nowaczewski blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: grodno

Bohatyrowicze
Kiedy odrzeć Bohatyrowicze z opowieści, co zostanie? Kilka domów, w których ktoś chyba mieszka, chyba, bo nie widać ruchu w obejściu. Smętna sylwetka starego samochodu. Cisza i bezruch. Podchodzimy do żółtego domku, jakich wiele w tych stronach. Wypada spomiędzy szczebli płotu mały piesek, „pilny w spełnianiu obowiązku”, ale zaraz zaczyna się łasić. Z małej szklarni wychodzi Starsza Pani. Pytamy się jak dojść do grobu Jana i Cecylii – gdyż podażamy szlakiem polonistycznego pielgrzyma, by wzruszać się tym, co było, poznać to, co znane, ale z książek. Jesteśmy przecież „nad Niemnem”, w tym samym miejscu, gdzie bohaterowie Orzeszkowej. Potem w Grodnie ktoś nam mówi, że rozmawialiśmy z panią Teresą Bohatyrowicz. Ale czy na pewno? Wówczas jakoś umyka nam w wiadomość, że babcia Starszej Pani widywała Orzeszkową. Myślę raczej o jej czystej polszczyźnie. Żadnego akcentu, jak z samego serca Polski, ale z jakiejś lepszej Polski. Dumnej, pewnej siebie, niepodważalnej. Jednocześnie Starsza Pani jest samą łagodnością. Przepuszcza nas przez podwórko. Schodzimy nad rzekę. Nie tak przecież wyglądał brzeg; i to jeszcze rok temu. Wycięto gąszcz i idziemy jak przez pobojowisko, przez wykroty i jednoroczne chwasty towarzyszą nam przez kilkaset metrów. Od rzeki w pewnym momencie odchodzi ścieżka, wspinamy się się na skarpę i oto jest. Grób Jana i Cecylii. Odległy o jakieś pół kilometra od wsi, doglądany przez miejscowych. W tej chwili w Bohatyrowiczach mieszka pięć starszych kobiet i jeden mężczyzna. Młodzi wyjechali i nigdy tu nie wrócą. Sześć starszych osób na całą wieś, które nawet na codzień pewnie nie rozmawiają, bo każdy krok w te upały kosztuje wysiłek. Gdy zaczną gasnąć jedno po drugim, kto tu zostanie? Tak dosłownie kończy się świat.

Zawracamy więc w drugą stronę – idziemy do Miniewiczów, gdzie znajduje się pomnik powstańców 1863 roku. Kierowca mógłby nas podwieźć, ale trzeba poczuć tę ziemię stopami. Innej wiedzy nie dowierzam, tylko tej, którą mam w nogach. Mijamy ludzi z kołchozu pracujących w polu. Jesteśmy tu egzotyczni, ale przewidywalni. Wiadomo przecież, że Polacy tu przyjeżdżają. Poszukiwacze korzeni i patriotycznych wzruszeń. Przy wejściu do Miniewicz stoi opuszczony wrak autobusu i jest tu jak w Into the wild. Gdy wchodzimy do wsi jakiś dzieciak krzyczy do nas po rusku: idźcie stąd, jedźcie do domu! Sąsiednia do Bohatyrowiczów wieś, a jakże różna. Tu i tam widać samochody. Część domów wykupiona przez ludzi z miasta, którzy powykupowali sobie tu luksusowe dacze. Dzisiaj wieś jest pusta a do pomnika trafić niełatwo. Żaden drogowskaz tam nie prowadzi. Mogiła stoi w środku lasu, jakieś 200 metrów za wsią. Prowadzi doń ledwo widoczna ścieżka, ścieżynka, tropa wydeptana przez pojedynczych gości. Pomnik jest dla wtajemniczonych, skryty przed obcymi. Tu w lesie kryje się Polska i straszy dzieci z kołchozu.

