W Bunovie zrobiłem zakupy (czytaj zakupiłem większą ilość banic, biskuitów i wafli) i ruszyłem wzdłuż potoku w stronę gór. Minąłem efektowny wiadukt. Staruszka pasąca kozy pokazała mi drogę do Czawdar. Było lekko po południu, gdy doszedłem do skrytego w cieniu drzew budynku. Zapukałem do drzwi. Po chwili otwarły się i stanął w nich niewiele ode mnie starszy mężczyzna. Jego chłodne, ale przyjazne oczy szybko lustrowały moją postać.
-Dobry den, iskam za hrana! – zacząłem swoją gadkę.
-Sorry, no food, no hrana – wyraźnie skonfudował się gospodarz.
Moje pojawienie się widać było dla niego zaskoczeniem.
Boże, czyżbym był jedyną turystą w tych górach?
-A czeszma u was jest?
-Jest.
To już coś. Przynajmniej nabiorę wody. Ruszyłem w stronę źródełka.
-Poczekaj – odezwał się za mną chyżar po angielsku. Mogę ci dać pomidory, tomatoes….
I po chwili przyszedł do mnie z wielkim talerzem. Były tam pomidory, świeży ogórek, spory kawałek wędliny, serek bałkański typu feta. Chyba dosłownie wszystko, co miał w lodówce. Zrozumiałem, że ze względu na mały ruch nie prowadzi tu stołówki i sięgnął do swoich osobistych zapasów.
Usiedliśmy przy stole niedaleko źródełka.
Okazało się, że chyżar ma na imię Iwo. Okazało się, że znał rosyjski. Więc rozmowa szła wartko.
-Od Polsza sem. Gawariu na ruski, razbiraja bołgarski…
-Dokąd idziesz?
-Tak daleko, jak się da. Kom-Emine. Może do przełęczy Szipka?
-A gdzie będziesz spał?
-Myślę spać i jeść w chyżach, jeśli będą otwarte. A jak nie, to jest pałatka.
Opowiedziałem mu swoje perypetie z Trsteną, Leskovą i Murgasz.
-Nie możesz liczyć, że schroniska będą otwarte.- uśmiechnął się ironicznie Iwo -A jeśli będą otwarte, to nie możesz zakładać, że kupisz tam jedzenie. Jaką masz mapę?
Pokazałem mu swój komplet map z 1991 roku.
-Niedobre, są tu błędy. Przyniosę lepszą.
Wrócił z mapą Parku Narodowego Centralny Bałkan.
-Musisz uważać na siebie. Ludzie lekceważą Starą Planinę. Myślą niższe góry, to znaczy łatwiejsze. Myślą: byliśmy w Rile, w Pirinie, co to dla nas Bałkan? I mylą się. Tutaj szybkie zmiany pogody. Najtrudniejsze szlaki w Bułgarii, najniebezpieczniejsze. Idziesz przez Płaninę i cały czas widzisz „grob, grob”.
Iwo pochylił się nad mapą.
-Gdzie masz zamiar dzisiaj spać?
-Murgana. Jest otwarta?
-Jest. A potem gdzie?
-Svistiplaz? Oni rabotajut?
-Ne znaju. Jeden rok pracowali, potem zamknęli, potem znowu otworzyli…
-To w takim razie Planinski Izvori.
-Ne rabotajut. Tam pasterze, nie lubią turystów, bo tamci śmiecą. Nie wiem czy pozwolą ci przenocować w namiocie…Następne schronisko, które na pewno pracuje to Veżen. Tam możesz dotrzeć za trzy dni…
Nie wyglądało to dobrze, zapowiadało się, że czekają mnie bardzo trudne trzy dni marszu, w których mogę liczyć tylko na siebie.
-Co się dzieje z tymi chyżami?! puste albo pozamykane. To jakaś katastrofa…
-Zła polityka. Ludzie wynajmowali chyże na dziesięć lat i doprowadzali je do ruiny. Tam, gdzie gospodaruje turysticzeskij sojuz, tam jest dobrze. A tam, gdzie schroniska przejęły województwa – bankructwo.
-To nikt po tych górach nie chodzi?
-Chodzą. Owszem chodzą. Ale nie w sierpniu.
-To kiedy?
-Jesienią. Wiosną.W lipcu. Nawet w zimie. Ale teraz Bułgarzy są nad morzem (na morieta).
-A zagraniczni turyści?
-Są czasami. Niemcy. Polacy też. Częściej idą od morza na zachód…Duże grupy najczęściej. Po sześć – siedem osób. I nie chcą rozmawiać po rosyjsku.
Zapadła chwila milczenia.
