawny. Z gęstwiny sucholubnych lasów wchodziliśmy na obszar Imperium. Melnik tylko z pozoru przecież wyglądał jak przed stu laty. Każdy dom był tu przecież jednocześnie hotelem, wino pędzone tutaj znajdywało tysiące nabywców. Autokary z zachodnimi turystami przyjeżdżały do modelowej malowniczości tego niezwykłego miasteczka. Obrazy, naczynia i wino, wino wyzierające zewsząd. Kiedyś Melnik miał 12 tysięcy mieszkańców – dzisiaj na tym samym obszarze mieszka ledwie czterystu. Ciekawe ile ma miejsc noclegowych.

Szukaliśmy „noszczuwki” udało się zdobyć trzyosobowy pokój z łazienką za jedyne dwadzieścia lewa. W dużym sąsiednim przechodnim pokoju stała stara biblioteka wypełniona grzbietami bułgarskich klasyków; nieznana klasyków, jedna z peryferyjnych literatur, o której wiedzieliśmy zgoła nic. Przy meldunku pokazaliśmy paszporty – właściciel zdziwił się widząc obok siebie godła Rzeczpospolitej i Czeskiej Republiki. „Międzynarodowe towarzystwo” – skomentował. Jako jedyny biegły w cyrylicy wpisywałem nasze dane na meldunkowych kartach. Osobliwe tworzyliśmy towarzystwo – teraz byłem brany za Czecha. Czeski zresztą wypełniał Melnik. Czeski śmiech jak z praskich piwnic zdominował miasteczko wyłaniające się z otchłani bułgarskiej i osmańskiej historii. Siedzieliśmy na balkonie popijac wytrawne wino, w rozmowie Piłsudski mieszał się z Masarykiem, Morawy z Kaszubami, słowiański język raz przybierał polski, raz czeski kształt, ciepła sierpniowa noc otulała ulicę, gwarną, pobrzmiewającą dźwiękami bułgarskiego folku.

Ranek wypełniliśmy zwiedzaniem miasteczka. Wystarczyło na to niespełna dwie godziny. Cały Melnik można przejść w ciągu zaledwie kwadransa. Zwiedzaliśmy muzem bogatej miejscowej rodziny kupieckiej, degustowaliśmy wino w chłodnych, przepastnych piwnicach. A potem przyszedł serdeczny moment pożegnania i pewność, ze się jeszcze zobaczymy. W Czechach, Polsce – gdziekolwiek. Jechałem przez Sandanski do Sofii. Zdziwiłem się jak daleko zaszedłem przez te dwa tygodnie. Podróż autobusem trwała trzy godziny – patrzyłem na przesuwający się za szybą krajobraz, lukałem też na film, który kierowca puścił na zawieszonym pod sufitem telewizorze. Czułem się dobrze, swojsko, swobodnie. W Sofii po wypłacie gotówki stanąłem przed problemem – co dalej? Napisałem SMS-a do Bogdana – czy mogę przyjechać do Płovidiv. Odpowiedź przyszła natychmiast, krótka i treściwa: „da”. Znów jechałem pociągiem na wschód, ale tym razem dalej niż do Kostenec. Ile wydarzyło się przez te dwa tygodnie. Jak szybko poczułem się w tym kraju pewnie, jak łatwo poprzez serca ludzi wypełniał się czymś więcej niż powierzchownością przewodników i folderów. Krótkie „da” Bogdana otwierało przede mną całe Płovdiv.