Nowogródek
O Nowogródku popełniłem coś już rok temu, więc tam, do starej noty z lipca 2009 odsyłam. Tutejsze wzgórze zamkowe jest to jedno z miejsc baśniowych, gdzie mógłbym siedzieć godzinami. Na fotografiach będziemy oglądać soczystą zieleń kontrastującą z czerwienią wyszczerbionej cegły. Wspinam się na ułomek muru, kilka metrów w górę. Wcześniej byliśmy w chłodzie kościoła i wsłuchiwaliśmy się w historię sióstr, które poniosły tu męczeńską śmierć podczas wojny. W całym Nowogródku zostało 500 Polaków na 30 tysięcy mieszkańców. Zatem garstka… W kościele mnóstwo AK-owskich śladów. Przy okazji rocznic powstania wspomina się Armię Czerwoną, która kucnęła na prawym brzegu Wisły. Ale przecież – nim Rosjanie doszli nad Wisłę, „wyzwalali” wiele miast, które nigdy już do Polski nie wrócą. Choćby i Nowogródek. Co się działo wtedy w głowach tych chłopaków z AK? Nie ogarniali swoimi horyzontami całego frontu, tylko swój powiat, swoje województwo. I na tym obszarze starali się działać…Myślę o oddziałach polskich, które w luce między wycofującymi się Niemcami a nacierającą Armią Czerwoną wycofują się na zachód. Niektórzy zostali – i walczyli w osamotnieniu – na przykład porucznik Borysewicz „Krysia”, poległy w styczniu 1945 roku pod Kowalkami. Jego ciało, nieludzko zmasakrowane jako trofeum obwożono po wsiach. Mówią dziś różne gadające głowy – że niepotrzebne było powstanie, że bez szans, że rzeź, że zbrodnia… Mam na to jeden argument. Ówczesną Polskę można porównać do gwałconej kobiety. Przecież taka kobieta broni się, choć nie ma szans. Powiedzcie takiej kobiecie, żeby była cicho. Nie przystoi, panowie. To już lepiej wy milczcie.

Zaosie.
Ciężko było trafić do Zaosia, bus utknął gdzieś w szczerych polach malowanych zbożem rozmaitem. Prawda, nie było tych zbóż zbyt dużo; podobnie i drewnianych domków przycupniętych przy drodze. Zawsze zwracałem na to uwagę za wschodnią granicą – jest tu mniej ludzi. Gdziekolwiek się udałem – na Litwę, Łotwę, Białoruś – zdawały mi się te wiejskie tereny niemal wyludnionymi. Wreszcie widzimy kryty strzechą dworek i trafiamy na jakąś miejscową swadźbę. Nowożeńcy robią sobie zdjęcia na tle zabudowań, po podwórzu kręcą się goście weselni. Chwila narady, czy zwiedzać dworek z przewodnikiem, bo jesteśmy zniechęceni poprzednim oprowadzaniem po muzeum w Nowogródku. Wtedy dopada nas(dosłownie) dyrektor muzeum. Dziewczyny dostrzegają, że ma sygnet na palcu i lekko skośne dzikie oczy. Dyrektor przedstawia się jako obywatel Wielkiego Księstwa, mówiący ruską mową Jagiełły. Mówi tak szybko, że nie można mu przerwać, wcisnąć choćby przecinka. Pomiędzy fakty wciska farmazony – i jakby oko puszczał, że to ściema jest, ale urocza ściema. Bo właśnie po to przyjechaliście, żeby szukać ściemy, znanych wam melodii – a dworek w Zaosiu wam pomoże. Unia Europejska dała na to pieniądze. Na domy Mickiewicza i Puu-szkina. To rekonstukcija, dom do sowriemiennych czasów nie zachowałsia. Zachodźcie w dom. Bóg w dom, gost w dom.
Normalnie Disneyland – myślę. Zaraz sam Mickiewicz do nas wyjdzie, z Tadeuszem i Zosią.
W progu już historia rodziny Mickiewiczów poczynając od rozpustnego pradziada w pięć minut. I już pokolenie ojca i zajazd. I Adam się rodzi – proszę dalej.
Choć to rekonstrukcija – jak słyszeliśmy przed momentem – nie przeszkadza to tu bywać Adamowi – i spotykać się z Marylą, córką Wereszczaki. Zegar prawie też taki sam gdy zajechał tu młody panek. Karabelę dostaliśmy z Tarnowa.
A to szlachecki stroj – gospodarz zdejmuje go ze ściany. Rozgląda się przez chwilę i szuka ofiary. Oczywiście pada na mnie.
-Ubieraj się! Anim się obejrzał i mam na głowie futrzaną czapę. Grupa pokłada się ze śmiechu. Nic tak nie cieszy jak sponiewierany wykładowca.
Dostaję do ręki róg. I oczywiście nie umiem na tym grać.
-Wojskiego z niego nie będzie! Zachodźcie dalej.
To komnata dla gosti. Tu za stolom siedzial otiec. Zostałeś już szlachcicem to będziesz ojcem. Siadaj. Zdejmij czapkę. Bo obrazy Boże! Tak przy tym stole siedział ojciec i opowiadał. Opowiadaj!
-Ale co mam opowiadać?
-Ech ty! – i dłoń z sygnetem mierzwi mi włosy.
Postmoderna. Mickiewicz i Don Corleone.
A to kuchnia. Od czego zaczynali dzień szlachcice? Od filiżanki kaa-wy.
Czym się różnili szlachcice od chłopów? Nawet jak orali ziemię mieli przy boku szablę.
Szlachta litewska nie cierpiała ruskich – dlatego po zaborach zaraz przybyło na tych ziemiach 2 miliony Polaków.
I tak dalej, i tak dalej. Znów na podwórze.
Patrzę w pola. Nie ma już tam zaścianków. Gdzieś za pagórkiem pewnie czai się sowiecki kołchoz.
Jedziemy dalej.

