Następnego dnia postanowiłem odpocząć. Odpocząć znaczyło – pokonać mniejszą odległość i dojść do chyży Eho. Ruszyłem w stronę grani. Dzisiaj nie czułem się najlepiej – znać było już po mnie wyczerpanie. W poprzednich lat zdobyłem się na maksymalny wysiłek. Teraz, gdy opadła adrenalina, dotarło do mojej świadomości jak jestem zmęczony. Bolały przede wszystkim kark, doskwierały temperaratury. No i stopy…. Stopy stawały się coraz większym problemem. Obciążenie sprawiało, że na całej powierzchni stóp, która dotykała podłoża robiły mi się odciski. Wieczorami, gdy zdejmowałem skarpety, podeszwy były grubsze o pół centymetra i dosłownie białe. Rano częściowo opuchlizna schodziła, ale każdy krok po kamienistym podłożu sprawiał ból. Brnąłem mimo to naprzód.
Widoki tego dnia były piękne jak zwykle. Morale podniosła dwójka pierwszych od dawien dawna turystów.Sympatyczna para Czechów – chłopak i dziewczyna – zaczęli kilka dni temu z drugiej strony parku narodowego. Weszli na Botev i mieli zamiar kończyć trasę w Veżen. I już miałem informację o wszystkich schroniskach: Eho- pracuje. Koza stena – też. Dermenka, Dobriła – takoż. Nawet schrony Orlovo gnezdo, Botev. Tego dnia Czesi spali w Kozej stene. Tam dobry chyżar. Nawet piwo jest. Wypytywałem ich jeszcze o techniczne trudności. Uspokoili, że żadnych przeszli bez problemu. I już szliśmy każde w swoją stronę. Droga przed chwilą będąca niewiadomą teraz rysowała się w kolorach jaśniejszych. Chyża Eho była położona w miejscu zdawałoby się niedostępnym, między skałami. Zobaczyłem ją już z daleka, cudownie zawieszone na trawiastej grani. Widać nawet było powiewające na sznurach prześcieradła… Sielskość tego obrazka nie powinna jednak zwodzić. W bezpośredniej bliskości chyży, zobaczyłem tablicę nagrobną czternastoletniego chłopca. Zginął w lipcu. Piorun? Tuż obok stała również niewielka kapliczka. Nie był to pierwszy grób tego dnia – wcześniej widziałem nagrobek starszego mężczyzny, który zmarł prawdopodobnie na zawał. Potwierdzało się to, co mówił Iwo – szlak przez Płaninę – znaczyły tabliczki opowiadające górskie tragedie. Burze, śnieżyce, zasłabnięcia…Zupełnie jakby Bałkan potrzebował ofiar, wyławiał z tłumu bezimiennych turystów nazwiska i raz na zawsze wplatał w swój pejzaż. Imiona tragicznie zmarłych padały na żyzną dla pamięci drogę. Przypomniałem sobie pierwszy grób w górach, który widziałem w dzieciństwie – był to grób przewodnika PTTK o imieniu Wojtek położony w drodze na Trzy Korony. Patrz – mówił nagrobek – i tutaj śmierć przychodzi, nie wiesz jak, w drodze na tę górę niezbyt wysoką.