Płowdiw

Na peronie Bogdana nie znalazłem. Zaniepokoiłem sie trochę, była bowiem godzina dziesiąta wieczór a duże miasto to jednak nie las, gdzie można sią zaraz rozbić i zasnąć. Na szczęście chwilę potem zobaczyłem znajomy rybacki kapelusz mojego bułgarskiego przyjaciela. Okazało się, że dopiero wrócił z Riły. Czterdzieści godzin jechał stopem, zaczął się już niepokoić, że nie zdązy przed moim przyjazdem. Teraz szliśmy ulicami miasta rekonstruując ostatnie dni. Opowiadałem o wejściu na Wichren, o Melniku i nowych przyjaciołach z Czech. Możesz u mnie zostać przez cały weekend – powiedział Bogdan zanim jeszcze zdążyliśmy dojść do jego domu. W niedzielę z Rodopów wróci Filip. Mój tatko mówi po polsku, ucieszył się, że będzie miał okazję przypomnieć sobie język. Dom Bogdana miał prawie dziewięćdziesiąt lat i był dziełem inżynierskiego rodu – zbudował go pradziadek Bogdana i nosił już w sobie życie kilku pokoleń. Dwudziesty wiek tylko lekko nadgryzł go nie ruszając mieszkającej tam rodziny. Mama Bogdana karmiła mnie specjałami tutejszej kuchni – natychmiast wylądowała przede mną na stole szopska i tarator. I tak przez cały weekend doświadczałem jej gościnności w domowych pieleszach. Wrócił i wkrótce z delegacji Tatko Bogdana i przywitał mnie… czystą polszczyzną. Języka nauczył się w latach siedemdziesiątych zafascynowany filmami Wajdy i Polańskiego puszczanymi w ośrodku polskim. Miał przyjaciół w Poznaniu, skończył kurs językowy w Polsce, był i w Zakopanem. Jego inżynierskie oko dziwiło się góralskim drewnianym budownictwem. Weszła do kuchni siostra Bogdana i zdziwiła się (Tatko, od kiedy ty znasz polski?!). Spałem tego dnia twardym zdrowym snem.