Świteź.
W środku lipcowych upałów Świteź obsiada turystyczna stonka. Na plaży zalegają setki ludzi. Smażą się na słońcu kobiety, prężą się wytatuowane torsy, wrzeszczy dzieciarnia, smrodek grilla unosi się nad ręcznikami, ruskie disco rządzi, co za kanikuły! Próżno więc szukać nastroju. Ale kawałek dalej w las – wzdłuż brzegu nadal jest pięknie. Idealny owal jeziora, czysta woda. Robimy perfomance – wchodzimy do jeziora po szyję i czytamy Świteziankę.
Świteź jest Świteź i basta.

Cmentarz katolicki w Grodnie.
Ostatni dzień w Grodnie był dniem pracy. Chyba od czasu wyjazdu do Bohatyrowicz dojrzewał pomysł, żeby COŚ zrobić. Jakiś gest, choćby symboliczny. Pomysł został zwerbalizowany wśród studentów. Zakupiliśmy grubo ponad sto metrów wstążek – białej i czerwonej. Już na cmentarzu zszywaliśmy je nićmi. W niespełnia trzy godziny ponad sto żołnierskich krzyży zostało przyozdobionych wstążkami w narodowych barwach. Cmentarz grodzieński wygląda strasznie. Chaszcze, zdemolowane przez niedawny wyręb drzew nagrobki. Za Sowietów to miejsce było systematycznie dewastowane a dzisiaj ciężko mu przywrócić dawny charakter. Tym dumniej powiewały nasze wstążki na żołnierskiej kwaterze.
Tuż obok znajduje się grób Tadzika Jasińskiego. Trzynastoletniego chłopca, obrońcy Grodna w 1939 roku. Walczył z sowieckimi czołgami rzucając w nie butelkami z benzyną. Został schwytany przez czerwonoarmistów i zginął jako żywa tarcza na jednym z czołgów. W zeszłym roku próżno szukałem jego grobu. Ten jest tylko symboliczny, ale jest.
Wrześniowa obrona Grodna jest prawie nieobecna w narodowej pamięci. A wymiar bohaterstwa obrońców Grodna, w większości cywilów, którzy bronili miasta po opuszczeniu go przez regularne oddziały porównywalny jest do bohaterstwa Lwowskich Orląt.
Tutaj całkiem oficjalnie nie ma nikogo poza nami, poza upałem i poza krzyżami sterczącymi spośród chwastów. Całkiem oficjalnie to miejsce jest właściwie zapomniane w Polsce pojałtańskiej.
Mówiłem sobie, że w przyszłym roku już tu nie przyjadę, ale nie wiem, czy w tym postanowieniu wytrzymam.