Przyjrzałem się ukradkiem mojemu rozmówcy. Przypominał introwertyków, samotników, których spotykałem w górach nieraz – trochę niczeańskie typy, o czarnym poczuciu humoru.
-Jak ci się tu żyje przez cały rok? Ile lat jesteś chyżarem?
-Jestem tu od pięciu lat. Sam. Nie mam kobiety, dzieci. To jest moje życie. Robota zawsze się znajdzie. Zawsze jest coś do zrobienia.
-A wieczorami, zimą?
-Mam tu internet, telewizję. Książki. Nie nudzę się.
Zapadła chwila milczenia, zastanawiałem się nad następnym pytaniem, ale brakowało mi słów.
-Nie idź do tego Vezen – odezwał się nagle Iwo. – Zostań tu. Mam zdjęcia. Nikt nie sprawdzi, że nie byłeś. Posiedzimy tutaj kilka dni. Pogadamy, piwa możemy się napić. Zaraz będzie lało. Na co ci leźć przez te góry?
-Jednak muszę iść.
-Wiem, to był żart – zaśmiał się.
Żałowałem jednak, że nie mam czasu. Wiedziałem, że przez kilka dni czeka na mnie samotność. Tutaj, razem z Iwo, czas by upłynął inaczej. Mógłbym poznać jego historię, mam wrażenie, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić. To by było coś – zobaczyć Czawdar w grudniu pod zwałami śniegu, albo w październiku w ostatnim blasku złotej jesieni, zobaczyć Czawdar wiosną – zobaczyć Czawdar oczyma Iwo…
Wziąłem od niego adres mailowy. Kiedyś jeszcze muszę go odwiedzić – Iwo, samotnego chyżara z Czawdar.

Ruszyłem dalej. Nie poszedłem do chyży Murgana. Chcąc nadrobić drogi nocowałem dalej w namiocie. Burze omijały mnie szczęśliwie. Widziałem wielkie kamieniołomy Etropolskiej Płaniny, zdewastowany krajobraz po północnej stronie gór. Miejsce, gdzie się rozbiłem nie było szczególnie piękne, było wtedy już ciemno. O świcie zwinąłem się i ruszyłem w kierunku góry Svistiplaz.
Gdy jadłem śniadanie, opodal na boku szosy zatrzymał się stary, wysłużony wóz i wysiadło z niego trzech cyganów. Przyjechali zbierać „borowinku” (jagody). Całe zbocza gór były pokryte ogromnymi jagodowymi polami. Cyganie niczym mrówki poruszali się po tarasach jagodowych krzewów, byli tyci, malutcy, ledwie można było ich dojrzeć na tle potężnego masywu. Nawoływali się nawzajem głośno.
Przed wejściem na Vrch Svistiplaz zatrzymał mnie jeden z nich i poprosił o wodę.
Twarz miał zmęczoną życiem, alkoholem i tytoniem. Nie był jeszcze stary, ale już stracił połowę zębów. Te, które mu pozostały wyglądały jak czarne opieńki. Normalnie czarna śmierć w ustach. W tym strasznym upale wziął ze sobą tylko półlitrową buteleczkę jakiegoś słodkiego gazowanego napoju. Łagodnie mówiąc: idiotyzm. Nalałem mu wody do kubka z termosu. Wypił poprosił o jeszcze. Gdy chciałem schować termos, powstrzymał mnie ruchem ręki. Nadchodziła jego kobieta. W jego widać wieku, lecz mniej zniszczona. Jej też kazał nalać kubek. Wypiła.
Bułgarzy nie lubią Cyganów (zresztą kto w ogóle tak naprawdę ich lubi? kto im ufa?).Jeśli, jakiś region kraju słabiej sobie radzi gospodarczo, mówi się: „tam jest dużo Cyganów”. Cygan to w Bułgarii „cziorny”. „Cziorny wypowiedziany często z mieszaniną pogardy i obrzydzenia. Gdy byłem w Bułgarii głośna była sprawa powrotu do kraju kilkunastu Cyganów wydalonych przez Francję. Od tej informacji zaczynały się wszystkie informacyjne serwisy. „Cziornymi” nazywano chyba też, jak się zorientowałem, bułgarskich Turków. Przypomniałem sobie pomnik przy stacji, który minąłem dzień wcześniej. Postawiony w połowie lat osiemdziesiątych upamiętniał ofiary tureckiego terroru. Czemu akurat turecki terror powrócił na pomniki w latach osiemdziesiątych? Czy miało to związek z wyjazdem dziesiatek tysięcy bułgarskich Turków do Turcji?

Krótka wymiana zdań ze zbieraczami borowinki była ostatnią w tych dniach. Przez najbliższe dni miałem nie spotkać nikogo.