Następnego dnia ruszyliśmy z Bogdanem w miasto. To szczęście móc zwiedzać miasto, z kimś, kto tu dorastał. Udziela się przez to nam część czułego osobistego spojrzenia, które przebiega znajome ulice, wypełniając je codzienną drogą do szkoły, aurą młodzieńczych spotkań na pobliskich wzgórzach. Najpierw wspieliśmy się na wzgórze, gdzie stanął znak sowieckiej dominacji – wielki pomnik sołdata Saszy. Stał tu i starzał się spokojnie, wystawiony na obojętność miejscowych, którzy nie egzaltowali się zakrętami historii. U jego stóp wieczorami odbywały się alkoholowe libacje, zbierali się narkomani i czarne ptaki miejscowej młodzieży. Ze wzgórza widać było całe miasto – zbudowane na ośmiu bodajże wzgórzach, z których część została zdeniwelowana przez komunistów. Od Saszy ruszyliśmy w stronę starego miasta. Kręciliśmy się po jego uliczkach, zachodziliśmy do cerkwi a także do meczetu. Turcja cofnęła się stąd przed półtora wiekiem, ale zostawiła muzułmanów jak ryby wyrzucone na brzeg, trwali tu teraz przypominając o latach Osmańskiego Imperium. Był tu też dom, w którym mieszkał jakiś francuski pisarz. Tablica oznajmiała po francusku, że odwiedził to miejsce prezydent Mitterand. Kiedyś się dowiem, co tu robił francuski literat i czy wiąże się z tym jakaś ciekawa historia, ale nie teraz.Na koniec Bogdan zachował niespodziankę – antyczny teatr pamiętający jeszcze czasy macedońskie. Historia nie zaczynała się tutaj wraz z przybyciem Bułgarów, wyprzedzała ich ukazując swoją zmienność i względność. Siedzieliśmy w kawiarni obok teatru a Bogdan opowiadał jak rozkradana jest Bułgaria z kulturalnych dóbr. Poszukiwacze skarbów, szabrownicy przeczesywali ziemię w poszukiwaniu antycznych monet i garnków,  rzemieślniczych wyrobów sprzedając te cuda za bezcen zachodnim kolekcjonerom. Ba! W dotkniętym kryzysem kraju znikały też muzealne zbiory, jakby państwo było zbyt słabe, zbyt mało okrzepłe, aby zatrzymać to, co było jego dziedzictwem… Dziwny ten kraj stawał się miejscem egzystowania religijnych sekt typu Białe Bractwo; komunistyczny dyktator patrzył w przyszłość oczyma prokini Wangi; rosyjska armia niosła tu inaczej niż w reszcie świata wolność; spod gruntu wydobywano ślady kilku upadłych bułgarskich państw; armie Macedończyków, Rzymian, Bizantyjczyków, Turków przewalały się przez te ziemie, płomienni rewolucjoności jak poeta Botev tworzyli mitologię nowej Bułgarii. Ta w ciągu jednego roku stawała się potęgą zagrażającą Stambułowi by w drugim stanąć na skraju przepaści osaczona przez dawnych sojuszników. Wieczorem Bogdan przyniósł rakiję swojego dziadka. Dziadek zmarł dzisięć lat wcześniej pozostawiając zapasy domowego trunku. Zrozumiałem natychmiast, że nie sięga się po nie codzień. Przypomniałem sobie jak trzy lata wcześniej ruszyłem szlakiem pamiętnika swojego dziadka na Litwę, do jego stron rodzinnych. I że gdzieś w domu czeka na otwarcie dwudziestosiedmioletnia whisky, którą wiele lat temu przywiózł z rejsu. Czeka na szczególne okazje, na śluby i narodziny… Tutaj było czuć dzieje rodziny Bogdana. Duch dziadka jakby wciąż chodził po pokojach, sprzęty trwały w jakiejś wielkiej narracji, świat był skupiony, jak przed wielkim wybuchem; obok siebie narodziny i śmierć, dojrzewanie i starość, radość i smutek. Słuchaliśmy zespołu Isihija – słyszę do dziś jak wypełnia dom Bogdana, jak z obcego staję się świadkiem rozgałęziających się w przeszłość opowieści. Na ekranie komputera chmury przemykają się nad ruinami średniowiecznych twierdz a wojska bułgarskie zmierzają w feralnym 1393 roku w kierunku swojej zagłady… Przyjmuję dzisiaj rakiję jak komunię, to jest krew Bułgarii. Jej duch, jej ciepło rozpływające się po ciele.

Następnego dnia Tatko Bogdana decyduje, że pojedziemy do Baczkowskiego Monastyru. Niedziela. Jadę z rodzicami Bogdana na południe, w Rodopy. Baczkowski Monastyr jest tak samo słynny jak Rilski; przewalają sie tu tłumy turystów a stragany ciągną się na kilometr przed jego bramą. Piękna średniowieczna budowla jarzy się wszystkimi kolorami dzisiejszego słońca. W cerkwi wisi ikona Matki Bożej najsłynniejsza w Bułgarii. Kiedy Jan Paweł II odwiedził Bułgarię otrzymał w prezencie kopię tej ikony. Tatko Bogdana z wielką atencją wypowiada się o naszym papieżu i nie jest to tylko kurtuazja… Czekam w długiej kolejce do Matki Bożej. Pielgrzymi przechodzą obok skrytej za szkłem ikony. Całują szkło, głaskają czule palcami. Co jakiś czas pop przemywa szybę szmatką, na połysk. Monastyry… to tutaj przetrwała Bułgaria, w nich jest ta nitka, która łączy średniowiecze z osiemnasto, dziewiętnastowicznym odrodzeniem narodowym. Od Tatki Bogdana dostaję mursalski czaj. Zielona jakieś to ziele o wielu dobroczynnych bułgarskojęzycznych działaniach. Nazwa łacińska Sideritis Scardica, popularna nazwa „bułgarska wiagra”… Podobno leczy też oskrzela i prostatę. Dzisiaj pisząc właśnie parzę i popijam sobie te cudowne zioło:) Wracamy do miasta. Przyjechał Filip, jedziemy nad sztuczny tor kajakowy. Długi na dwa kilometry, szeroki na chyba sto… Wokół park, tereny rekreacyjne, biegacze, rolkarze, rowerzyści. Tor jest pełen ryb. Młode pary robią sobie tutaj zdjęcia. Pożegnalny wieczór, jutro rano wyjeżdżam. Dostaję od Filipa płytę z bułgarską muzyką. Coś się kończy, coś się zaczyna…

