Był 1 maja, trochę po osiemnastej,
gdy wszedłem na Śnieżnik. Za mną został szlak z Międzygórza,
schronisko Na Śnieżniku i usiany płatami śniegu las. Nieźle
dymało. Zarzuciłem na plecy swojego woodpeckera. Plecak ważył
chyba ze 25 kg, bo czekał mnie trzydniowy marsz przez góry.
Podziwiając widoki Masywu Śnieżnika i Gór Bialskich
schodziłem w dół. Przede mną szło dwóch czerstwych
twardzieli. Zapewne tak ja mieli zamiar nocować pod namiotem. Kiedy
słońce zaszło skręciłem kilkadziesiąt metrów od szlaku i
zacząłem się rozbijać na wiatrołomie. Wiatr usilnie
przeszkadzał, ale w końcu udało się. Zapadał zmierzch, wsunąłem
się w śpiwór i zasnąłem. Była może trzecia, gdy się
obudziłem. Wiatr hulał w najlepsze. Las pełen był szmerów,
szelestów; wydawało się, że ktoś podchodzi pod namiot i że
za chwilę usłyszę dźwięk otwieranego zamka. Leżałem spokojnie,
bo wiedziałem, że te bajki opowiada wichura i moja bujna
wyobraźnia. Wyszedłem przed namiot i patrzyłem w gwiazdy.
Zapaliłem czołówkę i odszedłem kilkanaście metrów
od namiotu w celu wiadomym. Kluczenie między korzeniami ściętych
świerków, kałużami błocka i niewysokimi iglakami zajęło
trochę czasu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wracając nie
odnalazłem namiotu. Wydawało się, że wracałem dokładnie tą
samą drogą, musiałem jednak minąć swoje obozowisko. Zawróciłem.
Ale znów znalazłem się w miejscu innym. O żesz! -
uśmiechnąłem się pod nosem. No to masz swój ulubiony
rozdział Czarodziejskiej Góry – Hans Castorp na nartach.
Krążysz po niewielkim obszarze, sekundy wydłużają się
niemożebnie a może czas staje w ogóle w miejscu. Wpadasz w
dziurę czasową… Ruszyłem znów lekko pod górę.
Namiot musi tam być… Musi… Teraz jednak nie musiał, jakby
zwolniony z istnienia znalazł się nie wiadomo gdzie. Komputer Pana
Boga widocznie aktualizuje dane. Góry oczywiście są, ale
namiot się jeszcze nie załadował… Doszedłem do ściany lasu,
gdzie biegł szlak zielony. Zawróciłem. Potem nastąpiło:
Wtem! Wtem! – następuje zawsze w komiksach, kiedy bohaterowi spada
coś na łeb, kiedy wyskakuje na niego zwierz, kiedy spotyka się z
lufą dubeltówki… To wtem! Było jednak kałużą błota.
But po kostki zapadł się w lepkiej mazi. Krótkie…rrrrwaaaa!
- na chwilę uniosło się ponad uderzeniami wiatru. Namiotu jak nie
ma, tak nie ma. Tak się ukryłem ze swoim biwakiem, że sam nie
byłem w stanie doń trafić z powrotem. To przestało być śmieszne.
Trzeba przecież się wyspać a nie snuć się po tym cholernym
wiatrołomie. Wtedy smuga czołówki padła na okrągły
kształt kilka metrów przede mną. Było to oczywiście moje
iglo. Wpełzłem do środka i spałem już do rana.

Pod Snieznkiem

Snieznik

O ósmej po biwaku nie było już
śladu, dziarski i najedzony zmierzałem na wschód. Ze
zdziwieniem zauważyłem, że kawałek dalej – za mną – w lasku
rozbili się czerstwi twardziele. Odlegli ode mnie o jakieś
pięćdziesiąt-siedemdziesiąt metrów odsypiali zapewne swoje
nocne rozmowy i herbatę z rumem. Tak to sobie przynajmniej
wyobraziłem. Przekroczyłem granicę czeską i wszedłm na wygodną
bitą drogę, która łagodnymi zakolami sprowadzała mnie w
dół. Dopiero teraz Śnieżnik objawił się w całej swojej
wspaniałości. Płaski kopulasty wierzchołek wyrastał ponad linię
lasów i krył się w majowych śniegach. Okazało sie, że
nocowałem na wysokości około 1200 metrów nad poziom morza.
Szkliwo pokryło kałuże, więc to tylko twardy sen uchronił mnie
przed zimnem. Szlaki były puste, w okolicy nie było przecież
żadnych schronisk o otaczały mnie masywy najdziksze w Sudetach.
Dopiero po jakimś czasie spotkałem sympatycznych Czechów,
którzy wyszli z doliny. Po południu byłem już w Polsce,
około piętnastej dotarłem na Rudawiec. Cały czas na grzbiecie Gór
Bialskich towarzyszył mi piękny świerkowy bór, który
zapewne niedługo zapełni się niezliczoną ilością jagód.
Widok z Rudawca zwłaszcza na Śnieżnik był wart dłuższej sjesty.
Ruszyłem teraz w stronę Bielic, tych Bielic, gdzie znajdowała się
Baza Ludzi Umarłych, tu Hłasko jeździł na dżemsach i tu kręcono
sceny filmu. Góry Bialskie rzeczywiście pokryte są gęstą
siecią bitych dróg, które wiją się po masywach.
Starym wyładowanym drzewem rzęchem wspinać się na te zakręty
było rzeczywiście niebezpiecznie. Ostatnim etapem tego dnia,
którego zrobiłem w sumie 27 km było Kowadło – najwyższy
szczyt Gór Złotych. Widok stąd był olśniewający, nawet po
tym, co widziałem już tego dnia. Siedziałem sobie samotnie na
szczycie i czekałem aż słońce zajdzie za horyzont. Wpisałem się
do książki wejść na szczyt. Która znajodowała się po
drugiej stronie granicy w żółtej skrzynce. Takie zeszyty
spotykałem kiedyś w Alpach Julijskich i stanowiły swoisty
pamiętnik góry. Rozbiłem się tym razem bez przygód w
pobliskim zagajniku.

Z Rudawca

Z Kowadła

Ostatni dzień długiego weekendu był
również długi i żmudny. Szedłem cały czas wzdłuż
granicy, w zasadzie dawnej granicy… W latach osiemdziesiątych
przez zieloną granicę odbywało się tutaj przemycanie bibuły.
Pamiątkowa tablica opowiedziała mi historię ostatniego przerzutu
przez granicę. Na Przełęczy Karpowskiej stał tzw. . „Černý
kout”
. Jeszcze podczas Aksamitnej Rewolucji dwóch
anarchistów – Długi” (Robert Prus) i „Patyczak”
(Grzegorz Kmita) przekroczyło „zieloną granicę”, aby brać
udział w demonstracjach… Wyobraziłem sobie jak brną przez śnieg… Pod koniec dnia wchodziłem spalony
słońcem do Lądka Zdroju, skąd po godzinie niepewności (jakiś
miejscowy debil zerwał rozkład jazdy) przedostałem się do
Wrocławia, gdzie jak zwykle w Cafe Bar Plus oczekiwałem nocnego
pośpiecha do Gdyni…