Grodno. Zawsze przyjeżdżałem tu w lipcu. Najbardziej słoneczne, zachodnie miasto Białorusi. Z rzeką otwartą na panoramę, w której mieszczą się stary i nowy zamek, fara, inne wieże kościelne, cerkiew na Kołoży, brzydka ciężka bryła sowieckiego teatru. Przedeptałem grodzieńskimi ulicami chyba ze sto kilometrów – od nowych blokowisk, przez drewniane przedmieścia między starym miastem a rejonem stadionu aż po podwórka starówki i drugi brzeg, gdzie trwa sylwetka kościoła franciszkanów. Poznałem Grodno posklejane z różnych epok – barokowej Rzeczpospolitej, carskich cebul cerkiewnych, sowieckich monumentów. Grodno cmentarzy – katolickich, prawosławnych, sowieckich. Grodno żółtych parasoli z reklamami lidskogo piwa.

Chodziłem po mieście, gdzie place ulice upamiętniały Lenina, Dzierżyńskiego, 17 września. Widziałem grodno 3 lipca podczas narodowego święta, gdy na Placu Sowieckim na wielkiej scenie odbywał się koncert gwiazd krajowej piosenki. Bladych gwiazdeczek na obrzeżach sąsiedniej potężniejszej rosyjskiej popkultury.
Widziałem Grodno, po którego ulicach śmigały luksusowe samochody. I Grodno trzeszczących autobusów przegubowych, w których odzywał się głos pedantycznego lektora:
Uważajyme pasażiry! Ostarożna! Dwier zaczinajetsia!
Poznałem Grodno nocne, w którym działały dwa bodajże kluby. Jedna dyskoteka nazywa się Epolet. Mieści się w przedwojennym klubie garnizonowym przy ulicy Orzieszki. Porządku pilnują tam milicjanci OMON-u. Puszcza się tu na ogół rosyjskie przeróbki znanych zachodnich przebojów.
A i o kobietach muszę napisać. Starannie ubranych, sunących jak łanie po trotuarach. Niemalże wszystkie na szpilkach, w dokładnym wyrazistym makijażu.

W sklepach stawałem przy stoiskach z alkoholem i studiowałem etykiety wódek. Oficer, Bogatyrskaja, Srebnyje Rozy, z dziesięć rodzajów bulbaszu… Na jednej z etyket znaleźliśmy wizerunek jakby-Kościuszki… Także piw był wybór spory – od zachodnich, przez czeskie po miejscowe, ukraińskie i rosyjskie. Jak to bywa za wschodnią granicą – popularne jest piwo w plastikowych butelkach. Nawet półtora i dwulitrowych.
W upały raczyłem się kwasem chlebowym. Na zagryzkę między posiłkami najlepiej było się wybrać na czieburieki do naleśnikarni opodal Placu Lenina – rodzaj bardzo smacznych placuszków z mielonym mięsem. Tanie i pożywne. W pobliskiej pizzerii ceny były już polskie, unijne. Restauracji w mieście ledwie kilka, akurat żeby mieli gdzie się pokazywać miejscowi nowobogaccy. Takim lokalem była chociażby Karczma przy Sowieckiej albo lokal nad Niemnem, gdzie stoliki wychodziły bezpośrednio na rzekę. Czegoś w rodzaju pubów nie uświadczyliśmy. Ostatnie takie lokale w tym roku były już nieczynne. Bar Stary Kufel przy Karola Marksa – smętnie zamknięty. Podobnie podziemny bar na jednej z bocznych ulic starówki, do którego schodziło się jak do wnętrza u-bota… Zauważyłem natomiast, że kwitną rozmaite jaskinie hazardu.