Riła,
dzień piąty: z Chyży Grynczar w kierunku Ribnych Ozer. Połoniny
położone na wysokości 2500 metrów. Upojenie powietrzem,
marszem. Połykanie kilometrów i krajobrazów. Ogrom
masywów, mnogość jezior…

Jeziora
niebieskie, błękitne, zielonkawe a czasem tak przeźroczyste, że
z odległości kilometra widać każdy kamyczek na dnie…
Przyzwyczaiłem do chyży, do narciarskich prześmierdłych kibli. W
schroniskach kupowałem „odno bira” i wyczekiwałem na to, co się
zdarzy. W Rybnich Ozerach spotykam Polaków – Julka i Jaś
jak się okazało dotarli do Bułgarii tym samym autobusem –
wpadliśmy na siebie po prawie tygodniu idąc z różnych stron
pasma – oni z zachodu, ja od wschodu. Wymieniamy się namiarami,
ale nie ma tu zasięgu komórek – nowi znajomi znikają
gdzieś w ciemnościach, nie mogę odnaleźć ich namiotu. W
schronisku za to zakwaterowany jestem z czeskim małżeństwem – rano
wyruszam w ich towarzystwie na szlak. Oprócz nas są znajomi z
widzenia – dwóch Bułgarów (tych od pieska),
niezidetyfikowany Irokez – chyba z Wielkiej Brytanii. Początkowo
przedzieramy się przez gęstwinę kosodrzewiny, potem pokonujemy
jakiś szczyt. Ian prowadzi, jego żona i ja drepczemy z tyłu.
Doganiamy Bułgarów częstują nas herbatnikami. Pogoda jest
zmienna, wkrótce opada na nas mgła, groźnie się chmurzy nad
graniami. Docieramy do schronu – „zasłony” Kobylino Braniste.
„Zasłona” przypomina szopę albo działkową budę zbitą z
desek. Nad wejściem wisi czerep zdechłej krowy. W środku dziesięć
pryczy, piec – można napalić i się ogrzać. O dziwo wszystko to
stoi tutaj już ze czterdzieści lat…

 

od lewej: Bogdan, Arturo, Filip

Ian
z żoną decydują się zejść do Rilskiego Monastyru – kończą
im się zapasy. Ja i Bułgarzy zostajemy. Bogdan i Filip, bo tak się
nazywają moi nowi towarzysze, są inżynierami z Płowdiw. Bogdan –
to ten uśmiechnięty w rybackim kaplindrze, Filip – to uważny
fotograf. Okazuje się, że piesek odłączył się od nich w Rybnych
Ozerach. Uwijamy się w naszym przygodnym gospodarstwie – z
niedalekiego szałasu pasterskiego przynosimy drzewo na opał. Po
obejściu kręcą się kury, szczeka duży przywiązany do budy
pasterski pies. Bogdan wrzucając drewno do pieca mówi, że
piece tego typu można spotkać w całej Bułgarii. Tymczasem Filip
coś notuje w niewielkim kajecie. Zagadnięty o to, odpowiada, ze
pisze bloga. Każdy dzień podróży ilustruje zdjęciami i na
bieżąco stara się już dopasować do nich opis, póki ma
wszystko świeżo w pamięci. Przez otwarte drzwi „zasłony”
patrzymy na szalejący na zewnątrz żywioł – burza z piorunami i
ściany deszczu. My tymczasem grzejemy się w ciepełku. Dzielimy się
jedzeniem – Bogdan podaje mi „biskuity” (herbatniki)
posmarowane jakąś apetyczną mazią. Ma tego cały słoik -maź
nazywam na swój użytek „specjałem Bogdana”. „Specjał”
jest bardzo pożywny. Dwa biskuity i jakbyś kanapkę zjadł. Później
Bogdan zdradził mi tajemnicę przepisu. Jest on bardzo prosty.
Bierzemy pół słoika miodu i mieszamy pół na pół
z „hazanem”, znaczy sezamową chałwą. Trzeba tę mieszankę
dobrze wybełtać i gotowe. Niestety za te pyszności mogę się
zrewanżować chińską zupką i konserwą – przedstawiam te dania
chłopakom jako „polsko-kijtajskij sup.” i „polsko-tyrolskoj
konsierwu”. Jemy sobie, zakąszamy a na dworze leje i leje. Nagle
staje w strugach deszczu zakapturzona postać. Zielony płaszcz w
ostrym kapturze, normalnie desant z Rivendell. Machamy do postaci
przyjaźnie – choć do nas! Bywaj! Tu Bywaj! Postać wchodzi. Już
myślimy, że zyskaliśmy czwartego towarzysza, ale gościu
wyprowadza nas z błędu:

-Ale
nas jest sześćiu! – mówi.

I
wchodzą teraz gęsiego do szopy, jeden za drugim, w identycznych
płaszczach, parując deszczem, śmierdząc potem i zmęczeniem.
„Sześciu Czecha”, ale nie – w tym komandzie są i dziewczyny.
Cała niewielka powierzchnia schronu wypełnia się momentalnie
buciorami, skarpetami i prędką czeską mową. Czesi rżną w karty
przekrzykując się i przekomarzając. Być może to jest wyższość
samotnej wędrówki; grupy przyjacielskie wyjeżdżąjące w
góry tak naprawdę mentalnie nigdzie nie wyjeżdżają,
Rozgadani, skupieni na własnych przywiezionych z domu wątkach,
czują się bezpiecznie i nie potrzebują ludzi z zewnątrz. Potem
wrócą do domu i w tym samym gronie będą oglądać zdjęcia
z Riły, przypominając sobie lapsusy i dowcipy popełnione w drodze,
zaczynając lekturę fotografii od wyrazu własnych twarzy…

Po
zmroku pod szopę podchodzi puszczone samopas stado krów.
Wypełniają nocną ciszę niepokojącymi szmerami. Ktoś zamyka
drzwi. Pomieszczenie wypełnia ciemność i chrapanie. Nim zasnę
będę chłonął rozległość tej nocy….


Łotewski autobus wiózł mnie na
południe. Zanim wsiadłem w Warszawie, zdążył już odwiedzić
Rygę i Wilno, później zahaczył jeszcze o Kraków,
Bratysławę, Wiedeń zawrócił na Budapeszt, minął Belgrad
by znaleźć się w Sofii. Większość tych miast mijaliśmy w nocy,
więc sprawiały wrażenie nierzeczywistych iluminacji stworzonych na
podobieństwo Bratysławy, Wiednia, czy Budapesztu. Tylko ponury
Belgrad był już szary i ranny, budzący się ze snu. Raz po raz
naszą drogę przecinał Dunaj i sunęliśmy wtedy ponad wielką
przestrzenią. Noc skryła węgierskie równiny i z gór
Słowacji trafiliśmy od razu w dzikie rejony Serbii. W dole wiła
się jakaś rzeka, a my raz po raz wjeżdzaliśmy w czeluście
tuneli. Lecz nim to się stało jeszcze jedna scena przykuła moją
uwagę – było to w mrocznym Szeged, gdzie stanęliśmy około
trzeciej w nocy. Wysiadał tam pewien metal a na dworcu witała go
grupa jego ziomali. Wszyscy długowłosi, w glanach, bojówkach,
wyekwipowani w pieszczochy na nadgarstkach, nazwy zespołów na
t-shirtach zapisane zakrwawionymi zgłoskami. Ta grupa laokoona
rozprawiała o czymś żywiołowo. O czym? W jakim języku? Nie było
słychać, gdyż wszystko oglądałem zza szyby a cała scena była
niema. Zanim zasnąłem przyszedł mi na myśl ten tytuł „metale z
Szeged”. Metale wszędzie są podobni i nad wyraz trwali, ze
świeżym dopływem mrocznych młodzieńców i zbuntowanych
nastek.

