Utwardzoną drogą wijącą się wzdłuż głębokiego wąwozu schodziłem w kierunku przełomu Iskyru. Najstarsza nazwa tych gór brzmi Hajmon – „dział wodny”, „granica”. Tylko Iskyr ją przekracza…Oglądałem więc ściany tego Hajmonu: wysokie na kilkaset metrów skały, które przypominały mi dziecinne wyobrażenia na temat Gór Skalistych i wielkiego kanionu Kolorado. Skwar bił z niebieściutkiego nieba, odbijał się od piaskowców i wapieni. Wreszcie po czternastu kilometrach marszu zobaczyłem Lakatnik. Miasteczko wciśnięte w kanion, ulice wiły się u podnoża wzgórz. Miało się wrażenie, że wyrasta wprost ze skał. Nad rzeką przechodził wiszący most, skad schodki prowadziły na Gara Lakatnik (Lakatnik dworzec). Jechałem tędy zmierzając do Berkovicy. Na moich oczach zatrzymał się tu putniczeskij vlak i wysypali się z niego ludzie. Starsze babiny krok po kroku pokonywały schody nad rzekę. Upał był niemiłosierny i obciążony trzydziestokilometrowym plecakiem oddychałem ciężko.  Oczywiście w labiryncie uliczek przyjazne czerwone znaki zaraz się zagubiły. W jednym miejscu szlak przechodził przez czyjeś podwórko, gdzie widniał napis „złe kucze”. Kucze -znaczyło jak się domyśliłem „psy”. Łukiem wyminąłem psie podwórze, przeciąłem łączkę, gdzie pasł się jakiś refleksyjny kłapouch i zmierzałem w kierunku wieczoru. Wiedziałem, że nie będę nocował w chyży Trstena, gdzie jak mówił Atanas, wszystkie miejsca zajęli sezonowi robotnicy z pobliskich ferm.

 Dwie, może trzy „banice”, dwie butelki wody, pięć wafli, pół paczki herbatników. Oto cała żywność, którą wziąłem ze sobą. Jeść miałem przecież w schroniskach. Gdy przechodziłem przez plantację czegoś tam, pozdrawiali mnie pracujący na niej cyganie. Kawałek za schroniskiem Trstena budował się jakiś monstrualnie wielki kompleks o nieznanym mi przeznaczeniu za pieniądze Unii. Ludność Bułgarii zmniejszyła się o prawie dwa miliony w ostatnich dwudziestu latach. Dlatego stara infrastruktura z czasów Żiwkowa ledwo zipie a kraj zdaje się wyludniać. Zaludniają go w miesiace letnie, turyści…A oni potrzebują nowych wygód…Mknąłem dalej w las, na wyschnięte polany, gdzie rozrzucone kamienie budziły ponure myśli o jakichś paranormalnych zjawiskach. Wreszcie rozbiłem namiot na skraju pastwiska. Sen przyszedł szybko. Rano moim oczom ukazał się widok dzikich zalesionych zboczy. Wąską ścieżynką schodziłem między wysokie paprocie i krzaczory. Przez cały wieczór i teraz nie opuszczała mnie myśl o wodzie, o źródełku, w którym miałem uzupełnić zapasy picia. Wreszcie znalazłem jakiś ciek, który pomalutku wypełnił całe trzy litry. Pokrzepiony tym sukcesem zmierzałem hardo naprzód. Baniczki zjadłem wieczorem, bojąc się, że zepsują się w drodze. Pozostała paczka „biskuitów”, z której wydzielałem sobie skromne porcje i czekoladowe wafle Borovec. Droga szła tym zalesionym zboczem, trawersowała pasmo po północnej stronie, raz po raz otwierały się cudowne widoki na północ, przystawałem w prześwitach i zachwycałem się mechatymi sylwetami gór. Potem wyszedłem znów na trawiasty grzbiet, dziarsko naprzód, wciąż naprzód. Kilkakrotnie mijały mnie samochody drwali, którzy pytali mnie gdzie idę. Odpowiadałem niezmiennie, że do chyży. Wszystkie samochody jechały w przeciwnym kierunku, więc nie zabierałem się na stopa. Po południu dotarłem do baśniowo starego lasu bukowego. Dwustuletnie buki wyciągały ku mnie swe sękate konary, pomarszczone pnie kryły w sobie niezliczoną ilość dziupli. Tak być może wyobrażałbym sobie Fangorn z Władcy Pierścieni. Swoją drogą ciekawe – myślałem – że porównuję tę starą ziemię to Śródziemia, które przecież nigdy nie istniało poza umysłem pewnego starego profesora Oksfordu. Myśli o entach i elfach potęgowały stada koni, które wypasały się w tym bukowym gaju. Konie najróżniejszej maści, także białe… Stary kamienny krzyż, który tu znalazłem mógł stać tu nie wiadomo jak długo. Mógł pamiętać równie dobrze wiek dziewiętnasty, jak i głębokie średniowiecze. Znów brak szczegółowego przewodnika okazywał się pożywny dla mojej wyobraźni. Krzyż był opisany na bułgarskiej mapie jako Krzyż św. Ducha. Ale to było wszystko, na mapie nie pisało kto go postawił ani kiedy ani po co… Do chyży Leskova, gdzie miałem zamiar się zatrzymać i zjeść, było już niedaleko. Dotarłem tam przed godziną szesnastą, schodząc z głównego grzbietu.