Zaostrzyły się przepisy dotyczące internetu. Doświadczyliśmy tego już pierwszego dnia.

-Dobry den, na interniet, adin czas…

-Pasport!

Od 1 lipca każdy musi w kafejkach mieszczących się przy białoruskiej poczcie zostawiać swoje dane paszportowe… Oficjalnie służy to walce z pedofilą. Faktycznie zaś sprawia, że nikt nie jest anonimowy w białoruskiej sieci.

Gdy wieczorem usiedliśmy z Pawłem na trawiastej skarpie koło zamku i gadając patrzyliśmy w Niemen z drugiej strony płotu podeszli grzeczni panowie i powiedzieli po polsku, że mamy tu prawo siedzieć do osiemnastej.
Poszliśmy więc przez Plac Sowiecki w kierunku centrum. Na Placu jaśniała fara. Z drugiej strony ziała zieleń skweru. W latach sześćdziesiątych wysadzono tu stojącą od XIV wieku farę Witolda. Przypomina się Brodski i jego Postój w pustyni. Jak to szło?

Tak mało teraz w Leningradzie Greków,

żeśmy zburzyli Kościół Grecki, aby

na jego miejscu salę koncertową

postawić. Jest coś w tej architekturze

beznadziejnego, chociaż sama przez się

sala na tysiąc albo więcej miejsc

beznadziejnością nie tchnie. To świątynia.

Świątynia sztuki. Nie zawinił nikt,

że większą kasę daje dziś wokalna

wirtuozeria niż rytuał wiary.

Szkoda jedynie, że z daleka teraz

będziemy oglądali nie kopułę,

tylko płaszczyznę szpetną nieskończenie.

Dzisiaj nie wysadza się już kościołów. Uczestniczyliśmy w nabożeństwach. Polskiej mszy w farze. W prawosławnym monastyrze. W cerkwi na Kołoży, gdzie oprowadzał nas Ojciec Włodzimierz.

Pewnego dnia dziewczyny wróciły z miasta z wieścią, że spotkały jurodiwą. Częstowała je wafelkami. Pani Anna w największe upaly miała na sobie kilka warstw ubrań. Kiedyś byłam artystką – mówiła – malowałam portrety Lenina. Ale Bóg mnie pokarał i straciłam władzę w palcach.
Na Placu Sowieckim zwrócił naszą uwagę dziadek z grzebieniem. Stawiał swój kubek i grał, i grał, i grał… w miejscach, gdzie nikt nie przechodził. Nie było widać, żeby ktoś wrzucił mu coś do tego kubka. W uszach mam jękliwą grę grzebienia. Schizofreniczną jękliwą grę grzebienia. A właśnie. Grzebienia, na Placu Sowieckim w Grodnie, tak!

pomnik Lenina w Grodnie

Plac Lenina w Grodnie. Data wyzwolenia Mińska przez Armię Czerwoną (3 lipca 1944) jest obchodzona jako Święto Niepodległości Białorusi. Na Plac Lenina chodziłem codziennie pieszo do centrum ulicą Dzierżyńskiego. Jest też ulica 17 września…

Fara w Grodnie

Flaga sowiecka na tle barokowej fary.

Grodno kontrasty

Urzędnicza kolonia domków z lat trzydziestych na tle nowego blokowiska.

Grodno

Przedwojenny plan Grodna utrzymany jest w dwóch kolorach. Jeden oznacza Grodno murowane, drugi Grodno drewniane. Na poryższym zdjęciu fragment drewnianego przedmieścia.

Grodno - panorama

Widok na Grodno od strony Niemna. Niemen jest rzeką niuregulowaną, o wciąż dzikich brzegach. Także na terenie miasta można znaleść jego malownicze zakola. Miejscowi kąpią się w rzece, powstały ośrodki wypoczynkowe i kąpieliska…


  • RSS