Następnego dnia w Sofii wyglądałem
na zagubionego. Nie miałem planu miasta i trochę czasu minęło,
zanim trafiłem do centrum, na placyk, gdzie było dużo stoisk z
książkami. Tam zakupiłem mapy Riły i Pirinu i obmyślałem nowy
plan. Lecz jako zagubiony – wielki plecak w wielkim mieście,
trekkingowe buty, kapelusz zwracałem na siebie uwagę. Nic dziwnego,
że podszedł. Przedstawił się jako „makedonian”, który
od trzech dni nie ma gdzie spać. People so cold in Sofia – mówił.
Nie mam za co wrócić do matki. Mówił płynną
angielszczyzną, w końcu gadkę tę powtarzał przecież dziesiątki
razy. Zrobię wszystko, co chcesz – masz pieniądze, podróżujesz
po świecie, („you have map a Rila”) i już proponował mi, że
zaprowadzi mnie na autobus do Rilskiego Monastyru, który
jeździ tylko raz dziennie. Jeszcze grzecznie podziękowałem. Lecz
to go wcale nie speszyło. Mówił teraz o pieniądzach albo o
czymś do jedzenia. Pewnie byłby to sposób, aby go szybko
spławić. Niestety wypłacone przed chwilą w bankomacie lewy miały
tylko grube nominały. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, ale
„makedonian”ruszył za mną. Teraz już coraz bardziej domagał
się „something”. Nie miałem „something” a cała sprawa
zaczęła mnie już wkurwiać, powiedziałem więc, że nic nie mam i
jeszcze „Go away”. Lecz „makedonian” (wybaczcie Macedończycy)
teraz już prawie wrzeszcząc lazł za mną a z nim jego cholerna
angielszczyzna. Powiedziałem ci wszystko, byłem szczery a you, a
you – wpakował we mnie wykrzyknik – you are a layer! I tak
uszliśmy jeszcze dwa przecznice chuderlawy okularnik uginający się
pod trzydziestokilowym plecakiem i narkoman wykrzykujący „you are
a layer! You are a layer!”. Teraz to już miałem ochotę jebnąć
go trekkingowym kijkiem i kiedy już myślałem, że nie będzie
innej możliwości, żeby uwolnić sie od napastnika, on w końcu
zrezygnował. Rozpłynął się w tłumie tak samo jako się
wcześniej pojawił. W tej chwili obiecałem sobie, że więcej się
nie przyznam do angielskiego, że nie wypowiem w Bułgarii słowa po
angielsku. Nie przyznam się do statusu europejskiego turysty, niech
już lepiej biorą mnie za niskobudżetowego Ruska. Walić angielski,
międzynarodówkę przewodników, walić japońskie
aparaty i „excuse me”.

Historia z „makedonianem” sprawiła,
że zapragnąłem wydostać się z miasta – jak najszybciej. Nie
szukałem już autobusu do Samokov – który odjeżdżał z
jakiegoś dworca południe. (nie wiedzieć czemu nawet w mniejszych
miastach zdarzały się dwa dworce autobusowe, nieraz oddalone od
siebie o sto metrów). Odnalazłem na mapie linię kolejową,
odnalazłem stację Kostenec, kupiłem bilet i upewniwszy się czy
pociąg jedzie we właściwym kierunku ruszyłem w stronę przygody.

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi!


  • RSS