„dobre doszli w chyże Leskova” przywitał mnie radosny napis nad jadalnią skrytą pod drewnianym daszkiem. Nacisnąłem klamkę do kuchni. Zamknięte. Obszedłem budynek dookoła. Zamknięty na cztery spusty. W środku widziałem kilka pustych łóżek. Chyża wyglądała na opuszczoną. Tylko woda ze źródełka lała się i mąciła panującą tu ciszę. W plenerowej jadalni znalazłem butelki po alkoholu. Należały najpewniej do drwali, którzy pracowali w okolicy. Na słupie wisiała wizytówka z numerem telefonu chyżara. Zdałem sobie sprawę, że facet tu nie mieszka i udostępnia nocleg tylko wcześniej zaanonsowanym grupom. Zresztą nie wiadomo jak dawno zawiesił tu tę kartkę. Może w zeszłym tygodniu a może w zeszłym roku? Wyobrażałem sobie, że tutejsi drwale mogą być osobnikami przypominającymi bohaterów Hłaski – Dziewiątkę, Apostoła albo Warszawiaka. Witamy w bazie ludzi umarłych … Cóż. Sprawa zaczynała mnie bawić. Bezpańskie schronisko – coś egzotycznego dla Polaka przyzwyczajonego, że te kilka górzystych procent naszego kraju jest zadeptywanych przez żądnych przygód rodaków. Bułgaria, prawie trzy razy mniejsza od Polski gór miała pod dostatkiem i nikt się nie ekscytował pustką w paśmie, gdzie obecnie się znajdowałem. Nikt nie wędrował z plecakiem ani z zachodu na wschód, ani z wschodu na zachód. Byłem tu sam, kompletnie sam. Trzeba więc iść do Murgasz. Tam, w Murgasz na pewno coś zjem i się prześpię. Miałem spis schronisk wydrukowany z internetu. Wszystkie bułgarskie opisy wyglądały podobnie – zawierały liczbę miejsc noclegowych, informacje o ewentualnej stołówce, kuchni turystycznej. Chyża Murgasz wydawała się pewnym punktem w miejscowej topografii. Była wszak dużo większa od kameralnej Leskovej. Marsz do Murgasz oznaczał jednak kolejny dzień głodowania i około ośmiu- dziesięciu godzin wędrówki. Ruszyłem niezwłocznie. Trzeba jak najwięcej przejść do wieczora, teraz kiedy jestem rozgrzany a słońce już nie jest tak dokuczliwe. Około dwudziestej minąłem dużą polanę, na skraju której znajdowały się myśliwskie ambony i wspiąłem się na kopulasty wierzchołek. Widok stąd roztaczał się przepyszny. Rozbiłem swój namiocik, zjadłem uroczyście wafla
Po dwóch dniach głodowania umysł był czysty i gotowy w spokoju kontemplować otoczenie. Pogrążyłem się w pyszałkowatych  przemyśleniach na temat ascezy, niby-mnich na niby-pielgrzymce. Patrzyłem na zachód słońca, nagrałem buńczuczny filmik – z sobą w roli Maxa Kolonko przemierzającego bułgarską głuszę. Poinformowałem swoich wyimaginowanych widzów o ilości biskuitów i wafli oraz czterech litrach wody, które w Leskovej udało mi się uzupełnić. Byłem wniebowzięty, klimat jak z into the wild:”żadnego telefonu, żądnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnego alkoholu. Totalna wolność. Estremista, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł od cholernego mieszczańskiego Gdańska, od zrekonstruowanych kamieniczek i niemieckich turystów. Teraz tu w dzikich górach Bułgarii przeprowadzi duchową rewolucję… Wchodzi głębiej w dzicz. Będziemy obserwować postępy ciemności”…
Przestawiłem się tryb zero-jedynkowy: jeść,pić,jeść,pić. Zero było zamiast jeść. O waflach i wodzie szedłem naprzód. Pielgrzymowałem do Murgasz i myślałem o szopskiej sałacie, która tam na mnie czeka. O kubku ciepłej herbaty. Zasnąłem.

