O szóstej nie wstaliśmy. Ale wyszliśmy na szlak o dziewiątej. Ja, Kostatin i mała Weronika. Przed nami biegł Nord. Samoyed znikał raz po raz w głębokich zaroślach. Ścieżka prowadziła ostro pod górę. Szlak kluczył i kluczył aż zniknął.
-Ne ma markerovka – zmartwił się Kostatin.
-Nicievo, Nord znaet! – zażartowałem.
-Da, Nord znaet – zaśmiał się i ruszyliśmy za psem.
Przedzieraliśmy się przez zwalone pnie, raz po raz drogę przecinały nam gałęzie kosodrzewiny.
Wreszcie, po jakiejś godzinie marszu wydostaliśmy się na grań, ale dla małej Weroniki to już było za dużo. Kostatin musiał zawrócić, tym razem idąc już szlakiem, który okazało się wiódł wyraźną ścieżką. Ja ruszyłem na wschód w kierunku serbskiej granicy. Wysoki na 2016 metrów Vrch Kom okazał się kopulastym trawiastym wierzchołkiem. Wokół rozciągały się płowe połoniny. Na szczycie znalazłem fragment wiersza Iwana Wazowa poświęcony Kom. Byłem więc w miejscu, gdzie faktycznie zaczynał się bułgarski odcinek szlaku Kom-Emine. Za okolicznymi szczytami musiała już być Serbia. Niestety nie byłem przy samej granicy, więc nie wiem jak dziś wygląda jedna z ostatnich granic Europy…
Wróciłem do Kom. Iwan już na wejściu zaprosił mnie do stolika, przy którym rozmawiali z Asenem. Stanął przed mną kubek „domaszniej” rakiji. Rozmowa przeskakiwała z tematu na temat. Rozmawiali dużo o Rosji i Tadżykistanie, gdzie Asen spędził sporo czasu.Kostatin powiedział, że tej nocy będę spał w pokoju z jego dziadkiem. Dziadek Kostatina, chyba już dawno przekroczył osiemdziesiątkę. Chodzenie przychodziło mu z trudem i poruszał się o lasce. Ale wiek nie zabił w nim namiętności do tytoniu. Całkiem zdrowo popijał też rakijkę ze szklanki przyglądając się nam roześmianymi oczami. Znał język rosyjski, pracował nigdyś w kopalni, ale czy – była to praca przymusowa – nie zdołałem się dowiedzieć
Asen wypytywał mnie jak po polsku jest rakija.
Na początku trudno było mi wytłumaczyć, że rakija nie ma odpowiednika w polskim języku. Dla Bułgarów i innych mieszkańców Bałkanów – rakija to smak domu, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisów, splątanych z tą ziemią korzeni. W Polsce rakija to smak południa, właśnie Bałkanów… Na pewno nie można zestawiać rakiji ze smakiem bimbru czy zajeżdżającego spirtem samogonu. Gdy piszę te słowa słucham pieśni Cherno Feredje…
Rakijczice, svetaya muczenice!
Allllelluja…
Tak leniwie nam upływały godziny. Pomyślałem, że jutro z rana muszę wyruszyć w drogę i zrobiło mi się żal, gdyż czułem się tutaj pośród gościnnych gospodarzy znakomicie. Czekały mnie jednak nowe miejsca i także nowe – spotkania.

Pożegnany serdecznie przez całą rodzinę ruszyłem w stronę przełęczy Petrohan. Droga wiodła przez bukowe lasy, niebo z początku było pochmurne, więc góry robiły dziś blade, wyprane z kolorów wrażenie. Szybko pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie od Petrohan, samą przełęcz i chyżę. Postanowiłem nocować w Pribojnicy. Chyża Pribojnica leżała w głębokiej dolinie, nad potokiem. Budynek był dość sporych rozmiarów, ale w środku zastałem jedynie rodzinę chyżara i dwójkę turystów, którą spotkałem dwa dni wcześniej w starym Kom.
-Nice to see you – uśmiechnęła się kobieta – i podzielili się ze mną swoim posiłkiem, którym było jakieś ekologiczne, ale pożywne danie.
-Iskasz rakija? – spytał chyżar.
Odpowiedziałem, że „iskam”, ale „małko”.
Nalał mi pełną szlaneczkę.
-To jest małko?! – zaśmiałem się.
-Sto gram – odpowiedział.
Chyżar nazywał się Atanas i podobnie, jak Iwan z Kom, dopiero od roku prowadził chyżę. Jego rodzina pochodziła z Płowdiw. Wszyscy spędzali tutaj teraz wakacje -żona Atanasa, dorastająca córka i syn uczący się w płowdiwskim liceum. Opowiadałem łamaną bułgarszczyzną o swoich bułgarskich podróżach. Oczywiście musiałem tłumaczyć, dlaczego sam wybrałem się w tak długą wyprawę.
Mówiłem zatem, że nie jestem sam, bo cały czas jestem wśród przychylnych i gościnnych ludzi – i że Bułgaria urzekła mnie właśnie taką otwartością. Zresztą, nieraz towarzystwo przeszkadza w podróżowaniu, czlowiek jest mniej otwarty na nowe kontakty. Na przykład plecakowi polscy turyści przemierzający Riłę i Pirin wzdłuż szlaków opisanych szczegółowo w przewodniku Bezdroży. Przyjeżdżają góry konsumować a prawie nie poznają kraju, kultury.
Pewnie masz rację – potwierdził Atanas -Wielu takich turystów tędy przechodzi. Byli tu też Polacy, ale nie byli tak rozmowni jak ty. Przejść szlak – to tylko ich interesowało.
Jakieś pół godziny – rozmawiałem z Georgim i Aleksandra dostarczyli mi nazw bułgarskich zespołów rockowych, których później, już po powrocie do kraju szukałem na youtube. W telewizji leciała ekranizacja znanej gry komputerowej Doom. Nie była zbyt skomplikowana. Wiadomo – duża ilość krwi i mózgów na ścianach. Znów się poczułem tak, jakbym daleko nie wyjeżdżał. Czy to nie dziwne – prawie nie znam ich języka – siedzę dwa tysiące kilometrów od domu i rozmawiałem z bułgarskimi licealistami o grze Wolfenstein 3D… Opuszczałem Pribojnicę z uśmiechem, przekonany, że tak będzie już do końca – chyże, dobre jedzenie, damasznia rakija… i że w ten sposób, to mogę podróżować choćby miesiąc. Jakżesz się myliłem…