W chyży były miejsca, ale – co gorsze – na jedzenie musiałem czekać. Wieczorem ma pojawić się grupa Francuzów, która zamówiła jedzenie. Wtedy będę mógł zjeść zupę. Dobre i to. Zdrzemnąłem się w pokoju. Wieczorem dostałem zupę, ale przy okazji zajrzałem do środka kuchni. Smażyły się tam ryby. Skwierczało, pachniało. Dwie kobiety uwijały się przy garach. Cholerne żabojady! Dla nich smażona rybka a dla solowego turysty talerz zupy z Bożej łaski. Ale to właśnie dzięki grupie francuskiej miałem tego dnia z kim rozmawiać. W pokoju ze mną spał Georgi – planinski vodac (górski przewodnik). To on prowadził wycieczkę. Okazał się bardzo serdecznym towarzyszem a co ważniejsze doświadczonym turystą, który bardzo dużo wiedział o Planinie. Mapy, które posiadał były jeszcze lepsze od tych, które widziałem wcześniej u Iwo. Szybko poradził mi, gdzie najlepiej udać się na kolejny nocleg. Chyża Dermenka – znakomicie wyposażone, odnowione schronisko – to był mój następny cel. Georgi był oficerem bułgarskiej armii. Znakomicie wykształcony – mówił kilkoma językami. Po angielsku, francusku, rosyjsku…Dużo starszy ode mnie – już sporo po czterdziestce – wyglądał bardzo młodo. Łagodny przyjemny tembr głosu nie zdradzał w nim żołnierza. Raczej sposób poruszania się, sprężystość ruchów, przyczajona siła. Widać było, że jest znakomicie wysportowany. Ale jakże mogło być inaczej… W większość weekendów, przez cały rok, Georgi wędrował po górach. W latach, kiedy zaczynał swoją przygodę z trekkingiem nie było dobrych map. Dochodził w piękne miejsca metodą prób i błędów. Teraz po przejściu na wojskową emeryturę,  dorabiał sobie latem prowadzeniem francuskich wycieczek. Załatwiał wszystkie hotele, schroniska, wyżywienie, prowadził najciekawszymi szlakami. Suma, którą za to zarabiał, rozparcelowana na wszystkich użytkowników wycieczki nie była taka duża. Przyjrzałem się Francuzom. Duża część z nich, to byli już ludzie po pięćdziesiątce. Dla nich bułgarskie ceny musiały być atrakcyjne a miejscowy przewodnik z perfekcyjnym francuskim otwierał dla nich możliwości poznania najpiękniejszych zakątków kraju bez żadnego stresu. W ofercie Georgi miał wszystkie najbardziej atrakcyjne pasma w Bułgarii. Oczywiście Riłę, Pirin, także Bałkan i Rodopy. Kochał to robić, wypoczywał i jednocześnie wspomagał wydatnie domowy budżet. Mieszkał w okolicach Wielkiego Tyrnowa i rozsnuwał przede mną uroki tego miasta. Niestety, nasze szlaki przecinały się tylko w chyży Eho i następnego dnia rozchodziły w różne strony. Francuzi schodzili do jakichś ciepłych źródeł i opuszczali główną grań Starej Płaniny. Tymczasem Georgi opowiadał o roślinie, która jest widoczna w logo parku. Ten kwiat rośnie tylko w jednym miejscu na świecie. Na szczycie Koza stena. Proponował mi tam następnego dnia zajrzeć, ale byłem zbyt zmęczony. Droga na szczyt była stroma, plecak trzeba było zostawiać na dole. A gdybym tam nawet wlazł, czy rozpoznałbym ten kwiat? Wystarczyła mi więc jego opowieść. Siedzieliśmy na ganku schroniska. Dochodziła dziewiętnasta, słońce schodziło za krawędź upalnego dnia. Jakaś grupka Bułgarów głośno rechotała się przy rakiji. Dałbym głowę, że ich gdzieś już widziałem. Być może natknąłem się na nich w zeszłym roku, w którymś ze schronisk w Rile albo Pirinie? Czas zaczął przyspieszać. Gdy masz za sobą już znaczną część drogi – wyprawa nabiera całkiem innych proporcji – zaczyna się kurczyć. Chyba tego lata poczułem to pierwszy raz właśnie w Eho.

Odpoczynek wrócił mi siły. Następnego dnia trasa wiodła przez najpiękniejsze ścieżki Centralnego Bałkanu o wyraźnie alpejskim charakterze. Z Georgim i Francuzami pożegnałem się koło chyży Koza Stena i dziarskim krokiem maszerowałem na wschód. Minąłem słynny wierzchołek jedynymi takimi kwiatami na świecie i zmierzałem w stronę dużej przełęczy, przez którą przechodziła szosa. Ruch samochodów był tu dość spory, więc rozłożyli się tu miejscowi chłopi i sprzedawali z samochodów mleko i inne produkty. Krowy łaziły swobodnie po pobliskim pastwisku. Niedaleko znajdował się ogromny pomnik – brama z żelaza z datą 1878 – a więc powstania nowożytnej Bułgarii.
Kawałek za przełęczą – znowu napadły mnie „złe kucze”. Lecą psy, jeden, drugi, trzeci…
Czas było wypróbować sposób Krasimira. Gdy owczarki dobiegły na kilka metrów przykucnąłem. Plecak osłaniał mi plecy, z przodu miałem kije, w razie czego mogące służyć do obrony.
Niepotrzebne były jednak obawy. Było dokładnie tak jak mówił Krasimir. Psy zadowoliły się „osaczeniem” intruza. Zatrzymały się w niedalekiej odległości wściekle szczekając. Wołałem owczarza, ale nikt nie nadchodził. Po kilku minutach, znudzone, odbiegły same w stronę swojego stada.