Namiocik stał kilka metrów od ściany lasu. Obudził mnie hałas w pobliskich krzakach. Coś ciężkiego i dużego wylazło z gąszczu i sapało. Dzik, niedźwiedź a może jeden z koni pasących się na połoninie? Może Buka? Noc kryła w sobie jakiegoś nizdentyfikowanego. Ścierpłem, bałem się ruszyć palcem u nogi.Serce mi waliło. Komórka pokazywała drugą. COŚ powoli odeszło, oddychając ciężko. Zasnąłem dopiero godzinę potem.

Następny dzień nie miał w sobie nic z duchowych uniesień poprzedniego wieczoru. Kurewsko wyczerpujący dzień przez najbrzydszą część gór. Szedłem wciąż przez wysuszony las, spustoszone wyręby. Przeczołgiwałem się przez powalone w poprzek drogi pnie. Brnałem przez zwały rozrzuconych gałęzi, szukałem wyciętych w pień znaków szlaków. Oddech tego zmęczonego bukowego lasu w czterdziestopniowym upale wysysał ze mnie energię. Głód opuścił żołądek i wchodził do głowy, dostawałem zawrotów przy szybszym kroku, przed oczyma latały mi czarne plamy. Droga wydłużała się w nieskończoność. W końcu objawił się napis: „chyża Murgasz”. Odżyłem. Za zakrętem zobaczyłem sylwetkę schroniska. Ruszyłem szybko w jego kierunku, ale każdy krok odbierał mi nadzieję.Dotarłem do jeszcze jednego schroniska widmo! Murgasz szydził ze mnie powybijanymi oknami, porzuconą betoniarką, Murgasz był wymarły, nikt tu nie mieszkał. Nawet psia buda była pusta. Hej, jest tu kto? – wrzasnąłem po polsku. Rzecz jasna mój głos odbił się tylko od oczodołów okien.

„Dobrze doszli do piekła”… Możecie zadzwonić do władcy much… Sytuacja stawała się poważna. Szykował się trzeci dzień głodu. Zobaczyłem cygańskie wozy, które stały na połoninie. Może tam ktoś mieszka? Może sprzeda mi trochę jedzenia? Postawiłem plecak na ziemi i ruszyłem w stronę wozów. Były puste, tylko kilka szczeniaczków hasało po trawie. A więc jednak ktoś tu zagląda…Ktoś musi karmić te psy… Może pojawi się przed zmrokiem? Trzeba zabrać plecak… Wróciłem w stronę schroniska-widma i serce skoczyło mi do gardła…

Psia buda nie była opuszczona. Mieszkał w niej wielki owczarek, wielkości Kaukaza… Gdy krzyczałem, buda stała pusta, bo snuł się gdzieś po okolicy. Teraz wrócił i kręcił się koło mojego plecaka. Głodny, odcięty od swoich zapasów wody, od namiotu, od trekkingowych kijków, które mogły służyć do obrony, pozbawiony wszystkiego, co posiadałem w tym kraju, sam wobec wielkego owczarka, z perspektywą spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości 1600 metrów… nie miałem kompletnie pomysłu co robić.

PO PROSTU BEZNADZIEJA. CZARNA ROZPACZ.

Założyłem polar i ruszyłem w stronę psa.